Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

„Dlaczego traktujecie nas gorzej niż bydło?”. Wspomnienia Polki wywiezionej do sowieckiego kołchozu

W kołchozach na wywożonych Polaków czekała mordercza praca i fatalne warunki życia. Zdjęcie poglądowe.

fot.Eleazar Langman/domena publiczna W kołchozach na wywożonych Polaków czekała mordercza praca i fatalne warunki życia. Zdjęcie poglądowe.

Grażyna, jej matka i siostry w 1940 roku zostały wywiezione w głąb Związku Radzieckiego. Już sama podróż okazała się prawdziwym koszmarem. Nic jednak nie było w stanie ich przygotować na warunki, które zastały na miejscu – w północnym Kazachstanie. Jak sobie poradziły?

[O swoich przeżyciach opowiada Grażyna Jonkajtys-Luba:]

Poszła wieść o pierwszej wywózce. Było to w lutym 1940 roku. Zima, noc, czterdziestostopniowy mróz. Wywlekli zaskoczonych ludzi z domów bez uprzedzenia i bez wyjaśnienia. Na wyjście z domu dali zaledwie kwadrans. W rezultacie nieszczęśnicy ci wzięli ze sobą tylko to, co zdołali schwycić. Chorzy, starcy, dzieci – wszyscy musieli iść na zesłanie. Wielu ludzi wpadło w panikę, kobiety zaczęły rodzić po drodze na stację kolejową, a bolszewicy wyrzucali niemowlęta w śnieg. Zastrzelili należące do deportowanych rodzin psy.

Wywieźli osadników wojskowych, leśniczych i urzędników. Nas na razie oszczędzono, ale wiedzieliśmy, że nasze dni są policzone, gdyż byliśmy już wpisani na listę do deportacji. Postanowiliśmy uciekać pod okupację niemiecką. Wszystko było przygotowane, mieliśmy przejść przez granicę we wsi Zaręby Kościelne w pobliżu Łomży.

Zmieniliśmy jednak zdanie po rozmowie z naszą dawną gosposią. Jej mąż pracował dla bolszewików i powiedział jej, że wywożone rodziny będą na Syberii łączone z aresztowanymi wcześniej mężczyznami. Zostaliśmy więc w domu. Uznaliśmy, że to jedyny sposób na odnalezienie ojca… Był to straszliwy błąd. Informacja ta okazała się kłamstwem.

Noworodki w śniegu

Zabrali nas w nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 roku. Byliśmy na to przygotowani. Zrobiliśmy zakupy, trochę żywności udało się też wyprosić u znajomych. Procedura wyglądała tak: najpierw wyczytali nazwiska nas wszystkich z listy. Nawet mojego ośmioletniego brata Mariana. Potem oświadczyli nam, że jesteśmy skazani na przymusowe wysiedlenie w głąb Związku Sowieckiego.

Niedługo po zajęciu Polski Armia Czerwona zaczęła organizować wysiedlenia części ludności. Zdjęcie poglądowe.

fot.domena publiczna Niedługo po zajęciu Polski Armia Czerwona zaczęła organizować wysiedlenia części ludności. Zdjęcie poglądowe.

Przy okazji zgarnęli też naszą kuzynkę Jasię, która z nami wtedy mieszkała. Jechaliśmy przeszło dwa tygodnie. Było koszmarnie zimno, ściany wagonu były oszronione. Nocami strażnicy przepędzali nas do kolejnych wagonów. Rozsuwali drzwi i wrzeszczeli: „Dawaj! Dawaj!”. Ludzie byli zdezorientowani, głodni, zmęczeni.

Najgorzej było z małymi dziećmi. Nie można było ich przewinąć, przebrać, nakarmić. Nie było skąd wziąć mleka. Pamiętam taki przypadek: z Augustowa została razem z nami zesłana doktor stomatolog. Miała dziewięciomiesięczną córeczkę Anię, która już podczas transportu zaniemogła, a na zesłaniu poważnie zachorowała. Jej biedna mama przeszła z konającą córką na rękach sześćdziesiąt kilometrów do najbliższego szpitala. Na próżno. Ratunku nie było. Gdy dzisiaj o tym myślę, serce mi się rozdziera.  Pamiętam tę małą, zawiniętą w becik, dziewczynkę. Krzyczała, a potem zamilkła.

Wygód nie będzie

28 kwietnia wysadzono nas w północnym Kazachstanie, w Smirnowie. Była to stacja Kolei Transsyberyjskiej, położona w pobliżu Pietropawłowska. Tam nas porzucili. Mieliśmy czekać, aż przybędzie transport, który zawiezie wszystkich do miejsca zesłania. Kiedy? Nie wiadomo.

Przeszło sześćdziesięciu wycieńczonych, słaniających się na nogach ludzi. Zanim zdążyliśmy się rozejrzeć za jakimś schronieniem, pojawili się komunistyczni agitatorzy. Zaczęli wygłaszać peany na cześć Związku Sowieckiego. Mama im szybko przerwała. – Skoro to jest kraina mlekiem i miodem płynąca – powiedziała – to dlaczego traktujecie nas gorzej niż bydło?

Dzięki jej interwencji przez trzy kolejne noce dzieci i starcy spali w budynku pobliskiej szkoły. My musieliśmy spać na dworze. Grzaliśmy się przy ogniskach ze sztachet wyrwanych z płotów. Nadal było piekielnie zimno.

Artykuł stanowi fragment książki Anny Herbich "Dziewczyny z Syberii", wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

Artykuł stanowi fragment książki Anny Herbich „Dziewczyny z Syberii”, wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

W końcu zabrali nas do kołchozu imienia Walerego Czkałowa we wsi Poputnia. Czkałow to był słynny sowiecki pilot, który w 1938 roku zginął w katastrofie lotniczej. Na miejscu przyjął nas priedsiedatiel, czyli przewodniczący kołchozu. Był pijany w trupa. W ten sposób świętował 1 Maja. Nawet w najgorszym koszmarze nie przewidywaliśmy, w jak prymitywnych warunkach będziemy żyć. Ulokowano nas w nędznej, jednoizbowej chałupinie z gliny i słomy. Zamiast podłogi – klepisko. W tym „domu” miało się zmieścić dwanaście osób. My plus cztery mieszkające już tam osoby, miejscowi.

Nasza gospodyni, Emilia Osipowa, miała tylko jeden garnek, wbudowany na stałe w piec. Najpierw gotowała w nim jedzenie dla świń, a potem dla swojej rodziny. Obok stał sąsiek z pszenicą, na którym spali. Dzieci gospodarzy w nocy robiły do niego siusiu. Dla nas przeznaczono niewielki kawałek klepiska. Sześć metrów kwadratowych na osiem osób. Leżeliśmy na podłodze ściśnięci jak sardynki. Nogi opieraliśmy na sąsieku. Codziennie o czwartej rano gospodyni deptała po nas, idąc oporządzić zwierzęta. Znajdowały się w malutkiej sieni.

Kiedy mama powiedziała priedsiedatielowi, że chciałaby zmienić mieszkanie na większe, tylko się zaśmiał. – Wygód nie będzie, bo jesteście wragi naroda – oświadczył. – My was na eto zdies’ priwiezli, cztoby wy podochli.

Mama sama musiała więc znaleźć dla nas nowe lokum, co udało się dopiero po pewnym czasie. Była to mała, ciasna izdebka, ale przynajmniej cała dla nas. Potem  przeprowadzaliśmy się jeszcze kilka razy. Na ogół z kolejnych miejsc nas wyrzucano. Bez względu na to, ile razy zmienialiśmy mieszkanie, wszędzie na ścianach wieszaliśmy krzyż, Matkę Boską Częstochowską i orła w koronie na kawałku jedwabiu. Ponadto − koniecznie – popiersie Marszałka Piłsudskiego. Wszystko to przywieźliśmy z Polski.

Za ciężką pracę w kołchozie nikt nie płacił, choć była obowiązkowa. Zdjęcie poglądowe.

fot.Доренский Л./domena publiczna Za ciężką pracę w kołchozie nikt nie płacił, choć była obowiązkowa. Zdjęcie poglądowe.

Za ciężką pracę w kołchozie nikt nam nie płacił, choć była obowiązkowa. Wyprzedawaliśmy więc nasze rzeczy, mama dorabiała szyciem. Czasami w desperacji kradliśmy trochę ziarna. Było to wielkie ryzyko, gdyż za tę „zbrodnię” można było dostać wysoki wyrok więzienia. Musieliśmy jednak coś jeść.

Żona za prosiaka

W naszej nowej chacie nie było pieca. Nie mieliśmy więc na czym gotować. Gospodyni zaproponowała, że postawi nam nowy. Miałam jej w tym asystować. Razem ułożyłyśmy kamienie, ubiłyśmy palenisko i wmurowałyśmy ruszt. Żeby piec był mocniejszy, gospodyni do gliny dodała potłuczonego szkła. Dzięki temu szybkiemu przeszkoleniu wkrótce zaczęłam sama stawiać piece. W ten sposób w wieku osiemnastu lat zostałam zdunem. Muszę  przyznać, że kiedy przed wojną przystępowałam do matury, nie tak wyobrażałam sobie moją zawodową przyszłość…

Za postawienie pieca – choć była to potworna harówa – oczywiście nie dostawałam pieniędzy. Ludzie płacili jedzeniem. Garścią kaszy, miską zupy. Dzisiaj taka zapłata może wydawać się śmieszna, ale dla mnie wtedy to był majątek. Dzięki niej mogliśmy przeżyć.

Często chorowaliśmy. Chyba najgorsza była malaria syberyjska, znacznie gorsza od zwykłej malarii, na którą zapadłam później w Afryce. Chory, oprócz przeraźliwego osłabienia, popada w głęboką depresję. Jest całkowicie zrezygnowany.

Jedzenie było w kołchozie najważniejszą walutą. Zdjęcie poglądowe.

fot.Pavel Troshkin/domena publiczna Jedzenie było w kołchozie najważniejszą walutą. Zdjęcie poglądowe.

Nie oznacza to, że na zesłaniu nigdy się nie śmiałam. Bywały momenty wesołe. Człowiek jest tak skonstruowany, że musi czasami się odprężyć. Inaczej zwariuje. Pewnego razu spotkaliśmy Kazacha (my nazywaliśmy ich Kirgizami), który na mój widok wybałuszył oczy.

– Może chciałbyś kupić moją siostrę – powiedziała do niego Helena – i wziąć ją za żonę?
Kirgiz aż podskoczył ze szczęścia, zaczął zacierać ręce.
– Ile za nią chcesz?
– Prosiaka.
Helena oczywiście żartowała, ale Kirgiz wziął to wszystko na poważnie. Musiałyśmy uciekać.

Razem z siostrą Zosią i kuzynką Jasią pracowaliśmy przy wytwarzaniu samanu, czyli miejscowego budulca. Jak ta praca wyglądała? Pierwszy etap wykonywały woły. Orały ziemię, którą jednocześnie użyźniały. Dorzucało się do tego sieczkę i wlewało dużo wody. Następnie widłami zgarniałyśmy tę masę do form. Ubijałyśmy ją rękami i nogami. Potem wynosiło się to na słońce, żeby wyschło.

Tę koszmarną robotę wykonywałyśmy dla Polaka, pana Zawadzkiego. Miał w naszym kołchozie zbudować oborę i poprosił nas o pomoc. Niestety, gdy skończyłyśmy, on po prostu zniknął. Nie dostałyśmy od niego żadnej zapłaty. Znowu zostałyśmy skrzywdzone przez rodaka.

Artykuł stanowi fragment książki Anny Herbich "Dziewczyny z Syberii", wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

Artykuł stanowi fragment książki Anny Herbich „Dziewczyny z Syberii”, wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

A na domiar złego po tej pracy Zosia poważnie zachorowała. To było ponad jej siły. Dostała strasznych wrzodów na nogach i przez pięć lat nie mogła ruszyć się z łóżka. Robiłyśmy także kiziak, czyli cegiełki z nawozu krowiego, którymi paliło się w piecu. Lepiło się go też ręcznie. Palił się świetnie, ale nie można było dopuścić, żeby w piecu pozostały niedopalone kawałki. Wówczas ulatniał się czad. Raz o mały włos z tego powodu nie umarliśmy. Już na wpół przytomna ocknęłam się i ostatkiem sił otworzyłam okno.

Był jeszcze jeden nieprzyjemny aspekt tej pracy. Nie miałyśmy czym zmyć z siebie zapachu krowiego łajna, które było podstawowym składnikiem kiziaku. Mydła zabranego z domu starczyło tylko na kilka tygodni. A w Sowietach ten produkt nie występował. Musieliśmy więc myć się ługiem.

Źródło:

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w książce Anny Herbich Dziewczyny z Syberii, która została wydana nakładem Znaku.

Tytuł, lead, ilustracje wraz z podpisami, wytłuszczenia, wyjaśnienia w nawiasach kwadratowych oraz śródtytuły pochodzą od redakcji. Tekst został poddany podstawowej obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia częstszego podziału akapitów.

Poznaj historię kobiet zesłanych na Syberię:

Artykuł porusza następujące tematy:

    Czas akcji:

      Miejsce akcji:

        Komentarze (2)

        Dodaj komentarz

        Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

        Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.