Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Czy ataki na Hiroszimę i Nagasaki były konieczne? Historycy do dziś się o to spierają

Hiroszima po ataku atomowym.

fot.Shigeo Hayashi/domena publiczna Hiroszima po ataku atomowym.

Po bombardowaniach Hiroszimy i Nagasaki Japończycy w końcu skapitulowali. Jednak czy faktycznie to zrzucone przez Amerykanów bomby atomowe skłoniły ich do poddania się? A może wojna i tak dobiegała już końca? Badacze nawet obecnie nie są w tej kwestii jednogłośni.

Pogląd, że zbombardowanie Hiroszimy i Nagasaki zakończyło wojnę na Pacyfiku, był niemal powszechny. Historycy jednak nadal dyskutowali o tym, co w istocie zaważyło na decyzji Japonii o kapitulacji: czy była to inwazja sowiecka, atomowa hekatomba czy też świadomość, że japoński potencjał zbrojeniowy, niezbędny do dalszego prowadzenia wojny, został bezpowrotnie utracony wskutek nieustępliwej kampanii amerykańskiej.

Podzielone opinie

Jedni podzielali podejrzenia Stalina, że zbombardowanie Hiroszimy było pierwszym wystrzałem w zimnej wojnie. Inni uważali, że Trumana i jego doradców zaślepiła rasowa nienawiść do Japończyków. Japońska armia mogłaby walczyć z takim fanatyzmem, jakiego oczekiwał Anami, a obawiali się Amerykanie, albo też morale jej żołnierzy mogłoby się załamać, jak to się stało w bitwach z Rosjanami (…).

Niektórzy uznani historycy dowodzili, że być może na japońską decyzję większy wpływ miał sowiecki atak niż bomba atomowa. W drugim tygodniu sierpnia rząd Japonii przygniotła seria niepomyślnych zdarzeń: zniszczona flota, siły powietrzne w zasadzie wyłączone z akcji, społeczeństwo coraz bardziej wygłodzone, na północy szykujący się do inwazji zwycięscy Rosjanie.

Sytuacja, jak w końcu przyznał cesarz, rzeczywiście rozwijała się „niekoniecznie z korzyścią dla Japonii”. Oficjalny raport sporządzony w następnym roku, tzw. US Strategic Bombing Survey, mówił o tym, że „nawet bez ataków z użyciem bomb atomowych przewaga powietrzna nad Japonią mogłaby wywrzeć presję wystarczającą do ogłoszenia bezwarunkowej kapitulacji i zażegnania konieczności inwazji”.

Japoński minister spraw zagranicznych Mamoru Shigemitsu podpisuje akt bezwarunkowej kapitulacji.

fot.Stephen E. Korpanty/domena publiczna Japoński minister spraw zagranicznych Mamoru Shigemitsu podpisuje akt bezwarunkowej kapitulacji.

Świadectwa wykorzystane w ekspertyzie były podważane, lecz płynące z niej wnioski były dość oczywiste: „Nie należy nalegać na przypisywanie bezwarunkowej kapitulacji Japonii szczególnie jednej z licznych przyczyn, ponieważ wszystkie one łącznie przyczyniły się do klęski tego kraju”.

Henry Stimson nadal nie był o tym przekonany. W 1947 roku opublikował przejmująco szczery artykuł, który miał wyjaśnić wątpliwości przyszłych historyków. Wierzył, że to nuklearny szok doprowadził Japonię do kapitulacji, dzięki czemu udało się uniknąć ostatecznej krwawej bitwy (…).

Truman szczerze wierzył, że zrzucenie bomb ocaliło setki tysięcy amerykańskich żołnierzy od śmierci z rąk fanatycznych japońskich wojskowych gotowych doprowadzić do samobójstwa narodu. Brakuje solidnych podstaw do takich wniosków, ale też nie ma to żadnego znaczenia.

Amerykański prezydent w pierwszej kolejności odpowiadał za swoich żołnierzy. Miał obowiązek uczynić, co uważał za konieczne, aby ograniczyć liczbę ofiar. Jego decyzja o użyciu bomby była zrozumiała i prawdopodobnie nieunikniona, niezależnie od tego, czy była konieczna, czy też nie.

Czynnik ludzki

Generał LeMay nigdy nie miał co do tego wątpliwości. Nie dostrzegał żadnej różnicy między systematycznym obracaniem w gruzy miast za pomocą tysięcy bomb konwencjonalnych a zmieceniem ich z powierzchni ziemi w rozbłysku jednej bomby atomowej. „W Tokio owej nocy z 9 na 10 marca udało nam się spalić, ugotować i upiec więcej ludzi, niż ich wyparowało w Hiroszimie i Nagasaki”.

Tekst pierwotnie ukazał się w książce Rodrica Breithweite'a „Armagedon i paranoja” wydanej właśnie nakładem Znaku Horyzont.

Tekst pierwotnie ukazał się w książce Rodrica Breithweite’a „Armagedon i paranoja” wydanej właśnie nakładem Znaku Horyzont.

Paul Fussell, historyk kultury, na własne oczy widział okropieństwa wojny i gardził tymi, którzy nadawali jej romantyczną otoczkę, choć nigdy nie byli na polu bitwy. Jako żołnierz piechoty został ranny we Francji w dniu „D” i jeszcze nie całkiem wyleczony, wraz z setkami tysięcy innych żołnierzy, miał wziąć udział w inwazji na Japonię. Po prawie czterdziestu latach próbował wypowiedzieć się w wyważony sposób:

Po zrzuceniu bomb atomowych zaczęły krążyć wiadomości, że «Operacja Olympic» nie będzie jednak konieczna. Kiedy ku naszemu zaskoczeniu dowiedzieliśmy się, że za kilka miesięcy nie będziemy musieli ruszać z atakiem na plaże w pobliżu Tokio pod ostrzałem karabinów maszynowych, moździerzy i dział, mimo naszej wyćwiczonej flegmy i zawziętych min coś w nas pękło i płakaliśmy, odczuwając ulgę i radość. A jednak będziemy żyć i doczekamy wieku dojrzałego.

Fussell nie zamierzał przy tym zbyć milczeniem kwestii moralnych i oświadczył:

Wszystko to nie przeczy temu, że tak jak rosyjska rewolucja, zbombardowanie Japonii bombami atomowymi było na przestrzeni dziejów olbrzymią tragedią. (…) Tak jak w wypadku rosyjskiej rewolucji, mamy tu dwie strony medalu – i dlatego jest to właśnie tragedia, a nie katastrofa.

Uświadomimy to sobie, o ile nie okażemy się […] bezmyślni, pozbawieni wyobraźni i okrutni. I jeśli przyjmując perspektywę przyszłych ofiar wojny, uznamy, że zrzucenie bomby było słuszne, nigdy nie uwolnimy się od tego horroru.

Źródło:

Powyższy tekst stanowi fragment książki Rodrica Braithwaite’a Armagedon i paranoja. Zimna wojna – nuklearna konfrontacja”, wydanej nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Tytuł, lead, ilustracje wraz z podpisami, wytłuszczenia oraz śródtytuły pochodzą od redakcji. Tekst został poddany podstawowej obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia częstszego podziału akapitów.

Wstrząsająca opowieść o czasach paranoicznego strachu przed nuklearną katastrofą:

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.