Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Sokrat Starynkiewicz. Rosjanin, który uratował Warszawę przed epidemią

Starynkiewicz, choć wysłany do Warszawy przez cara, nie zamierzał gnębić ludności. Zależało mu przede wszystkim na polepszeniu sytuacji warszawiaków.

fot.domena publiczna Starynkiewicz, choć wysłany do Warszawy przez cara, nie zamierzał gnębić ludności. Zależało mu przede wszystkim na polepszeniu sytuacji warszawiaków.

Pod koniec XIX wieku dawna stolica Polski była prowincjonalnym miastem, któremu groziła… epidemia dżumy. W ciągu kilkunastu lat niebezpieczeństwo zażegnano, a Warszawa zaczęła zmieniać się w metropolię. Wszystko za sprawą Sokrata Starynkiewicza, Rosjanina, który zamiast burzyć, wolał budować.

Do Warszawy przybył w grudniu 1875 roku, już jako pełniący obowiązki prezydenta. To, co zobaczył, nie napawało optymizmem. W mroźnej zimowej szacie, wśród ponurych spojrzeń Polaków, ukazało mu się miasto nie tylko zasypane śniegiem, ale też przybite latami represji po powstaniach listopadowym i styczniowym, ze śmiesznie niskim budżetem sięgającym 21 rubli i z całą listą problemów do rozwiązania.

Przypominało bardziej prowincjonalną dziurę, do pozycji jakiej z radością spychali je carscy urzędnicy, niż dawną stolicę jednego z największych europejskich krajów. Starynkiewicz nie miał jednak zamiaru posłusznie wypełniać rozkazów płynących z Petersburga i gnębić ludzi bardziej niż trzeba tylko po to, żeby podkreślić swoją lojalność wobec cara (…).

Uczciwy polityk w zacofanym mieście

W ciągu 16 lat rządów popchnął Warszawę o kilka dekad do przodu, znacząco zbliżając ją poziomem do Europy Zachodniej. Swój sukces zawdzięczał faktycznej chęci zrobienia czegoś dla innych. Był przy tym niespotykanie uczciwy.

Kiedy otrzymywał pieniądze na wyjazdy służbowe, nadwyżkę zawsze zwracał do kasy miasta. Kiedy chciano mu przyznać niemały dodatek wychowawczy na córki, odmówił przyjęcia go. Gdy podjął decyzję o inwestycji, która okazała się pudłem, straty wyrównał z własnej kieszeni.

Ostatnie posiedzenie Magistratu Warszawy z udziałem prezydenta Sokrata Starynkiewicza.

fot.Brandel/domena publiczna Ostatnie posiedzenie Magistratu Warszawy z udziałem prezydenta Sokrata Starynkiewicza.

Pomagało mu to zjednywać ludzi, przekonywać do jego planów. Dzięki temu zwiększył dochody miasta, nie sięgając do kieszeni mieszkańców, uregulował część brzegu Wisły, uruchomił pierwszy tramwaj konny w Warszawie, wybudował gazownię, założył sieć telefoniczną, przeprowadził modernizację oświetlenia ulic, poszerzył i wybrukował ulice, wcześniej zamieniające się po każdym deszczu w strumienie pełne błota, odnowił chodniki, stworzył nowe parki i skwery, uporządkował targowiska, a także odrestaurował kolumnę Zygmunta i liczne kościoły katolickie, choć sam był prawosławny.

(…) Szybko rozwijająca się Warszawa coraz gorzej radziła sobie z przyrostem mieszkańców, produkujących coraz więcej śmieci i odchodów. Zalegające odpady, fekalia zbierające się w podwórkowych szaletach, rynsztoki przypominające rzeki, nad którymi niekiedy musiano przerzucać małe mostki, żeby dostać się do domu, były w połowie lat 70. XIX wieku warszawską codziennością.

Wszystko to razem składało się na koszmarny smród, unoszący się nad ulicami miasta. (…) W nierównej walce próbowano zagrodzić dostęp do nich, zabijając okna gwoździami, tak żeby nikogo nie kusiło je otwierać. Kiedy i to nie pomagało, fetor zwalczano wodą z octem, tytoniem oraz potpourri, specjalną mieszanką suszonych kwiatów (…).

W morzu ścieków

Adolf Suligowski, wybitny prawnik, wyrzucony z zawodu przez carskie władze za odczytanie przysięgi sądowej po polsku zamiast po rosyjsku, wykładowca uniwersytecki, a w wolnej Polsce poseł na Sejm Ustawodawczy, był jednym z największych zwolenników powstania kanalizacji. W 1890 roku na podstawie badań ustalił, że:

ścieki podwórzowe, kuchenne, gospodarcze i wszelkie inne wraz z odpadkami stałemi, wynoszą w ciągu roku 7,867 kil. na głowę, co daje dla miasta o 450,000 mieszkańców 3,540,150,000 kil. rocznie, czyli 9,726,438 kil. na dzień. Kał ludzki stały i płynny, jakkolwiek stanowi zaledwie 6% ogólnej ilości ścieków i odchodów, wynosi przecież 462 kil. przecięciowo na głowę, czyli 207,900,000 kil. w ciągu roku.

Warszawa tymczasem nie posiadała sprawnego systemu usuwania odpadów czy oczyszczania wychodków. Przez wiele lat doły kloaczne opróżniano w sposób najbardziej prymitywny z możliwych – wygarniając zawartość kubłami (…). Nie pomagało także 20 kilometrów warszawskich kanałów. Ich stan pozostawiał wiele do życzenia. Niektóre kamienne, inne drewniane, od dawna nienaprawiane zapadały się.

(…) W takich warunkach wybuch epidemii stawał się coraz bardziej realny. Starynkiewicz rozumiał to doskonale. Dlatego też generał szybko zaczął szukać odpowiednich rozwiązań. Zespół specjalistów wysłanych na poszukiwania do Anglii i Niemiec jeszcze przez poprzednika Starynkiewicza długo nie potrafił znaleźć tego właściwego, dającego się przenieść pod warszawski grunt.

Konieczność czy fanaberia?

W końcu we Frankfurcie nad Menem spotkali Williama Lindleya. Doświadczony inżynier, twórca wielu linii kanalizacyjnych, wodociągowych, kolejowych i telefonicznych, stał się wymarzonym kandydatem. Rozmowy przebiegły sprawnie. Wiosną 1876 roku powierzono mu misję przygotowania projektu budowy. Przedstawił go po dwóch latach.

Rok później dokumentacja trafiła do Petersburga. Teraz los warszawskich odchodów zależał od decyzji carskiej stolicy. Ta jednak nie spieszyła się. Sama nie była jeszcze w pełni skanalizowana i nie widziała powodu, dlaczego miałaby ją wyprzedzić Warszawa.

Choć warszawiacy oskarżali Starynkiewicza o niegospodarność i działanie na szkodę miasta, na jego pogrzebie w sierpniu 1902 roku stawiły się tłumy.

fot.Kulewski/domena publiczna Choć warszawiacy oskarżali Starynkiewicza o niegospodarność i działanie na szkodę miasta, na jego pogrzebie w sierpniu 1902 roku stawiły się tłumy.

Starynkiewicz, czekając na swoją zgodę, zrobił coś, co część współczesnych musiała uznać za oznakę szaleństwa – otworzył publiczną dyskusję nad przydatnością kanałów (i wodociągów).

Jako urzędnik z carskiego nadania nie tylko nie musiał słuchać się Polaków, ale w ogóle zwracać na nich uwagi. (…) On jednak, jak już zdążyliśmy opowiedzieć, nie odnajdywał się w takim sposobie sprawowania władzy, którą uznawał nie za cel, ale za środek do poprawienia życia warszawiaków.

Nie chciał uszczęśliwiać ich na siłę. Wolał, żeby sami zrozumieli, że kanały są im potrzebne. (…) I początkowo mieszkańcy Warszawy zdawali się przyjmować to do wiadomości – a może nawet popierać. Szybko jednak p.o. prezydent zderzył się ze ścianą.

Podczas gdy samemu Starynkiewiczowi zarzucano niegospodarność i opieranie się na zagranicznych, a nie krajowych wykonawcach, Lindleyów powszechnie uznano za niegodnych zaufania z powodu pochodzenia.

Po latach warszawiacy docenili Starynkiewicza (na zdj. tablica pamiątkowa na chodniku przed urzędem dzielnicy Warszawy Ochota).

fot.Panek/CC BY-SA 4.0 Po latach warszawiacy docenili Starynkiewicza (na zdj. tablica pamiątkowa na chodniku przed urzędem dzielnicy Warszawy Ochota).

(…) Żeby uspokoić sytuację, nadzór nad wykonaniem planu zlecono inżynierowi Alfonsowi Grotowskiemu, wieloletniemu pracownikowi miejskiemu i co było najważniejsze w tej sytuacji – Polakowi.

Spór o kanały

Kłótnia o kanały powróciła w formie echa wiele lat później w absurdalnej broszurze wydanej w Krakowie w 1900 roku. Kanalizacya miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlataneryi, bo o niej mowa, napisana przez niejakiego F.R. „Rolnika Nadwiślańskiego”, na niespełna 50 stronach dowodzi, że kanały niszczą polskie społeczeństwo, odsuwając je od natury (…).

Czytając ten tekst, Starynkiewicz pewnie przypominał sobie, jak 20 lat wcześniej odpisywał na zarzuty, wyjaśniał, argumentował, starał się dotrzeć do ludzi. Ponieważ sam po polsku nie mówił i nie pisał płynnie, prosił przyjaciół, aby jego teksty tłumaczyli na język polski. Robił, co mógł, wspierany m.in. przez Prusa i Szymanowskiego.

I wtedy z pomocą przyszedł Petersburg. We wtorek 7 stycznia 1879 roku „Kurier Warszawski” doniósł, że „wkrótce po powrocie kozaków z Turcji azjatyckiej, w okręgu jenotajawskim gubernji astrachańskiej, wybuchła epidemja, którą lekarze scharakteryzowali jako morowe powietrze. Zanim przedsięwzięto środki kwarantanowe, zaraza w kilku wsiach się rozszerzyła. Gubernator tutejszy przedsięwziął energiczne kroki dla zaprowadzenia jak najściślejszej kwarantanny. Ściągają tu wojska i lekarzy dla zaprowadzenia kwarantanny”.

Artykuł stanowi fragment książki Sebastiana Pawliny „Wojna w kanałach”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Artykuł stanowi fragment książki Sebastiana Pawliny „Wojna w kanałach”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

(…) Widząc w oporze Polaków zagrożenie dla autorytetu władzy, car podpisał odpowiednie dokumenty. Budowa ruszyła. Dla Starynkiewicza nie oznaczało to jednak końca zmartwień. Każdy kolejny tydzień, miesiąc, rok przynosił nowe problemy, nowe zarzuty. Kiedy ludzie dowiedzieli się, że przyłączenie domów i mieszkań ma odbyć się na ich koszt, oburzyli się. (…) Sytuacji nie poprawiły doniesienia o tym, że szalony Rosjanin postanowił przygotować kanały (i wodociągi) na miasto liczące blisko dwa razy więcej mieszkańców. Takiej rozrzutności nie mogli mu darować (…).

Pisali więc swoje skargi, szydzili na ulicach, wyśmiewali w prasie. Realnie jednak nic już nie mogli zrobić. Budowa posuwała się do przodu. (…) Postęp prac utrwalono na zdjęciach. Widać na nich wykopane doły, niczym okopy, ciągnące się całymi metrami wzdłuż ulic.

Są też ludzie. Inżynierowie i robotnicy. Wykonawcy idei. Dzięki ich wysiłkowi w końcu 3 lipca 1886 roku otworzono pierwszy odcinek sieci wodociągowo-kanalizacyjnej. Starynkiewicz wygrał pierwszą w historii Warszawy bitwę o kanały.

Źródło:

Powyższy tekst stanowi fragment książki Sebastiana Pawliny, Wojna w kanałachwydanej nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Tytuł, lead, ilustracje wraz z podpisami, wytłuszczenia oraz śródtytuły pochodzą od redakcji. Tekst został poddany podstawowej obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia częstszego podziału akapitów.

Tak wyglądała podziemna walka Warszawy:

Komentarze (6)

      • Zbigniew Staniec Odpowiedz

        Uważasz że wiesz, kto ci rozumek rozbełtał, prostaczku? I że to na pewno nie jaczejka Watykanu uczyniła? Wierz w to mocno, szamani semickiej religii będą zadowoleni…

  1. Dex Odpowiedz

    Gdyby tak przestudiować historię Warszawy okazało by się, że najlepszymi jej włodarzami byli ci z carskiego nadania, natomiast Rosjanin Starynkiewicz najlepszym prezydentem jakiego kiedykolwiek miała stolica.

    • Zbigniew Staniec Odpowiedz

      I tu masz rację. Niestety tylko częściowo, bo to całą Polską rządzili od niepamiętnych czasów obcy. Stworzyli ją Piastowie, Waregowie („nasz Mieszko w Watykanie przedstawiał się jako Dagome). Oni też ją przefajdali, oddając po kawałku Niemcom Pomorze i Ziemię Lubuską, a Czechom Śląsk, w wyniku czego Zakon i Czesi mogli mogli się podzielić resztą. Na szczęście Piastowie wymarli, więc władzę przejęli Węgrzy Andegawenowie, by pozbyć się jej szybciutko na rzecz Litwinów, Jagiellonów. A po nich rządził Polską kto chciał: Rusini, Szwedzi, Niemcy, sąsiad Drakuli, a na koniec wnuk włoskiego kupca, wżenionego w magnaterię, służący przede wszystkim carycy, której oddał resztki Polski wraz z Rzeczpospolitą we władanie, co doprowadziło do rozbiorów. Nawet po odzyskaniu wolności (dzięki mordobiciu wśród zaborców), też powierzono władzę Litwinowi – Piłsudskiemu. Teraz też „największym Polakiem” jest potomek pododesskich Hazarów. Biedny, zamącony przez Watykan narodek bez przymiotów i właściwości…

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.