Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Czy kolonializm się opłacał?

Hiszpańską potęgę kolonialną budował między innymi Vasco Núñez de Balboa.

fot.domena publiczna Hiszpańską potęgę kolonialną budował między innymi Vasco Núñez de Balboa.

Tania lub wręcz darmowa siła robocza. Korzystne warunki dla handlu. Zasoby cennych kruszców. Wydawałoby się, że mocarstwa kolonialne na podbojach mogły tylko zarobić. Ale czy na pewno?

Przekonanie, że posiadanie zamorskich posiadłości przyczynia się do wzrostu państwowego bogactwa, było jedną z głównych sił napędowych, które skłaniały mocarstwa europejskie do terytorialnych podbojów. „Wcześni zwolennicy zamorskiej ekspansji postrzegali zdobywanie kolonii jako sposób na przyspieszenie krajowego wzrostu i rozwoju gospodarczego” – potwierdza historyk amerykański Sidney L. Pash.

Polityka metropolii względem przejmowanych terenów w pełni oddawała to nastawienie. Koloniści swobodnie korzystali z miejscowych bogactw naturalnych i narzucali lokalnej ludności zaniżone ceny kupowanych przez siebie produktów. Nie cofali się przed niczym. Wkrótce po nastaniu ery kolonialnej zaczęli czerpać zyski także z handlu niewolnikami. Jako pierwsi zaangażowali się w ten nieludzki proceder Portugalczycy, ale inne mocarstwa – widząc, jak wielkie korzyści przynosi – nie pozostały daleko w tyle.

Ta bezwzględna pogoń za zyskiem, w wyniku której powstał szereg potęg kolonialnych (największa – brytyjska – zajmowała powierzchnię ponad 30 milionów metrów kwadratowych), trwała kilka stuleci. Pierwszą nowożytną kolonię utworzyli już w 1415 roku Portugalczycy, zajmując port w Ceucie. U progu XVI wieku swoje terytoria zależne ustanowiły również Anglia, Francja i Niderlandy. System ten utrzymał się do XX stulecia. Tylko czy aby na pewno okazał się tak opłacalny, jak przewidywano?

Świat pod koniec XIX wieku był podzielony między potęgi imperialne. Mapa pokazuje stan na 1898 rok.

fot.Roke-commonswiki/CC BY-SA 3.0 Świat pod koniec XIX wieku był podzielony między potęgi imperialne. Mapa pokazuje stan na 1898 rok.

1287 procent

Na pierwszy rzut oka ogólne wskaźniki gospodarcze mogą wskazywać na odpowiedź twierdzącą. Zwłaszcza mocarstwo brytyjskie odnotowało w okresie od około 1500 do 1820 roku wręcz spektakularne zyski. Jego produkt krajowy brutto wzrósł (w przeliczeniu na wartość nabywczą dolara pod koniec XX wieku) z 3 do 36,2 miliarda! W porównaniu z tym państwa włoskie, które u progu 1500 były niekwestionowaną europejską potęgą gospodarczą, wypadają raczej blado. Ich PKB wzrosło z 11,5 miliardów dolarów do „zaledwie” 14,7 miliarda. Jak komentuje Sophus A. Reinert, ekonomista związany z Harvardem:

Średnia stopa wzrostu gospodarczego Zjednoczonego Królestwa wynosiła więc w tym okresie dziesięć razy tyle, co na ziemiach włoskich. To przyspieszenie trwało w osiemnastym stuleciu, bo do 1820 roku gospodarka brytyjska wzrosła o oszałamiające 1287 procent w stosunku do roku 1500, podczas gdy włoska wzrosła zaledwie o 95 procent. Podczas gdy udział procentowy Zjednoczonego Królestwa w światowym dochodzie wzrósł z 1.1 do 5.2, włoski spadł z 4.7 do 3.2 procenta.

Dane te, choć imponujące, mogą jednak wprowadzać w błąd. Na rozwój Anglii, a później Wielkiej Brytanii wpływała w tym okresie nie tylko ekspansja terytorialna. Do jej rozkwitu przyczyniły się też wewnętrzne procesy gospodarcze, takie jak początek rewolucji przemysłowej, wygrane wojny, etc.

Jednak nawet jeśli część dobrobytu Brytyjczycy rzeczywiście zawdzięczali koloniom, ich dobra passa wkrótce się skończyła. Ogólny bilans imperialnych zysków i strat – jak coraz śmielej komentują historycy – wcale nie był dla Ich Królewskich Mości korzystny. Pionierami takiego twierdzenia stali się historyk Robert A. Huttenback i kliometra Lance Edwin Davies, którzy w 1988 roku wydali książkę pod tytułem „Mammon and the Pursuit of Empire: The Economics of British Imperialism”.

Inspiracją dla artykułu była książka Mayi Jasanoff "Joseph Conrad i narodziny globalnego świata", opowiadająca między innymi o podróży genialnego pisarza do belgijskiego Konga.

Inspiracją dla artykułu była wydana nakładem Wydawnictwa Poznańskiego książka Mayi Jasanoff „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”, opowiadająca między innymi o podróży genialnego pisarza do belgijskiego Konga.

Badacze ci przez dziesięć lat badali działalność firm brytyjskich zarówno na rynku krajowym, jak i imperialnym oraz – dla porównania – zagranicznym. Pod lupę wzięli okres od 1860 do 1912 roku. I doszli do wniosku, że wbrew obiegowym opiniom kolonializm wcale nie przyniósł Wielkiej Brytanii wielkich pieniędzy. Przeciwnie, skorzystali na nim tylko pojedynczy inwestorzy, natomiast klasa średnia, którą obciążono kosztem zamorskich państwowych inwestycji, była stroną najbardziej przegraną. „Dla potencjalnego brytyjskiego inwestora po 1880 roku imperium było gospodarczą pułapką i złudzeniem – grą niewartą świeczki” – przekonywali naukowcy.

W podobnym duchu na łamach książki poświęconej gospodarce brytyjskiej potęgi kolonialnej wypowiada się Leigh A. Garner. Nie przebiera przy tym w słowach:

W ostatnich dekadach historycy próbowali policzyć koszty i zyski płynące z brytyjskiego imperium, i w większości uznali, że w najlepszym wypadku rząd brytyjski wyszedł na zero (choć pojedyncze jednostki często pięknie korzystały na tym procesie).

Srebro z Nowego Świata

O tym, jak zdradliwe może być inwestowanie w kolonie, przekonała się też Hiszpania. To prawda, że metale szlachetne z Nowego Świata stały się jednym z fundamentów jej potęgi. Wydobycie srebra osiągnęło apogeum na początku XVII wieku. Później osłabło, ale – jak pisze Bartolomé Bennassar, historyk specjalizujący się w dziejach Ameryki Łacińskiej – „do połowy XVII stulecia strumień białego metalu nadal był duży i pozostawał najmocniejszą dźwignią politycznej aktywności Hiszpanii”.

Srebro, zdobywane na terytoriach Inków i Azteków, stało się podstawą potęgi Hiszpanii. Na ilustracji Hernan Cortes i Montezuma.

fot.domena publiczna Srebro, zdobywane na terytoriach Inków i Azteków, stało się podstawą potęgi Hiszpanii. Na ilustracji Hernan Cortes i Montezuma.

Przez jakiś czas mocarstwo z Półwyspu Iberyjskiego wręcz ucieleśniało sukces merkantylizmu, nowej ideologii gospodarczej, która zapanowała nad umysłami Europejczyków w XVII wieku. Głosiła ona – w dużym skrócie – że podstawą siły i pozycji państwa powinien być dodatni bilans handlowy i oparcie w kruszcach. Na negatywne skutki gromadzenia złota i srebra nie trzeba było jednak długo czekać. Zwraca na to uwagę Sidney L. Pash:

Hiszpańska potęga kolonialna sięgnęła szczytu w siedemnastym stuleciu, ale merkantylizm ukazał swoje ambiwalentne oblicze, ponieważ zalew metali szlachetnych z Nowego Świata wywołał szok inflacyjny, który znacznie osłabił hiszpańską gospodarkę.

W kolejnym stuleciu znaczące dochody przynosiły jeszcze uprawy trzciny cukrowej, kakaowca i kawowca. Korzystny okazał się też handel tytoniem i barwnikami, takimi jak indygo czy koszenila. I – oczywiście – niewolnikami, którzy od 1765 roku za sprawą Compaña Gaditana de Negros stali się imperialnym „towarem”.

W tym czasie hiszpańskimi dominiami wstrząsały już jednak powtarzające się rozruchy. „W latach 1708–1783 w samym Peru doliczono się 140 buntów w związku z nadużyciami urzędników i kapłanów” – opowiada Bennassar. Utrzymanie porządku w terytoriach zależnych pochłaniało coraz większe fundusze. Czy koszty zaczęły już wtedy przewyższać zyski? Trudno powiedzieć. Ale pod koniec XIX wieku Hiszpania była już tylko cieniem dawnej potęgi.

Utrzymanie władzy i porządku na podbitych terytoriach pochłaniało ogromne fundusze. Na obrazie rekonkwista Buenos Aires.

fot.Charles Fouqueray/domena publiczna Utrzymanie władzy i porządku na podbitych terytoriach pochłaniało ogromne fundusze. Na obrazie rekonkwista Buenos Aires.

Boom kauczukowy

Mało zachęcające, przynajmniej początkowo, okazały się także doświadczenia belgijskie. Belgowie, którzy sami uzyskali niepodległość dopiero w 1830 roku, za tworzenie potęgi kolonialnej zabrali się dość późno. Jej „ojcem” był właściwie jeden człowiek, król Leopold II. Mimo niechęci rządu i obywateli na konferencji w Berlinie w 1885 roku zyskał dla siebie Kongo – i uczynił z niego swój prywatny folwark, licząc na natychmiastowy zastrzyk gotówki. O tym, jak bardzo się pomylił, w swojej najnowszej książce „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata” pisze Maya Jasanoff:

Król Leopold II pompował gotówkę w Wolne Państwo Kongo od jego narodzin – budował stacje, ustanowił Siły Publiczne, położył podwaliny pod linię kolejową Matadi-Léopoldville – ale z marnym zwrotem inwestycji. W 1890 roku (…) zyski pokrywały zaledwie 15 procent wydatków.

Conrad pojawia się w tym kontekście nie bez powodu. Był on przecież jednym z pierwszych świadków brutalności i niewydolności belgijskiego imperium. A było na co popatrzeć. Król bowiem nie poddawał się łatwo. Zaprowadził na swoich ziemiach porządek nieomal feudalny. Zniewolił też miejscową ludność, narzucając jej rozbudowany system pracy przymusowej.

Mimo to jeszcze w 1895 roku monarcha znajdował się na skraju bankructwa. Uratował go popyt na kość słoniową i… kauczuk. Zwłaszcza ten drugi stał się praktycznie z dnia na dzień „najbardziej poszukiwanym kongijskim towarem eksportowym”. Jak pisze Jasanoff:

W 1890 (…) kraj wyeksportował zaledwie 133 666 kilogramów kauczuku. W roku 1896 eksportowano już dziesięć razy tyle (1 317 346 kilogramów), dzięki czemu Kongo stało się jego największym afrykańskim producentem. Zyski ze sprzedaży kauczuku przewyższyły na giełdzie w Antwerpii te ze sprzedaży kości słoniowej, osiągając wartość 6,9 miliona franków.

Inspiracją dla artykułu była książka Mayi Jasanoff "Joseph Conrad i narodziny globalnego świata", opowiadająca między innymi o podróży genialnego pisarza do belgijskiego Konga.

Inspiracją dla artykułu była wydana nakładem Wydawnictwa Poznańskiego książka Mayi Jasanoff „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”, opowiadająca między innymi o podróży genialnego pisarza do belgijskiego Konga.

Dzięki kauczukowi Kongo zmieniło się w opłacalną inwestycję. Rządy Leopolda w kolonii skończyły się jednak już w 1908 roku, gdy świat dowiedział się o skali popełnianych tam zbrodni. Teren przeszedł na kolejne 50 lat pod kontrolę belgijskiego rządu. Terror i wyzysk trwały nadal, lecz teraz już za pieniądze podatników. Być może ten imperialny epizod okazał się korzystny dla metropolii – ale cena moralna, którą za to zapłacono, była zdecydowanie zbyt wysoka.

Gra o sumie zerowej?

„Zawsze jest jakaś cena: Francja z dużym trudem płaci ją dzisiaj w dziedzinie imigracji i integracji” – przekonuje historyk Arnaud Teyssier, odnosząc się do kolonialnej przeszłości kraju Napoleona i Charlesa de Gaulle’a. I rzeczywiście, kolonializmu nie można rozpatrywać wyłącznie w aspekcie ekonomicznym oraz politycznym. Zdaniem badacza państwa, które zaangażowały się w podboje, ponosiły też koszty kulturalne, historyczne i moralne.

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie sposób przedstawić dokładnego bilansu zysków i strat dawnych mocarstw – tak, jak nie da się sporządzić analogicznego rachunku dla terytoriów zależnych. Spory o to, czy w ogóle można mówić, że kolonie „skorzystały” na byciu częścią imperiów, toczą się do dzisiaj. Twierdził tak – przynajmniej w odniesieniu do Indii – Milton Friedman, zaliczany do najwybitniejszych dwudziestowiecznych ekonomistów. Był też przekonany, że „kolonializm zawsze kosztował państwo-matkę więcej, niż przynosił jej wszelkich bezpośrednich i pośrednich gospodarczych korzyści”.

Kto skorzystał na podboju Indii przez Wielką Brytanię? Zdaniem ekonomisty Miltona Friedmana, raczej Indie. Na pewno nie Zjednoczone Królestwo.

fot.Francis Hayman /domena publiczna Kto skorzystał na podboju Indii przez Wielką Brytanię? Zdaniem ekonomisty Miltona Friedmana, raczej Indie. Na pewno nie Zjednoczone Królestwo.

Z przekonaniem Friedmana o „korzyściach” dla wyzyskiwanych ziem trudno się dziś zgodzić, ale na pewno można przyjąć, że należałoby zerwać z nadmiernie uproszczonym postrzeganiem kolonializmu jako procesu, w którym jedno państwo wzbogaca się kosztem innego. „Życie to nie jest gra o sumie zerowej” – przekonywał ten sam ekonomista. Miał na myśli to, że zdarza się, iż na pewnej wymianie mogą skorzystać obie strony.

Wydaje się, że w przypadku kolonializmu mogło być dokładnie odwrotnie. Całkiem prawdopodobne, że w tym przypadku przegrały wszystkie zaangażowane strony. I do dzisiaj próbują sobie z tą przegraną poradzić.

Inspiracja:

Inspiracją dla artykułu była wydana nakładem Wydawnictwa Poznańskiego książka Mayi Jasanoff „Joseph Conrad i narodziny globalnego świata”, opowiadająca między innymi o podróży genialnego pisarza do belgijskiego Konga.

Bibliografia:

  1. Lance Edwin Davis, Robert A. Huttenback, Mammon and the Pursuit of Empire, Cambridge University Press 1988.
  2. Leigh A. Garner, Taxing Colonial Africa. The Political Economy of British Imperialism, Oxford University Press 2012.
  3. Maya Jasanoff, Joseph Conrad i narodziny globalnego świata, Wydawnictwo Poznańskie 2018.
  4. Darrel J. Kozlowski, Colonialism, Chelsea House Publishers 2010.
  5. Patrick Manning, Analyzing the Costs and Benefits of Colonialism, “African Economic History Review”, t. I, nr 2 (1974).
  6. Melvin Page i in., An International Social, Cultural and Political Encyclopedia, ABC CLIO 2003.
  7. Sophus A. Reinert I in., The Political Economy of Empire in the Early Modern World, Palgrave Macmillan 2013.

Kup książkę taniej na stronie empik.com:

 

 

Komentarze (2)

  1. Czytacz Odpowiedz

    Chyba 30 milionów kilometrów nie metrów. Ponadto co to są koszty moralne ponoszone przez dawne państwa kolonialne? Czym się one mają objawiać?

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.



Informujemy, że nasza strona może dostosowywać treści reklamowe do Twoich zainteresowań i preferencji. Aby to robić, potrzebujemy Twojej zgody na przechowywanie plików cookies oraz podobnych technologii w Twoim urządzeniu końcowym oraz na przetwarzanie danych w celach personalizacji treści marketingowych.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie, w tym poprzez profilowanie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. z siedzibą w Poznaniu (61-885), ul. Półwiejska 17/15 oraz naszych zaufanych partnerów, Twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach stosowanych w serwisie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. i zaufanych partnerów w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam w tym serwisie oraz w Internecie.

Pamiętaj, możesz w każdej chwili nie wyrazić zgody lub cofnąć zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Szczegóły dotyczące wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w ustawieniach.

Informujemy także, że poprzez korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień prywatności w Twojej przeglądarce wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania treści marketingowych i reklam.

Więcej informacji na temat zasad przetwarzania danych osobowych, w tym o Twoich uprawnieniach, znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.