Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Zanim został wysłany, by zaatakować Westerplatte, ten niemiecki pancernik uratował polski statek. Jak do tego doszło?

S/s Tczew w lodach Bałtyku.

fot.domena publiczna S/s Tczew w lodach Bałtyku.

W lutym 1929 roku na Bałtyku panowały niemal arktyczne warunki. Rozległe połacie morza skute były grubą warstwą lodu. Polski parowiec „Tczew” utknął wśród zwałów kry. I gdyby nie niemieckie okręty, rejs mógłby skończyć się naprawdę tragicznie.

Należący do armatora „Żegluga Polska” parowiec „Tczew” wyszedł w morze z portu w Gdańsku 2 lutego 1929 roku. Plynął z ładunkiem węgla dla kontrahenta w Bandholm w Danii. Załoga statku liczyła około 20 marynarzy. W podróży brał również udział jeden pasażer. Jednostką dowodził wówczas prawdziwy wilk morski, kapitan Karol Ryncki. Szczycił się on niemal pięćdziesięcioletnią służbą na morzu w marynarkach włoskiej i rosyjskiej. Jako jeden z pierwszych zgłosił się do służby we flocie handlowej odrodzonej Polski.

Zimowy rejs

Przewidywano, że rejs do Bandholm będzie trwał maksymalnie dwie doby, w związku z czym zaopatrzono się w prowiant na około 7 dni. Warunki nawigacyjne od początku były trudne. Panowało przenikliwe zimno. Temperatura powietrza oscylowała w okolicach -20 stopni Celsjusza. Ponadto na Bałtyku pływały liczne kry lodowe. Mimo to podróż przebiegała całkiem pomyślnie aż do momentu, kiedy „Tczew” minął wyspę Bornholm. Tuż za nią polski parowiec utknął w rozległym polu lodowym. Niestety, ponieważ nie posiadał radiostacji, załoga nie mogła powiadomić kogokolwiek o swoim trudnym położeniu.

Rejs do duńskiego Bandholm (zaznaczone na mapie czerwonym kółkiem) miał trwać maksymalnie dwa dni. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.

fot.domena publiczna Rejs do duńskiego Bandholm (zaznaczone na mapie czerwonym kółkiem) miał trwać maksymalnie dwa dni. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.

Nadzieja na ratunek pojawiła się, gdy zauważono w pobliżu inną uwiezioną jednostkę. Sądząc po widocznej antenie, miała ona radio. Jeden z oficerów, porucznik Józef Borkowski, odważnie postanowił dotrzeć pieszo do sąsiada i nadać depeszę do armatora. W wyprawie towarzyszył mu jedyny pasażer statku.

Spacer obydwu panów przez zamarznięty Bałtyk nie trwał jednak zbyt długo. Zauważyli, że lód wcale nie był taki gruby, jak się wydawało, i niebezpiecznie trzeszczy pod ich ciężarem. Na dodatek od strony Bornholmu pojawiło się kilka statków z płynącym na czele dużym parowcem. Istniało duże ryzyko, że statki te przetną im drogę i w konsekwencji uniemożliwią powrót na „Tczew”. Śmierć w lodowatej wodzie stawała się coraz bardziej prawdopodobna, więc śmiałkowie w te pędy powrócili na swoją jednostkę.

„Schleswig Holstein” przybywa z odsieczą!

Polski parowiec dołączył w końcu do grupy kilkunastu statków. Płynął wąskimi kanałami, wyrąbanymi w lodzie przez ich kadłuby. Przemieszczał się jednak bardzo wolno – przez cały dzień 5 lutego udało mu się przepłynąć tylko 5 mil morskich. W podobnej sytuacji była cała kolumna okrętów. Tymczasem mróz ciągle tężał. Doszedł do -30 stopni. Dla polskich marynarzy szczególnie pełna niepokoju była kolejna noc. Wydawało się że statek zostanie zgnieciony przez napierające zewsząd w ogłuszającym trzasku zwały lodu. Powyginały one poszycie jego burt i uszkodziły ster. „Tczew” został unieruchomiony na dobre. Inne statki również nie były w stanie dalej płynąć.

"Schleswig Holstein" na zdjęciu z 1926 roku.

fot.Bundesarchiv/A. Klein/CC-BY-SA 3.0 „Schleswig Holstein” na zdjęciu z 1926 roku.

8 lutego po południu do oczekujących na ratunek jednostek dotarł niemiecki pancernik „Schleswig Holstein”. Jego pancernemu kadłubowi lód nie był w stanie się oprzeć. O dotarciu w panujących warunkach do brzegów Danii nie było mowy, więc kapitan Ryncki postanowił podążać śladem niemieckiego kolosa w kierunku Zatoki Kilońskiej. Wydawało się, że pełna udręki podróż zmierza do szczęśliwego końca. Niestety, wkrótce wzmógł się silny wiatr. Tak wspominał ten moment porucznik Borkowski:

(…) przesuwając krę, z przełamanego w prostej linii kanału tworzy drogę pełną skrętów i załamań. Pędzona wiatrem kra pokrywa miejscami kanał zupełnie, a mróz, ścinając świeżo połamany lód, uniemożliwia utrzymanie pomiędzy statkami koniecznej małej odległości. Co pewien czas jeden ze statków zostaje zatrzymany, za nim zatrzymują się następne. Kilkakrotnie wracał pancernik z pomocą, kilkakrotnie zbierał ponownie rozproszone statki, w końcu jednak trzy ostatnie, a z nimi i „Tczew”, z winy swego poprzednika, pozostają na noc w lodach.

Polski „desant” w Zatoce Kilońskiej

Następnego dnia ze wsparciem przyszedł kolejny niemiecki pancernik – „Elsass”. Nie na wiele się to zdało. „Tczew” znajdował się już zaledwie kilkanaście mil od wejścia od portu w Kilonii, ale wyrąbane wśród lodu przejście znów się zamknęło. Polski parowiec utknął ponownie i, co gorsza, został sam.

Rankiem 10 lutego okazało się, że zwały lodu sięgają wysokości burt! Do tego jeszcze kończyła się żywność. I tym razem nie było żadnej możliwości, aby wysłać sygnał do niemieckiego portu i poinformować o swoim fatalnym położeniu. W tej dramatycznej chwili dzielny porucznik Borkowski zaofiarował się ponownie, że pójdzie piechotą w kierunku najbliższego brzegu. Był on oddalony o około 4,5 mili.

"Tczew" w loda Zatoki Kilońskiej.

fot.domena publiczna „Tczew” w loda Zatoki Kilońskiej.

Tym razem bohaterskiemu oficerowi towarzyszyły dwie osoby. Cała trójka, maszerując w trzaskającym mrozie i przy porywistym wietrze, dotarła do małej rybackiej wioski. Ich pojawienie się wywołało ogromne zdumienie mieszkańców. Niestety, nie byli oni w stanie udzielić im pomocy. Należało jej szukać w odległej o dalsze 6 kilometrów miejscowości Karby. Polscy marynarze podjęli więc wędrówkę i brnąc w śniegu po pas w końcu dowlekli się i tam. Poinformowali telefonicznie przedstawiciela „Polskiej Żeglugi” w Kilonii o swoim rozpaczliwym położeniu.

Następnego dnia rano do zajazdu, w którym nocowali Polacy, dotarli niespodziewanie jeszcze dwaj ich koledzy z załogi. Przynieśli kolejną złą wiadomość. Lód kompletnie zniszczył ster statku. Jakby tego było mało, okazało się, że niemiecka marynarka nie jest w stanie pomóc uwięzionej jednostce. Gruby lód był już nie do przebycia nie tylko dla pancerników, ale także dla lodołamaczy. Niemcy podjęli się jednak zaopatrywania Polaków drogą powietrzną.

Załatwiwszy tyle, ile się dało, piątka marynarzy, obładowana workami z żywnością, ruszyła z powrotem na statek. Niewiele brakowało, aby zabłądzili w gęstej mgle i nacinającym w twarz śniegu. Na szczęście kapitan Ryncki przezornie rozkazał dawać sygnały syreną okrętową. Dzięki temu udało im się bezpiecznie wrócić na „Tczew”.

Manna z nieba

14 lutego, wobec kurczących się zapasów, Polacy przedsięwzięli jeszcze jedną wyprawę na brzeg po prowiant. To pozwoliło im przetrwać na statku przez trzy kolejne dni. Dopiero wtedy pogoda poprawiła się na tyle, by niemieckie samoloty mogły regularnie zaopatrywać „Tczew”. Zrzucały w jego pobliże worki z żywnością. Z „nieba” spadał chleb, mięso, masło, kawa, tytoń, gazety, zapas rumu, a nawet… listy z kraju. Dowcipni marynarze, wdzięczni niemieckim lotnikom, wypisali kawałkami węgla na lodzie następujący napis: „Besten Dank! Felt nur paar  Mädchen” , czyli „Wielkie dzięki. Brakuje tylko kilku dziewczyn”.

Niemiecki samolot zrzuca worki z żywnością,

fot.domena publiczna Niemiecki samolot zrzuca worki z żywnością,

Pewnego dnia jeden z samolotów, zaopatrzony w płozy, wylądował nawet nieopodal statku, co umożliwiło marynarzom wysłanie listów do swoich bliskich. Za drugim razem dotarł nim na „Tczew” berliński korespondent polskiego „Expresu Porannego”. Chciał chyba, jak to ujął porucznik Borkowski:

(…) naocznie przekonać się o naszem „tragicznem” położeniu, lecz musiał zapewne przyjść do przekonania, że postój w lodach  i zbieranie obfitej „manny” nie należy do rzędu „bohaterskich” czynów

Lód zaczął odpuszczać dopiero 8 marca 1929 roku. Z początku wcale nie poprawiło to sytuacji polskich marynarzy. Statek wciąż nie mógł się uwolnić, a na dodatek zaczął dryfować wraz z całym polem lodowym. Załoga była w tej sytuacji kompletnie bezradna. Mogła jedynie czekać na to, co przyniesie jej los. I modlić się, by lód nie pokierował statku na rafy u brzegów Danii. Na szczęście udało się je ominąć… ale w międzyczasie na „Tczewie” znów zaczęło brakować żywności.

Ratunek

Na ratunek trzeba było jeszcze trochę poczekać. 13 marca niemiecki samolot zrzucił Polakom dwa worki zaopatrzenia. Wreszcie dwa dni później do „Tczewa” dotarł „stary znajomy”, pancernik „Elasass”, i rozkruszył wokół niego lód. Po 6 tygodniach spędzonych w pułapce polski statek wreszcie był wolny! 16 marca 1929 roku  „Tczew”, ostrożnie manewrując uszkodzonym sterem, zawinął do Kilonii. Jego marynarze spotkali się tam z załogami dwóch stojących w porcie polskich statków: „Wilna” i „Robura III”.

Pancernik "Elasass" przybywa z pomocą. 15 marca 1929 roku.

fot.domena publiczna Pancernik „Elasass” przybywa z pomocą. 15 marca 1929 roku.

Powitanie było nad wyraz serdeczne. Jak pisał Borkowski, „wszyscy jakoś dziwnie patrzą w bok i nienaturalnie błyszczą wszystkim oczy”. Dzielnych niemieckich lotników załoga „Tczewa” podjęła uroczystym obiadem w jednym z kilońskich hoteli.

Epilog tej historii, który nastąpił ponad 10 lat później, jest jednak smutny. W 1939 roku jeden z okrętów, które niegdyś próbowały nieść pomoc polskiemu statkowi i jego załodze, przybył z pamiętną „kurtuazyjną” wizytą do Gdańska. Kiedy „Schleswig Holstein” otwierał ogień w kierunku Westerplatte, „Tczew” znajdował się całkiem niedaleko, w Stoczni Gdyńskiej, gdzie przechodził remont. W trakcie walk został przez Polaków użyty do zablokowania jednego z wejść do portu w Gdyni. Niemcy wydobyli go i wcielili do swojej floty. Już pod nową nazwą, jako „Dirschau” zatonął (prawdopodobnie na minie) 2 grudnia 1942 roku.

Bibliografia:

  1. Józef Borkowski, Sześć tygodni w lodach Bałtyku, „Morze” nr 4-5/1929.
  2. Jerzy Miciński, Księga statków polskich 1918-1945, t. I-II, Wydawnictwo Polnord-Oskar 1996-1997.
  3. Jerzy Pertek, Druga mała flota, Wydawnictwo Poznańskie 1973.
  4. Jan Piwowoński, Flota spod biało-czerwonej, Nasza Księgarnia 1989.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.



Informujemy, że nasza strona może dostosowywać treści reklamowe do Twoich zainteresowań i preferencji. Aby to robić, potrzebujemy Twojej zgody na przechowywanie plików cookies oraz podobnych technologii w Twoim urządzeniu końcowym oraz na przetwarzanie danych w celach personalizacji treści marketingowych.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie, w tym poprzez profilowanie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. z siedzibą w Poznaniu (61-885), ul. Półwiejska 17/15 oraz naszych zaufanych partnerów, Twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach stosowanych w serwisie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. i zaufanych partnerów w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam w tym serwisie oraz w Internecie.

Pamiętaj, możesz w każdej chwili nie wyrazić zgody lub cofnąć zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Szczegóły dotyczące wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w ustawieniach.

Informujemy także, że poprzez korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień prywatności w Twojej przeglądarce wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania treści marketingowych i reklam.

Więcej informacji na temat zasad przetwarzania danych osobowych, w tym o Twoich uprawnieniach, znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.