Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Podróże z historią – Biały Słoń w Czarnohorze

Obserwatorium astronomiczno-meteorologiczne na szczycie Popa Iwana w Czarnohorze.

Aby wejść do budynku obserwatorium astronomicznego w Czarnohorze (Karpaty Wschodnie), trzeba było mieć przepustkę z Warszawy. Od ukończenia budowy w 1938 roku budowla była owiana tajemnicą. Trudno było zrozumieć, dlaczego biedne państwo wydało gigantyczne pieniądze na postawienie obserwatorium w miejscu, w którym pogoda nie sprzyjała także astronomom. Dziś szlak na Popa Iwana, gdzie znajduje się Biały Słoń, jest popularną trasą turystyczną.

Jeśli spojrzymy na grzbiet Czarnohory, po lewej stronie, na najdalej wysuniętym szczycie, zobaczymy punkt – jakby twierdzę na gigantycznej górze zamkowej. Ta góra to szczyt Pop Iwan (2022 m n.p.m.) z ruinami obserwatorium astronomicznego. Gmach ów nazwano Białym Słoniem ze względu na jego wielkość, a także białą „elewację”, jaką zimą tworzył śnieg, pokrywający grubą warstwą mury budynku.

Wejście na Popa Iwana jest jednym z najpopularniejszych szlaków w Czarnohorze, najwyższym paśmie Karpat Ukraińskich. Droga jest dość trudna, wejście i zejście zajmuje około 8 godzin. Zaczyna się we wsi Dzembronia. Jest to tzw. „polski szlak”. Zaczyna się łatwo i przyjemnie, ot spacer w kierunku szczytu Smotrecza. Jednak im dalej, tym trudniej, ale też ciekawiej.

Gdy jest sprzyjająca pogoda lub „okienko” w chmurach, zobaczymy ogromne głazy na drodze na Smotrecz, które wyglądają, jakby ktoś celowo ustawił je równo w rzędzie. Pierwszy z nich to Uchaty Kamień, któremu podczas I wojny odstrzelono jedno ucho. Wiatr przeganiający chmury co chwilę odsłania pasmo Czarnohory, na którego końcu znajduje się Pop Iwan. Wielka skała na Smotreczu jest często punktem, z którego odwrót zarządzają liczni niedoszli zdobywcy Popa Iwana. Jest tu niesamowicie pięknie, groźnie i zwykle samotnie.

Oczywiście Huculi mają swoje wyjaśnienie na ten czarnohorski „Trójkąt Bermudzki”. Jest to siedziba humorzastego Króla Gromowego. Jakby tego było mało, błąkają się tu dusze pasterzy zabitych przez pioruny. Ze Smotrecza widać (choć zwykle raczej nie widać) drogę na Popa Iwana i sam budynek obserwatorium.

Na grzbietach koni i ludzi

Pogoda na szlaku może zmienić się kilkanaście razy, więc zwykle mamy szansę obejrzenia obserwatorium z daleka. Jest to duża, kamienna budowa przypominająca zamek, ale z elementami architektury modernistycznej. Istotnie za wzorzec posłużył architektom zamek w Przemyślu.

Budynek wzniesiono z miejscowego piaskowca, natomiast wszystkie pozostałe materiały budowlane – czyli cement, wapno, drewno, cegły i wyposażenie – przewożono ze stacji kolejowych w Kołomyi i Worochcie. Najpierw ciężarówkami i wozami konnymi, a na sam szczyt na grzbietach koni huculskich i ludzi.

Najcięższe elementy wyposażenia ważyły około 1 tony. Łącznie na górę przetransportowano około 800 ton materiałów. Ze zrozumiałych powodów najbardziej kosztowny był transport, np. 1 mkw drewna kosztował 1 zł, ale dostarczenie go na górę już 12 zł, podobnie cementu, którego worek kosztował 6 zł.

Czytaj też: Niesamowite, widowiskowe i… szalone. Niezrealizowane pomysły wielkich wizjonerów

Trudny rejon listonosza

Wspinając się na szczyt, bardziej niż o budowniczych, myślę o listonoszu, który regularnie dostarczał do obserwatorium pocztę z urzędu pocztowego w Żabiem (dziś Werchowyna). Bardzo nietypowy miał rejon. Ponoć jednak doręczyciel cenił sobie tę pracę, dobre jedzenie na górze i wygodny nocleg w obserwatorium. Na miejscu dorabiał też jako fryzjer!

Obserwatorium w 1938 roku.

Idąc trudnym szlakiem w niezbyt sprzyjającą pogodę, która tutaj jest prawie normą, zastanawiam się, dlaczego wybrano właśnie to miejsce, skoro przez większość czasu nic stąd nie widać? Na niezbyt trafną lokalizację zwrócił uwagę w swoich wspomnieniach kierownik obserwatorium, Władysław Midowicz.

Głównym promotorem budowy (obserwatorium – przyp. aut.) byli najprawdopodobniej astronomowie warszawscy, którzy rozglądali się za miejscem o wystarczająco czystym powietrzu, a także o stosunkowo rzadkim zachmurzeniu. Tego ostatniego, niestety, nie brakowało od jesieni do wiosny na graniach Czarnohory i ten, kto ją doradził, nie wydawał się być wystarczająco obeznany z klimatem Karpat Wschodnich.

Może nie o astronomię tu chodziło.

Obserwatorium Astronomiczne im. Józefa Piłsudskiego

Na sam koniec zdobywców czeka dość strome podejście. Gdy rozsuną się chmury, możemy dostrzec jeszcze, nieco w dole, ruiny przedwojennego schroniska AZS. Gdy wreszcie zbliżymy się do Białego Słonia, zobaczymy, że…. cały jest pokryty rusztowaniami, w słońcu (jeśli akurat jest) mieni się miedziany dach, a w murach budowli są już okna. Trwa zaawansowana odbudowa obserwatorium wspólnymi ukraińsko-polskimi siłami, a dokładniej: Uniwersytetu w Iwano-Frankiwsku i Uniwersytetu Warszawskiego. Jest tu też placówka górskiego pogotowia ratunkowego oraz miejsce na nocleg dla turystów, ale tylko w sytuacjach wyjątkowych. Zwiedzać wnętrz nie można.

Przed rozpoczęciem odbudowy ruiny obserwatorium były niezwykłe i malownicze, a przy tym dobrze zachowane. Pamiętam stylizowanego orła, zniszczonego pociskami karabinowymi, nad głównym wejściem. Wewnątrz można łatwo rozpoznać dawne pomieszczenia, zachowały się schody, resztki instalacji, kaloryfery. W piwnicach stały jeszcze piece do centralnego ogrzewania.

Kamień węgielny pod budowę Obserwatorium Astronomicznego imienia Józefa Piłsudskiego Państwowego Instytutu Meteorologicznego położono latem 1936 roku. Prace ukończono dwa lata później. Budynek w kształcie litery „L” miał pięć kondygnacji, w tym dwie wykute w szczycie skały i ponad 50 pomieszczeń różnej wielkości. Na dole znajdowała się placówka Straży Granicznej.

Widok na obserwatorium ze szlaku.

Obserwatorium wyposażone było w najnowocześniejszy jak na ówczesne czasy, sprzęt astronomiczny. Budynek posiadał własną siłownię, składającą się z dwóch agregatów diesla, i akumulatorownię, zespół pomp elektrycznych i centralne ogrzewanie z kotłów opalanych ropą. Roczny zapas paliwa najpierw transportowano cysternami kolejowymi do Kut, następnie ropę rozlewano do kilkuset stalowych beczek i podwożono ciężarówkami do podnóża masywu, skąd przez kilka tygodni transportowano ją w górę na wózkach ciągnionych przez konie.

Kierownikiem obserwatorium został Władysław Midowicz, geograf i meteorolog urodzony w niedalekim Mikuliczynie. Osiedlił się w Białym Słoniu razem ze swoją żoną i pięcioletnim synem. Jak wspominał:

Obserwatorium było najwyższym zamieszkałym punktem w kraju. (…)Najbliższa agencja pocztowa i jedyny sklepik znajdowały się w odległym o 20 km. Żabiem-Zełenym, od najbliższego lekarza w Żabiem-Słupejce dzieliło nas 50 km, a od stacji kolejowej w Kołomyi z górą 120 kilometrów. Przy możliwej pogodzie najpopularniejsza była wielogodzinna wędrówka głównym grzbietem Czarnohory do doliny Foreszczenki, gdzie oczekiwała leśna drezyna motorowa z Worochty, zamówiona radiotelegraficznie via Stanisławów.

Obserwatorium żyło własnym, spokojnym życiem, nieniepokojone nadmiernie przez przybyszów, zarówno ze względu na odległość od „cywilizowanego świata”, jak też bezwzględny zakaz wstępu bez przepustki wydanej w Warszawie. Hucułów odstraszała tajemniczość tego miejsca i rozmaite plotki, mówiące, że prowadzone są tu prace nad nową bronią.

Czytaj też: Kiedy władcę ponosi wyobraźnia… Baśniowe zamki Ludwika Szalonego

Z generalskich marzeń

Budowa obserwatorium pochłonęła ogromną jak na ówczesne czasy kwotę 1 mln zł, pochodzącą z publicznych środków. Jaki był sens tej inwestycji, w niezbyt zamożnym kraju? Zwłaszcza że – jak zauważa Władysław Midowicz – pod koniec lat trzydziestych XX wieku badania meteorologiczne na świecie prowadzone były głównie za pomocą radiosond wypuszczanych na duże wysokości.

Ale w II Rzeczypospolitej, szczególnie w latach trzydziestych, pewna ilość starszych generałów chętnie zajmowała się problemami natury nie wojskowej, jak szlachtą zagrodową, Huculszczyzną, wyimaginowanymi koloniami w Afryce czy Brazylii, a przewodniczący ówczesnej Ligi Ochrony Powietrznej Państwa (LOPP), z górą 60-letni generał Berbecki popierał astronomię i to dość klasycznego gatunku.

Budowie obserwatorium nadano ogromny wydźwięk propagandowy – niemal taki jak budowie Gdyni. Miało być kolejnym symbolem polskiej mocarstwowości końca lat trzydziestych XX wieku. Zapewne zamierzano też w ten sposób umocnić państwo polskie we Wschodnich Karpatach. W budynku znajdował się wszak także posterunek Straży Granicznej. Zachowane do dziś nagrobki celników i strażników na cmentarzu w Werchowynie (Żabiem) świadczą, że było tu niebezpiecznie.

Wże kineć!

Koniec polskiego obserwatorium na Popie Iwanie nastąpił 18 września 1939 roku. Jego załoga wraz z żołnierzami Straży Granicznej ewakuowała się na Węgry. Zabrano cenny sprzęt meteorologiczny. Po wojnie trafił on do obserwatorium w Chorzowie. Tak dzień ewakuacji wspomina Władysław Midowicz:

Po wspólnie spożytym posiłku rozebrałem radiotelefon i wyniósłszy na dziedziniec rozbijałem jego części młotem, zgodnie z posiadanymi rozkazami „mob”. Patrząc jak w trzaski rozlatywały się lampy, przetworniki, kondensatory i różne cudeńka, Huculi czekający obok z jucznymi końmi trącali się łokciami, szepcząc: Wże kineć! (Już koniec). A koniec zbliżał się miarowym krokiem. (…)

Jura ze łzami w oczach chciał mnie ująć pod nogi – uścisnąłem go – jak brata. Po czym klucz zazgrzytał w kutych drzwiach wejściowych i cała karawana koni i ludzi ruszyła wzdłuż muru, przechodząc po kolei granicę państwa.

Uklęknąłem, całując mokrą ziemię. Wiatr zacinał przenikliwym deszczem i wielka kurtyna sinych chmur jakby opuszczała się za nami na granie Czarnohory. (…) Gdy po kilku godzinach obejrzeliśmy się u górnej granicy lasów po raz ostatni, gdzieś w podniebiu wyłoniła się z przewalających się grzbietem mgieł wysmukła wieża, na którą kładły się ostatnie promienie zachodzącego nad Marmaroszą słońca.

Obserwatorium przejęły wojska sowieckie, potem Niemcy, oddając je we władanie Węgrom. Budynek nie ucierpiał podczas wojny. Dopiero później został rozszabrowany przez miejscową ludność i stopniowo niszczał.

Praktycznie

Nie jest trudno dojechać w Karpaty Ukraińskie. Z Warszawy dolecimy liniami Ukrainian International Airlines do Iwano-Frankiwska (dawnego Stanisławowa). Stamtąd busem dojedziemy do Werchowyny (110 km). Z Werchowyny najlepiej zorganizować sobie prywatny transport (nie ma z tym problemu) do Dzembroni w obie strony lub zanocować w wiosce – są tu pensjonaty i camping. Można też dojechać przez Lwów. Na miejscu jest nieźle rozwinięta infrastruktura turystyczna.

Bibliografia:

  1. Oficjalna strona obserwatorium: https://observatorium.pnu.edu.ua/pl
  2. Władysław Midowicz, O Białym Słoniu na Czarnohorze, Karpaccy.pl (dostęp: 12.05.2021).

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.