Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Polacy w bydlęcych wagonach. Ofiary prawdziwych przepędzeń i wysiedleń w pierwszych tygodniach niemieckiej okupacji

Niemieckie wypędzenia Polaków przybrały największą skalę na Pomorzu oraz w Wielkopolsce.

fot.Bundesarchiv/Wilhelm Holtfreter/CC-BY-SA 3.0 Niemieckie wypędzenia Polaków przybrały największą skalę na Pomorzu oraz w Wielkopolsce.

Niemcy już od pierwszych dni wojny przymierzali się do tego, by usunąć polską ludność z terenów, które zamieszkiwała od dziesiątek pokoleń. Pierwsze akcje odbywały się jakby na dziko, bez żadnych podstaw prawnych i bez wytycznych ze strony władz w Berlinie. Nie zmniejszało to jednak w żadnym stopniu cierpienia ofiar.

Już u zarania I wojny światowej skrajnie nacjonalistyczny Związek Wszechniemiecki (Alldeutscher Verband), nie tylko postulował oczyszczenie ziem polskich z dotychczasowych mieszkańców, ale też uczynienie cudzoziemskich robotników w Cesarstwie niewolnikami. Do tych pomysłów o dwudziestu latach odwołała się partia nazistowska. I hitlerowcy nie zamierzali ograniczać się do słów.

Najwcześniej wysiedlenia przeprowadzać zaczęto na ziemiach polskich wcielonych do III Rzeszy – w Wielkopolsce i na Pomorzu. Tam też przybrały one największe rozmiary. Dzikie wysiedlenia, organizowane spontanicznie przez lokalne władze świeżo zajętych terenów, prowadzone były już od pierwszych tygodni okupacji. Dokonywano ich na wniosek miejscowych Niemców, chcących przejąć polskie placówki gospodarcze oraz luksusowe mieszkania położone w prestiżowych dzielnicach.

Dotychczasowi właściciele takich majątków otrzymywali wówczas wezwania do opuszczenia ich w ciągu 24 godzin, jedynie z niezbędną odzieżą i niewielkim zapasem żywności. Niezastosowanie się do nakazu groziło zesłaniem do obozu koncentracyjnego.

Mord i grabież. Opór rodziny Klimków

Prawdziwe piekło z tego powodu przeszła rodzina Klimków ze wsi Pływaczewo koło Wąbrzeźna. Władysław Klimek był w latach trzydziestych posłem na Sejm oraz znanym w tamtym rejonie społecznikiem. Z tego względu znalazł się na niemieckiej liście proskrypcyjnej.

Pływaczewo na mapie Wojskowego Instytutu Geograficznego z 1937 roku.

fot.domena publiczna Pływaczewo na mapie Wojskowego Instytutu Geograficznego z 1937 roku.

Został aresztowany 16 października 1939 roku przez bojówkarzy Selbstschutzu i na podstawie sfabrykowanych oskarżeń, po bestialskim, dwudniowym śledztwie, stracony w Łopatkach. Na dużym, 50-hektarowym gospodarstwie Klimków pozostała jego żona Wanda wraz z sześciorgiem dzieci, z których najstarsze miało 9 lat.

Piękne gospodarstwo Klimków upatrzył sobie ich niemiecki sąsiad Karl Struwe, który początkowo, jeszcze w obecności głowy rodziny, jako dowódca miejscowego Selbstschutzu przejął je pod swój „zarząd”. W praktyce oznaczało to, że odtąd mógł dowolnie dysponować całym majątkiem. To właśnie Struwe zatrzymał Władysława Klimka pod pozorem rutynowego przesłuchania, z którego ten już nie powrócił.

Tymczasem podły volksdeutsch próbował podstępem wyrzucić Wandę Klimek z dziećmi z majątku. Dzielna kobieta jednak nie poddawała się i znalazła nieoczekiwanych sojuszników w osobach urzędników niemieckiej komisji przesiedleńczej, którzy zorientowali się w knowaniach intryganta. Dodatkowym argumentem okazał się fakt, że rodzina Klimków wzorowo gospodarowała na swojej ojcowiźnie od około 300 lat i jako taka została uznana za wskazaną do germanizacji.

Bilans krzywd. Jak naprawdę wyglądała niemiecka okupacja Polski

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.