Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Zmowa milczenia. Dlaczego przedwojenna prasa tak rzadko i niechętnie pisała o przestępczości seksualnej?

Handlarka żywym towarem na fotografii Tajnego Detektywa. 1934 rok.

Handlarka żywym towarem na fotografii Tajnego Detektywa. 1934 rok.

O przestępstwach seksualnych pisano, jeśli sprawcą był „zamożny Żyd deprawujący uczennice”, albo gdy gwałciciel „zakneblował ofierze usta własną broda”. Dziennikarze sięgali też po te sprawy, przy którym mogli podać dokładne nazwiska i adresy. Ale właściwie: czemu tylko po nie?

„Czytelnik, widz czy słuchacz, jest zwolennikiem romansu, połączenia się bohaterów wbrew wszystkiemu i wszystkim (…). Wiedzą o tym dobrze wszyscy popularni romansopisarze, którzy każą czarnym charakterom porywać niewinne dziewice przeznaczone dla rycerskiego młodziana, ale nie pozwalają nigdy na pokalanie bohaterki, nawet w formie wymuszonego pocałunku, aby nie psuć końcowej satysfakcji czytelnika”.

Zero gwałtów i dużo miłości. W ten sposób w roku 1927 słynny satyryk i literat Antoni Słonimski wyjaśniał tajniki fabularnego kunsztu. Pisał o teatrze, ale jego diagnozę równie dobrze można odnieść do fachu dziennikarskiego. Przestępczość seksualna obchodziła codzienną prasę nie bardziej niż zeszłoroczny śnieg. A w każdym razie ta przyziemna, brudna i przygnębiająca przestępczość.

Hieny zatrudnione w najbardziej szmatławych brukowcach chciały spraw, które poruszą czytelnika. Wycisną mu łzy z oczu, chwycą go za serce. Skłonią do wydania pieniędzy na nowy numer pisma. Wielka miłość. Jeszcze większa zdrada. Nimfomanka maltretująca błagającego o litość narzeczonego. Jęk niewinnej ofiary erotycznego mordu, ostatkiem sił demaskującej swego oprawcę. Może i papier potrafił przyjąć wszystko, ale to na takie sensacje warto było zużywać farbę drukarską. Nie zaś na historie, które – zdaniem dziennikarzy – odbiorców co najwyżej by… obrzydziły. Albo w najgorszym razie byłyby im obojętne.

Antoni Słonimski na fotografii portretowej z końca lat 40.

Antoni Słonimski na fotografii portretowej z końca lat 40.

Czymś trzeba zająć szpaltę

W redakcjach panowały restrykcyjne reguły. Nikt ich nie spisał, ale też nie trzeba ich było tłumaczyć prasowym wyrobnikom. Doniesienia o zhańbieniu tej czy innej kobiety nadawały się tylko na drugorzędny wypełniacz. Materiał, z którego pospiesznie ugniatano zbiorcze kroniki przestępstw i wypadków.

„Aresztowano Stefana Zawojskiego za usiłowane zgwałcenie nieletniej dziewczynki”. „Za zgwałcenie pewnej młodej niewiasty został aresztowany Franciszek Gach”. Lwowski „Dziennik Ludowy” tylko tyle uwagi poświęcał zbrodniom płciowym. Krótkie notki lądowały na ostatnich stronach pisma, obok znacznie bardziej rozbudowanych doniesień o zderzeniach tramwajów z wozami czy też dostępnych do wynajęcia „salach z światłem elektrycznym i telefonem”. Być może po politycznym organie nie należałoby się spodziewać niczego więcej. Ale sensacyjne bulwarówki wcale nie podchodziły do podobnych spraw z głębszym zainteresowaniem.

„Gazeta Poranna Dawniej 2 Grosze” przez cały 1928 rok opisała tylko osiem przypadków przemocy seksualnej. „Dziennik Poranny” wydawany w Poznaniu był niemal równie powściągliwy. O gwałtach tym bardziej nie chciał pisać warszawski czerwoniak – a więc „Kurjer Czerwony! i Dobry Wieczór”.

Zdarzały się oczywiście wyjątki. „Ostatnie Wiadomości” – wydawane w kilku lokalnych mutacjach – z zamiłowaniem babrały się w najbardziej przyziemnych ekscesach miejskiej biedoty. I właśnie w takim kontekście sięgały po naturalistyczne opisy małżeńskich scysji, napadów w ciemnych alejkach czy wreszcie po listy zrozpaczonych czytelniczek. Wielkopolski „Nowy Kurier” czy łódzka „Ilustrowana Republika” też nie stroniły od dosadnie opisywanych, erotycznych spraw.

Tekst stanowi fragment najnowszej książki Kamila Janickiego Epoka Milczenia. Przedwojenna Polska, o której wstydzimy się mówić

Przemilczane oblicze przedwojennej Polski. Nowa książka Kamila Janickiego Epoka milczenia. Przedwojenna Polska, o której wstydzimy się mówić.

Czasy bez RODO

Dla przyciągnięcia uwagi czytelników podawano dokładne nazwiska i adresy podejrzanych. Na ochronę prywatności nie mogły liczyć nawet ofiary. O ile tylko było to możliwe, prasa zdradzała każdy prywatny detal. Od miejsca zamieszkania po wiek, imiona rodziców i szczegóły zajścia. Jeśli gwałt miał wzbudzić zainteresowanie gawiedzi, to przecież tylko na tle lokalnego skandaliku; jeśli czytelnik miał szukać doniesień o zbrodniach seksualnych, to po to, by znaleźć kompromitujące szczegóły z życia swoich sąsiadów i znajomych.

W 1924 roku w Łodzi informowano, że „zamieszkała przy ulicy Zielonej nr 40 Maria Myszkowska zameldowała policji, iż niejaki Horotowicz, zam. przy ul. 28-go pułku Strzelców Kaniowskich Nr. 26 wyprowadził jej 15-letnią córkę Anielę do wsi Rokicie i tam dokonał na jej osobie gwałtu”. W 1933 brzeskie doniesienie brzmiało: „Sura Benzelmanowa, Długa 158, zameldowała policji, że dnia 27 IV Jankiel Sender, zam. Szpitalna 56, przy pomocy łakoci zwabił do mieszkania jej 13-letnią siostrę Ryfkę Chazan i koleżankę jej 10-letnią Surę Amerklapar i dopuścił się czynów lubieżnych”. Czytelnik nawet nie musiał się silić na układanie plotek. Wszystko było jak na tacy.

Szkoła skandalu

Wskazana taktyka wciąż jednak nie dawała nadziei na zainteresowanie prawdziwie szerokich rzesz odbiorców. Na szczegółowe opisanie zasługiwały tylko sprawy o barwnym, osobliwym tle.

Ojcem bezdomnej, zgwałconej kobiety był pułkownik rosyjskiej gwardii? Idealna historia o drodze „z pałaców w otchłań nędzy”! Gwałciciele stawili zaciekły opór policji? W sam raz na akapit, a może i trzy. Zamożny Żyd deprawował i gwałcił na otomanie upijane wódką, młode uczennice? Perfekcyjny temat dla siejącego antysemityzm „Warszawskiego Dziennika Narodowego”. Sprawca „własną brodą zakneblował usta ofiary”? Napotykając taki przypadek, dziennikarz aż piał z zachwytu, że to historia wyróżniająca się nawet spośród tych „najbardziej atrakcyjnych”.

Skład sędziowski w procesie Rity Gorgonowej. Fotografia z 1932 roku

Skład sędziowski w procesie Rity Gorgonowej. Fotografia z 1932 roku

Na większą uwagę i skrupulatność nie można było liczyć, bo przestępczość seksualna przez całe dwudziestolecie nie doczekała się swojej Wielkiej Sprawy. Wśród morderczyń była Rita Gorgonowa. Wśród gangsterów Tata Tasiemka. O seryjnych zabójcach pisano w nawiązaniu do głośnego zwyrodnialca Tadeusza Ensztajna. Te postacie potrafiły przykuć uwagę opinii publicznej na całe miesiące i lata. Ich niesława była tak wielka, że legła wręcz u podstaw makabrycznej mody. Za ich sprawą każda podobna historia, dowolny odprysk głośnej afery, trafiała na pierwsze strony gazet.

Cała Polska ekscytowała się zepsutymi kobietami. Dowolny człowiek zatrzymany na dowolnej ulicy podzieliłby się własnym zdaniem o Gorgonowej, o zabitej przez nią dziewczynce i o zeznaniach każdego z najważniejszych świadków. Nazwisko Ensztajna nikomu nie było obce, przynajmniej przez parę miesięcy od jego głośnego aresztowania. Te tematy rozgrzewały emocje Polaków do czerwoności. Przestępczość seksualna nie miała jednak swojego Czarnego Charakteru. Nie trafiła się zbrodnia, która zdołałaby sprawić, że nasi pradziadkowie wreszcie zwrócą uwagę na uwłaczające zjawisko. I wreszcie coś z nim zrobią. Albo może raczej dołożono starań, by nie mogła się trafić.

Czekając na wielką sprawę

Historia małej Patsy, porwanej w 1933 roku, została uciszona, gdy tylko wyszło na jaw pedofilskie tło sprawy. Po kilku dosadnych materiałach zapanowało kompletne milczenie. Podobnie było w roku 1932. Kontrowersyjny magazyn „Tajny Detektyw” nagłośnił wówczas historię Feliksa Piekuckiego. Człowiek ten uchodził za prawdziwą ikonę przedwojennego Poznania. Znany prezenter radiowy, wpływowy polityk prawicy, a do tego komendant miasta w najtrudniejszych miesiącach walki o niepodległość. Dzisiaj powiedzielibyśmy: celebryta. Piekucki wiedział, że jest nietykalny. I wykorzystał swój status do potwornego procederu.

Zorganizował lotny dom publiczny, w którym narkotyzowano, gwałcono i fotografowano 12-, 13-letnie dziewczęta. Z usług pokątnej instytucji korzystali najlepiej ustosunkowani obywatele Wielkopolski. A obrzydliwe fotografie maltretowanych dziewczynek sprzedawano w całej Polsce i Europie. Gdy sprawa wyszła na jaw, „Tajny Detektyw” posunął się nawet do umieszczenia portretu Piekuckiego na okładkach dwóch numerów. Sprawa wstrząsnęła czytelnikami. Ale bardzo szybko o niej zapomniano. Piekucki zaś tylko potwierdził, że nic mu nie można zrobić. Stanął przed sądem i nawet został skazany. Wyrok: symboliczne pół roku za kratami.

Kazimiera Opatkowska, przez Tajnego Detektywa okrzyknięta bohaterką warszawskiej lindberjady, a więc - sprawy porwanej córki konsula Patsy.

Kazimiera Opatkowska, przez Tajnego Detektywa okrzyknięta bohaterką warszawskiej lindberjady, a więc – sprawy porwanej córki konsula Patsy.

Dobry doktor

Afera Stanisława Narbutta różniła się o tyle, że główny bohater nie był nikim znanym. Ot, młody lekarz, zatrudniony na oddziale dla umysłowo chorych w szpitalu świętego Jakuba w Wilnie. Człowiek, na którego nikt za bardzo nie zwracał uwagi. I który, jeśli budził jakiekolwiek emocje, to tylko poczucie zaufania ze strony pacjentów. Do czasu. W 1934 roku pod jego opiekę trafiła niejaka panna J. Abiturientka miejskiego gimnazjum, u której zdiagnozowano postępującą nerwicę. Rodzice liczyli, że pobyt w szpitalu przyniesie dziewczynie ulgę. Efekt leczenia okazał się wprost przeciwny.

Jak wyjaśniał reporter lokalnej gazety „Słowo”: „Pacjentka stała się jeszcze bardziej nerwowa, często płakała, a wszelkie zadawane jej w tej sprawie pytania zbywała milczeniem”. Wreszcie targnęła się na własne życie. Zamknięta w szpitalnej izolatce powiesiła się na haku umieszczonym pod sufitem. „Hak pod ciężarem jej ciała urwał się i na wpół przytomna chora upadła na ziemię. Łoskot zwabił do pokoju służbę, która ocuciła desperatkę”.

Dopiero teraz panna J. zdecydowała się wyznać prawdę. Doktor Narbutt „dokonał na niej gwałtu i defloracji”. I wcale nie ograniczył się do jednego ataku. Trzy razy przychodził do jej izolatki i trzy razy ją hańbił. Nie spodziewając się znikąd pomocy, dziewczyna postanowiła ze sobą skończyć.

Zabudowania szpitala św. Jakuba w Wilnie

Zabudowania szpitala św. Jakuba w Wilnie. Fotografia przedwojenna

Dyrekcja szpitala robiła wszystko, by zamieść sprawę pod dywan. Rodzina jednak nie chciała o tym słyszeć. Złożono doniesienie do prokuratury. Nie minął nawet tydzień, a już całe miasto huczało od plotek. W cichym Wilnie takie rozprawy niemal się nie zdarzały. Sławni adwokaci, korowód ekspertów. A do tego – posiedzenie sądu prowadzone w salach szpitala, by nie narażać ofiary na dodatkowe cierpienia. Wyrok wydawał się przesądzony.

Doktor niczego się nie wypierał. Tak, współżył z pacjentką. Tak, robił to wielokrotnie i używał przemocy. Zaczęto się nawet zastanawiać, czy aby na pewno ten specjalista od chorób psychicznych sam jest zdrowy na umyśle. Linia obrony Narbutta okazała się jednak słuszna. Wystarczył jeden dzień, by sąd… uwolnił go od wszelkich zarzutów. Uzasadnienie było proste: to nie mógł być gwałt, bo przecież panna J. nie wezwała na pomoc pielęgniarki. Widocznie więc podobało jej się to, co robił lekarz.

O skandalicznym werdykcie informowały gazety w całym kraju. Ale to nie była sprawa na czołówki. Poświęcano jej krótkie notki pod koniec numerów. Wciśnięte między wyniki loterii, programy audycji radiowych i nekrologi. Redaktorzy uparcie trwali w przekonaniu, że przesunięcie podobnych historii na początek numeru doprowadzi ich do bankructwa. A wśród czytelników wywoła co najwyżej epidemię ziewania.

Przemilczane oblicze przedwojennej Polski

Bibliografia:

Artykuł powstał w oparciu o literaturę i materiały zebrane przez autora podczas prac nad książką „Epoka milczenia. Przedwojenna Polska, o której wstydzimy się mówić”. Kupisz ją z rabatem w naszej oficjalnej księgarni. Poniżej wybrana literatura:

  1. K. Janicki, Upadłe damy II Rzeczpospolitej, Znak, Kraków 2013.
  2. A. Słonimski, Nr 14, 12 października 1927 [w:] tegoż, Kroniki tygodniowe 1927-1931, LTW, Warszawa 2003.
  3. Dlaczego uniewinniono dr. Narbutta?, „Echo”, nr 322 (1934).
  4. Dr. Narbut uniewinniony od ciężkiego zarzutu, „Słowo”, nr 320 (1934).
  5. Dr. Narbutt uniewinniony, „Kurjer Wileński”, nr 320 (1934).
  6. Dzieciobójczyni, gwałciciel i zboczeniec stanęli przed sądem, „Express Wieczorny Ilustrowany”, nr 363 (1936).
  7. Dzisiejszy proces w głośniej sprawie d-ra Narbuta, „Słowo”, nr 319 (1934).
  8. Dziś proces dr. Narbuta przed sądem wileńskim, „Ilustrowana Republika”, nr 321 (1934).
  9. Kronika, „Dziennik Ludowy”, nr 190 (1933).
  10. Kronika, „Dziennik Ludowy”, nr 39 (1934).
  11. Sprawa dr. Narbutta, „Kurjer Wileński”, nr 319 (1934).
  12. Ujęcie gwałcicieli, „Siedem Groszy”, nr 310 (1934).
  13. Własną brodą zakneblował usta swej ofiary, „Ilustrowana Republika”, nr 23 (1935).
  14. Zgwałcenie, „Republika”, nr 210 (1924), s. 7; Ohydny zboczeniec zniewolił dwie małoletnie dziewczynki, „Ostatnie Wiadomości Krakowskie”, nr 185 (1933).
  15. Z pałaców w otchłań nędzy, „Głos Polski”, nr 92 (1926).
  16. Żyd – gwałciciel i deprawator, „Warszawski Dziennik Narodowy”, nr 151 (1939).

Komentarze (3)

  1. nina Odpowiedz

    Bieda i nędza niewyobrażalna,władza nie dbała o pospólstwo,ważne były interesy,pełne brzuchy tych na szczycie,darmozjadów cwaniaków którzy potrafili się urządzić,poprzez łapówki i szantaż

  2. Anonim Odpowiedz

    Użycie stwierdzenia, „trzy razy ją HAŃBIŁ” jest wysoce nietaktowne. Szczególnie użyte w XXI wieku. Panie Redaktorze, gwałt nie pokrywa ofiary hańbą. Krzywda nie równa się hańbie. Za to jak najbardziej haniebne jest dokonanie gwałtu.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.