Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Setki tysięcy bezrobotnych. Czy w czasach PRL-u rzeczywiście każdy miał pracę?

Robotnicy żądali chleba, a wielu Polaków po cichu marzyło chociaż o... pracy.

fot.domena publiczna Robotnicy żądali chleba, a wielu Polaków po cichu marzyło chociaż o… pracy.

„Wszędzie brak pracy i co dzień wzrasta bezrobocie i nędza w każdym mieście i miasteczku” – pisał do Gomułki na początku 1957 r. anonimowy nadawca z Warszawy. I wcale nie wyolbrzymiał trudnej sytuacji przynajmniej dwustu tysięcy zwyczajnych Polaków.

Bezrobotni zbierają się w gromady i tylko dyskutują, co będzie jeszcze za kilka dni lub tygodni. Kiedy niektórzy ludzie dojeżdżali do Warszawy, jakoś się jeszcze utrzymywało tę biedę. Od października 50% już zredukowano i bez przerwy redukuje się dalej. Wskutek tego powstaje straszna głodowa nędza bo biura zatrudnień nigdzie nie mają miejsca. W województwie warszawskim we wszystkich miastach jak: Ciechanów, Nasielsk, Pułtusk, Maków, Przasnysz, Wyszków, Radzymin, Wołomin itd. wszędzie nie można grosza zarobić i tylko słychać te słowa: „zaufaliśmy Gomułce, który miał poprawić los robotnika. Każdy krzyczał, że jak będzie Gomułka, to będzie kiełbasa i bułka”, a obecnie się mówi: „jak przyszedł Gomułka, to się zrobiło i dalej robi bezrobocie. Nie bułka tylko skrajna nędza.

List jako żywo przypomina obrazy z okresu Wielkiego Kryzysu początku lat 30., dwadzieścia kilka lat później wciąż doskonale pamiętane. Takie porównania nasuwały się automatycznie, ale choć istotnie nie brakowało podobieństw, od rzeczywistych ludzkich tragedii, rozgoryczeń i nędzy po kolejki przed pośredniakami i wewnątrzfabryczne bunty, to jednak bezrobocie lat 50., najwyraźniej odczuwane, definiowane i komentowane w latach 1956–1957, nie było lustrzanym odbiciem tego sprzed ćwierćwiecza.

Opinię, że „jest to bezrobocie specyficzne” wyrażono w kontekście pracy kobiet, ale można ją odnieść do znacznie szerszego spektrum problemów, od uwarunkowań ekonomicznych i politycznych przez najbardziej dotknięte grupy społeczne po rozkład geograficzny.

Ludzie uwierzyli, że za Gomułki będzie lepiej. Nowy I Sekretarz nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei... Na zdjęciu towarzysz Wiesław na VI Zjeździe SED w Berlinie.

fot.Bundesarchiv, Bild 183-B0115-0010-058 / Walter Heilig, lic. CC-BY-SA 3.0 de Ludzie uwierzyli, że za Gomułki będzie lepiej. Nowy I Sekretarz nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei… Na zdjęciu towarzysz Wiesław na VI Zjeździe SED w Berlinie.

Już sam fakt istnienia bezrobocia w kraju socjalistycznym stanowił wystarczający dowód fiaska dotychczasowej polityki gospodarczej. „Do niedawna był w naszej ekonomii politycznej pewnik, a raczej dogmat, że bezrobocie jest związane jedynie z kapitalizmem” – pisał na początku 1957 r. Mieczysław Kabaj, do dziś jeden z największych znawców problemu bezrobocia. – „Historia spłatała ekonomistom jeszcze jednego figla. Zjawisko bezrobocia powstało w Polsce budującej socjalizm. Zresztą nie tylko w Polsce. Powstało ono w Jugosławii i Bułgarii.

Wielu znanych ekonomistów nadal boi się tego pojęcia. Wolą mówić o »lokalnych nadwyżkach siły roboczej«. To ostatnie co prawda nikogo nie oskarża, nic groźnego nie przypomina, ale równocześnie fantastycznie zniekształca prawdę o naszej rzeczywistości. Bezrobocie, jak zresztą każda inna kategoria ekonomiczna, powstaje w pewnych warunkach, posiada określoną treść. Jaka jest treść tego pojęcia u nas?”.

Jej zdefiniowanie nie jest bynajmniej proste. Przykładem może być pochodząca z września 1957 r. skarga Samodzielnego Referatu Zatrudnienia MRN w Sopocie, który mając cztery etaty, musiał zajmować się następującymi zagadnieniami: zatrudnianiem absolwentów szkół wyższych, średnich i zawodowych po zniesieniu nakazów pracy; wyszukiwaniem miejsc pracy dla amnestionowanych, repatriantów z ZSRR i zwalnianych z armii (pod)oficerów; aktywizacją miast i miasteczek (w tym zagospodarowaniem tzw. funduszów interwencyjnych; szkoleniem i przekwalifikowywaniem zawodowym osób zwalnianych z administracji, repatriantów, młodocianych i kobiet; organizowaniem prac chałupniczych; przydzielaniem zapomóg jedynym żywicielom (tu najbardziej pracochłonne były wywiady środowiskowe); werbunkiem do górnictwa (gdzie robotników brakowało) i w końcu kontrolą inicjatywy prywatnej i rzemiosła.

Powyższy przegląd nie jest zresztą reprezentatywny dla całego kraju i nie odzwierciedla wszystkich aspektów polskiego bezrobocia drugiej połowy lat 50. Sopot, sam pozbawiony większych fabryk, za to położony między uprzemysłowionymi Gdańskiem i Gdynią nie miał większego problemu z robotnikami fabrycznymi. Nie był też zagubionym małopolskim czy mazowieckim miasteczkiem, gdzie bezrobocie stanowiło rzeczywisty, wręcz strukturalny problem nie tylko dla najbardziej widocznych w ogólnokrajowych statystykach kobiet.

Poza kompetencjami rad narodowych znalazła się także większość kwestii związanych z zatrudnianiem byłych pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego/Ministerstwa Spraw Wewnętrznych/Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pod jednym względem sopoccy urzędnicy nie różnili się od tych z Garwolina, Pleszewa czy Nowego Targu – na ich biurka trafiała tylko niewielka część spraw obywateli szukających pracy. Znajdowało to odzwierciedlenie w oficjalnych statystykach pokazujących tylko wycinek rzeczywistości.

Leczenie bez diagnostyki i bez prewencji

Jeśli bowiem porównamy bezrobocie do ciężkiej choroby, to w Polsce, zwłaszcza od końca lat 40. do połowy lat 50., tylko zaleczano jej objawy kosztem diagnostyki i prewencji. Największe problemy były z bezrobociem bezpośrednio po wojnie. W 1947 r. oficjalnie poszukiwało pracy 81 tys. osób przy 21 tys. wolnych miejsc, w 1948 r. sytuacja jeszcze się pogorszyła (odpowiednio: 125 i 25 tys.).

W Sopocie problem z bezrobociem rozwiązywał chłonny rynek sąsiednich miast. Inne miasteczka miały się jednak znacznie gorzej. Na zdjęciu jeden z symboli Sopotu - Opera Leśna - w 1985 roku.

fot.Silar, lic. CC BY-SA 3.0 W Sopocie problem z bezrobociem rozwiązywał chłonny rynek sąsiednich miast. Inne miasteczka miały się jednak znacznie gorzej. Na zdjęciu jeden z symboli Sopotu – Opera Leśna – w 1985 roku.

W 1949 r. relacja zaczęła się wyrównywać (71 i 75 tys.), by wraz z forsowną industrializacją planu sześcioletniego tendencja uległa odwróceniu i w 1952 r. pracy poszukiwało oficjalnie 2 tys. obywateli, na chętnych czekało 165 tys. stanowisk. Już jednak w następnym roku szala zaczęła się przechylać w drugą stronę i w 1955 r. pracy poszukiwało oficjalnie prawie 26 tys. osób (w tym 17,7 tys. kobiet), na chętnych czekało zaś 70,3 tys. miejsc (z czego 57,7 tys. dla mężczyzn).

Od połowy 1955 r. brak pracy przestał być tematem tabu, teksty na ten temat ukazywały się m.in. w „Życiu Warszawy”,  „Chłopskiej Drodze”, „Sztandarze Młodych”, „Tygodniku Demokratycznym”, „Głosie Pracy” i „Trybunie Ludu”, wiosną zaś wyciągnięto z lamusa sam termin „bezrobocie”, a tytuły niektórych artykułów zaczęły przypominać te z okresu międzywojennego.

Oficjalne dane nie wyglądały wcale tragicznie, zwłaszcza jak się je porównuje z natężeniem problemu w dyskursie publicznym. W 1956 r. miało bowiem poszukiwać pracy 38 tys. osób, przy 48 tys. wolnych miejsc, w 1957 r. relacja wyglądała jeszcze korzystniej – 32 tys. i 56 tys., a w ciągu roku zatrudnienie tylko w gospodarce uspołecznionej wzrosło o 127 tys. osób. Rzeczywistość wyglądała jednak znacznie mniej różowo.

Nawet "Trybuna Ludu" musiała wyciągnąć z lamusa pojęcie bezrobocia. Na zdjęciu satyryczne "wydanie specjalne" pisma z 1979 roku.

fot.domena publiczna Nawet „Trybuna Ludu” musiała wyciągnąć z lamusa pojęcie bezrobocia. Na zdjęciu satyryczne „wydanie specjalne” pisma z 1979 roku.

Prawdziwa stopa bezrobocia

Na podstawie badań przeprowadzonych w kilku miastach województw katowickiego i opolskiego oszacowano, że przeciętny stosunek realnej liczby bezrobotnych do zarejestrowanych kształtował się na poziomie 5:1 dla kobiet i 3:1 dla mężczyzn. Tym samym w końcu listopada 1956 r. mogło być w Polsce ok. 180 tys. bezrobotnych (z tego prawie 144 tys. kobiet). Jest to zresztą zapewne liczba znacznie zaniżona.

Z jednej strony większość pozbawionych pracy osób nie zgłaszała się do oficjalnych pośredniaków, mających zazwyczaj nie najlepszą opinię. Brakowało ofert pracy, zwłaszcza dla kobiet, proponowane zaś zatrudnienie tymczasowe budziło niekiedy irytację. Na przykład jesienią 1956 r. zorganizowane dla krakowskich bezrobotnych prace interwencyjne polegały na darciu pierza za 25–30 złotych dziennie, co jak podkreślano, było może dobre dla starców w przytułkach, a nie dla osób młodych, zwłaszcza fachowców.

Z drugiej strony można jednocześnie założyć, że nie wszystkie wolne miejsca pracy były rejestrowane i na przykład inteligenci szukali zajęcia przede wszystkim na własną rękę, bazując na sieciach społecznych. Jednak osoby słabo wykształcone były w większej mierze skazane na oficjalną drogę, niełatwą i często mało skuteczną. „W biurze pośrednictwa ludzi jak mrowie – skarżyła się na początku 1957 r. osiemnastoletnia szczecinianka. – Żeby mieć jakiś lepszy numer trzeba wstawać o 4 rano. Muszę jechać trzema tramwajami. Ale tu pytanie – skąd wziąć trzy złote codziennie na tramwaj?”.

Nawet w dużych miastach zagrożeniem było błędne koło bezrobocia. Bo jak trafić do pośrednictwa pracy, skoro trzeba mieć pieniądze na tramwaj lub inny środek transportu? Na tym zdjęciu autorstwa Zbigniewa Łabockiego z pisma "Młody Technik" widzimy ulicę Marszałkowską w Warszawie w 1949 roku.

fot.domena publiczna Nawet w dużych miastach zagrożeniem było błędne koło bezrobocia. Bo jak trafić do pośrednictwa pracy, skoro trzeba mieć pieniądze na tramwaj lub inny środek transportu? Na tym zdjęciu autorstwa Zbigniewa Łabockiego z pisma „Młody Technik” widzimy ulicę Marszałkowską w Warszawie w 1949 roku.

Było to pytanie istotne, dla bezrobotnych nie przewidywano bowiem żadnych ustawowych, systematycznych zasiłków. Od 1956 r. wypłacano co prawda zapomogi dla osób bez pracy, będących w trudnych warunkach czy jedynych żywicieli. Jednak ich uzyskanie było trudne, a przeznaczone na nie kwoty niewielkie – 9 mln złotych w 1956 i 18 mln w 1957 r. W porównaniu z kwotą z ok. 30 mln złotych, którą w postaci odpraw wypłacono w pierwszej połowie 1957 r. 5900 osobom zwolnionym z administracji centralnej, były to sumy śmieszne.

Zresztą w samym Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej przyznawano, że oprócz powołanego w sierpniu 1956 r. tzw. funduszu interwencyjnego, też zresztą krytykowanego, przeznaczonego przede wszystkim do ratowania sytuacji w małych miastach i miasteczkach, na szczeblu centralnym nie prowadzono żadnej skoordynowanej polityki zwalczania bezrobocia.

Uprawnienia Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej (MPiOS) i Zarządu Rezerw Roboczych były niedostateczne, brakowało podstaw prawnych do zorganizowania biur pośrednictwa pracy z prawdziwego zdarzenia, za to masa instytucji o nieuregulowanych kompetencjach wchodziła sobie na tym polu w drogę. Sytuację jeszcze bardziej komplikował fakt, że aktywność legislacyjna MPiOS była niemała, a liczne przepisy nieraz sprzeczne i w rezultacie „organa zatrudnienia postępują wg własnego uznania, nie zawsze odwołując się do tych przepisów”.

Artykuł stanowi fragment najnowszej książki profesora Jerzego Kochanowskiego, zatytułowanej "Rewolucja międzypaździernikowa. Polska 1956-1957" (Znak Horyzont 2017).

Artykuł stanowi fragment najnowszej książki profesora Jerzego Kochanowskiego, zatytułowanej „Rewolucja międzypaździernikowa. Polska 1956-1957” (Znak Horyzont 2017).

Kto nie miał pracy?

Wspomniane powyżej badania przeprowadzono w regionach dobrze zurbanizowanych i zindustrializowanych, o stosunkowo tradycjonalistycznej strukturze społecznej, przewidującej dla kobiet inne role niż praca zawodowa. Górny Śląsk cierpiał wręcz na niedobór siły roboczej, w odróżnieniu od wielu regionów Polski centralnej czy wschodniej, gdzie – bynajmniej nie wyłącznie na głębokich peryferiach – bezrobocie miało miejscami charakter strukturalny. Nie dotyczyło ono – jak przed wojną – przede wszystkim mężczyzn i (wykwalifikowanych) robotników, lecz w pierwszej kolejności kobiet i pracowników o słabych kwalifikacjach.

Elementem kontynuacyjnym przedwojennego bezrobocia był brak pracy dla (pół)inteligentów i młodocianych dopiero wchodzących na rynek. Potwierdzały to badania prowadzone od jesieni 1956 r. w Instytucie Gospodarstwa Społecznego przez Antoniego Rajkiewicza. Objęto nimi 1044 osoby z Zamościa, Tomaszowa Mazowieckiego, Świdwina, Lidzbarka Warmińskiego i Koła.

Niemała część (37,4 proc.) szukała pracy po raz pierwszy. Ponad połowa osób bez pracy miała 26–55 lat; 23 proc. – 19–25 (ale w analizowanym osobno Przemyślu było to odpowiednio 38 proc. w styczniu 1957 i 60 proc. dziesięć miesięcy później). Niewielki był odsetek młodzieży poniżej 16 lat (1 proc.) i osób powyżej 55 lat – 5,5 proc. Wśród bezrobotnych kobiet przeważały osoby do 18 lat i w przedziale 26–55 lat. Ponad połowa (53 proc.) miała wykształcenie podstawowe (60 proc. ukończone), 20 proc. było absolwentami liceów ogólnokształcących, 17 proc. – zawodowych szkół średnich, 3,7 proc. – wyższych, 2,6 proc. bezrobotnych nie miało żadnego wykształcenia.

Badania nad bezrobociem prowadzono między innymi w Zamościu. Na zdjęciu tamtejszy rynek w 1977 roku.

fot.Bogusław Linette, lic. CC BY-SA 3.0 pl Badania nad bezrobociem prowadzono między innymi w Zamościu. Na zdjęciu tamtejszy rynek w 1977 roku.

Nie najwyższe kwalifikacje poszukujących były w dużej mierze spowodowane wysokim odsetkiem kobiet – pośród mieszkających w analizowanych miastach 1710 osób zarejestrowanych jako bezrobotne było ich bowiem 1256. Taki stosunek był zresztą typowy dla całego kraju – 1 stycznia 1957 r. wśród 38 247 zarejestrowanych było 26 361 kobiet. Statystycznie tylko najwyżej co trzecia mogła liczyć na zatrudnienie – wśród 48 112 ofert tylko 8263 przeznaczono dla pań. Poszły niegdyś do pracy lub teraz jej szukały motywowane nie tyle względami ideologicznymi i chęcią „wyzwolenia od garnków […]. Ile [z powodu] niskich płac mężczyzn”. Jak jednak szacowano, olbrzymia część z nich (wśród poszukujących pracy nawet ponad 80 proc.) nie miała żadnych kwalifikacji, zwłaszcza potrzebnych w nowoczesnym przemyśle.

Nic też dziwnego, że były pierwsze w kolejce do zwolnienia, a ostatnie do przyjęcia. Trudności w zatrudnianiu kobiet pojawiły się już w 1953 r. po ograniczeniu inwestycji i w ciągu następnych lat pogłębiły się w takim stopniu, że znalezienie pracy było niełatwe nawet w dużych/większych miastach. Problem występował szczególnie ostro w województwie łódzkim (22 zarejestrowane osoby na 1 miejsce), kieleckim – 16, bydgoskim – 11, gdańskim – 6.

Najtrudniejszą sytuację zawodową miały kobiety. Na zdjęciu delegacja polskich pracownic w Wismarze w 1967 roku.

fot.Bundesarchiv, Bild 183-F0712-0012-001, lic. CC BY-SA 3.0 de Najtrudniejszą sytuację zawodową miały kobiety. Na zdjęciu delegacja polskich pracownic w Wismarze w 1967 roku.

1 listopada 1956 r. we Włocławku było 460 zarejestrowanych kobiet na jedno wolne miejsce, w Radomiu aż 920. W wielu miastach, jak Ostrowiec Świętokrzyski, Wadowice, Sieradz, Łęczyca, Suwałki, Nowy Sącz, Wołomin, Tomaszów Mazowiecki, Radomsko, Skarżysko, Kalisz, Płock czy Piotrków Trybunalski, zdarzały się na przełomie lat 1956 i 1957 sytuacje, w których pośredniaki nie dysponowały żadną pracą dla kobiet. Problemy pojawiły się również na Ziemiach Zachodnich i Północnych, do tej pory cierpiących na brak rąk do pracy.

Nawet w dużych uprzemysłowionych miastach jak Gdańsk czy Wrocław na jedno miejsce było 7–8 chętnych. A jeśli już praca była, to często warunki były tak złe i nieprzyjazne, że kobiety samotne, obarczone dziećmi, zaliczane do kategorii „jedynych żywicieli”, którym pomoc należała się w pierwszej kolejności, nie mogły jej podjąć. Inna sprawa, że często do takich prac nie kwapiły się także kobiety młode, zdrowe i niezamężne.

Bibliografia:

Powyższy tekst ukazał się także w ramach książki „Rewolucja międzypaździernikowa. Polska 1956-1957” (Znak Horyzont 2017). Szczegółowe przypisy i bibliografia zbiorcza znajdują się w wersji drukowanej, dostępnej w naszej oficjalnej księgarni.

Tytuł, lead, ilustracje wraz z podpisami oraz śródtytuły pochodzą od redakcji. Tekst został poddany podstawowej obróbce redakcyjnej, w celu usunięcia odwołań do tekstu książkowego i nieobjaśnionych skrótów.

Dzięki tej książce dowiesz się więcej o latach 1956-1957 w Polsce:

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.



Informujemy, że nasza strona może dostosowywać treści reklamowe do Twoich zainteresowań i preferencji. Aby to robić, potrzebujemy Twojej zgody na przechowywanie plików cookies oraz podobnych technologii w Twoim urządzeniu końcowym oraz na przetwarzanie danych w celach personalizacji treści marketingowych.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie, w tym poprzez profilowanie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. z siedzibą w Poznaniu (61-885), ul. Półwiejska 17/15 oraz naszych zaufanych partnerów, Twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach stosowanych w serwisie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. i zaufanych partnerów w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam w tym serwisie oraz w Internecie.

Pamiętaj, możesz w każdej chwili nie wyrazić zgody lub cofnąć zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Szczegóły dotyczące wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w ustawieniach.

Informujemy także, że poprzez korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień prywatności w Twojej przeglądarce wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania treści marketingowych i reklam.

Więcej informacji na temat zasad przetwarzania danych osobowych, w tym o Twoich uprawnieniach, znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.