Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Czy komunizm w Polsce można było uratować? Czyli o alternatywie dla Okrągłego Stołu

Okrągły Stół w Pałacu Prezydenckim w Warszawie.

fot.Dawid Drabik/CC BY-SA 3.0 pl Okrągły Stół w Pałacu Prezydenckim w Warszawie.

Kiedyś żartowano: do czego można porównać komunizm? Do lotu samolotem: widoki są wspaniałe, wszystkim chce się wymiotować, a wysiąść nie można! Koniec lat 80. tak właśnie wyglądał. Ale najgorsza była świadomość, że tak może być już na stałe. Perspektywa rozmów władzy z częścią opozycji wydawała się szansą na wyjście z zaklętego kręgu. Ale czy oprócz Okrągłego Stołu była jakaś alternatywa?

Na początek trzeba rozwiać pierwszy mit, że komuniści chcieli oddać władzę polityczną za cenę utrzymania swojej pozycji w gospodarce. Nie zamierzali oni bowiem w żadnym przypadku zrzekać się rządzenia, przeciwnie – szukali wszystkich sposobów, by utrzymać się u sterów, choć mieli świadomość, że w pełni pomysłu tego nie uda się zrealizować i niezbędne będą pewne ograniczenia. Nie mogły one jednak przekraczać absolutnego minimum.

Świadomość konieczności szukania porozumienia z częścią opozycji nie oznaczała na tym etapie rezygnacji z pryncypiów. Czy historia mogła potoczyć się inaczej? Dziś wiemy, że nie mogła, ale to jest mądrość przebytego doświadczenia. Tej świadomości nie mieli ówcześni aktorzy polskiej sceny politycznej.

A może powtórka ze stanu wojennego?

Pomysły na rozwiązanie skomplikowanej sytuacji były różne. Najprostszy – można powiedzieć, że charakterystyczny czy typowy dla tamtej formacji – nakazywał sięgnąć po środki nadzwyczajne. W okresie impasu w rozmowach, w rozważaniach na temat możliwych scenariuszy i ewentualności pojawienia się fali strajków w kraju władze zakładały konieczność stanowczych działań.

W przypadku strajku studentów Jaruzelski zalecał stanowczość – w tym także zamykanie uczelni. Podczas strajków robotniczych – opanowywanie bram w zakładach, by protestujących zamknąć na ich terenie. Ciekawie, jak na spotkanie kierowniczego gremium komunistycznej partii, brzmiały słowa generała: „Nie daj Boże, żeby nas to spotkało. Ale nie możemy być bezbronni”. W ramach przygotowań do siłowego rozwiązania w październiku Komitet Obrony Kraju otrzymał polecenie powoływania pełnomocników dla poszczególnych zakładów.

Generał Jaruzelski szykował się do powtórki stanu wojennego

fot.Bundesarchiv, Bild 183-1987-0529-047 / Zimmermann, Peter / CC-BY-SA 3.0 Generał Jaruzelski szykował się do powtórki stanu wojennego

Nad planami wprowadzenia stanu wyjątkowego na wypadek eskalacji strajków pracowano od wiosny 1988 roku, choć traktowano to jako ostateczność. Zdawano sobie bowiem sprawę, że byłaby to kompromitacja nie tylko Polski, ale i całego obozu socjalistycznego. Bojowo brzmiało wówczas hasło: „kompromis tak – kapitulacja nie”.

Szukano przy tym sojuszników w ułatwieniu porozumienia. Oczywiście na pierwszy plan wysuwał się Kościół. W KC PZPR sugerowano nawet, żeby na dziesiątą rocznicę pontyfikatu Jana Pawła II do Rzymu pojechał Kazimierz Barcikowski i podczas osobistego spotkania z papieżem wyjaśnił polskie sprawy.

Zaskakująco brzmiała argumentacja, dlaczego to nie powinna być oficjalna delegacja. Uważano, że „ta zawsze stwarza problemy. Trzeba cały ten ogon katolików, którymi on się brzydzi i przyjmie delegację, pobłogosławi, niektórzy go cmokną w rękę, tow. Barcikowski zamieni kilka zdawkowych słów”. Wybrano wariant drugi i Barcikowski w dniu 17. października odbył spotkanie z Janem Pawłem II – częściowo była to rozmowa w cztery oczy.

Czytaj też: Czy w grudniu 1980 roku groziła nam obca interwencja lub stan wojenny i dlaczego do nich nie doszło?

Jednak rozmowy

Szukając rozwiązania poprzez porozumienie z Kościołem poza opozycją, sugerowano możliwość wejścia do rządu Rakowskiego kilku działaczy związanych z Episkopatem. W opinii Rakowskiego, wiele osób z „konstruktywnej opozycji” dokładnie tego chciało. Jak stwierdził: „czekają na to, żeby jednak mieć stanowisko i być kimś”, ale uzależniają to od zgody głównego hierarchy w Polsce, czyli prymasa. Dlatego Rakowski spotkał się nawet z prymasem Glempem.

Bez wątpienia powodzenie takiej akcji byłoby ogromnym sukcesem władzy. Dla stworzenia wrażenia, że sytuacja się zmienia, sprawa rekonstrukcji rządu miała być dyskutowana również w Sejmie. Jaruzelski podkreślał, że trzeba przygotować „naszych” posłów, „muszą się otrząsnąć z tej swojej śpiączki i takiego memłania tematów”. Dyskusja miała być mocna. Jednak wskazywani kandydaci na stanowiska w rządzie – po konsultacjach z Glempem – odmówili.

Próbowano też neutralizować społeczeństwo korzystnymi posunięciami, np. wprowadzeniem ułatwień w otrzymaniu paszportu czy ustanowieniem dnia 11. listopada świętem. Z drugiej strony rząd starał się stworzyć przekonanie, że wie, co chce osiągnąć, i jest gotów na podejmowanie niepopularnych decyzji, np. zamkniecie Stoczni im. Lenina w Gdańsku.

Rakowskiemu marzył się nawet strajk studentów, deklarował wręcz, że jest gotów się o to modlić, był bowiem zdecydowany, by w ramach represji zamknąć uniwersytety. Podobne poglądy wygłaszał Wojciech Jaruzelski. Brano więc pod uwagę możliwość „konfrontacji na dużą skalę”, czyli czegoś w rodzaju 13. grudnia. Oczywiście podjęto przygotowania do takiej ewentualności.

Propozycja rozmów również zawierała pewien haczyk. Gdyby została przez opozycję odrzucona, można byłoby przekonywać społeczeństwo o dobrej woli władzy i braku takowej po drugiej stronie barykady. Taką interpretację przedstawił Rakowski w rozmowie z przywódcą ZSRR, Michaiłem Gorbaczowem.

Czytaj też: Czy wprowadzenie stanu wojennego w Polsce było zgodne z prawem?

Ucieczka do przodu

Ale pod koniec 1988 roku pojawiła się całkiem odmienna koncepcja. Wynikała ona z realnej oceny sytuacji gospodarczej i politycznej, zadziwiająco precyzyjnej i obiektywnej jak na standardy komunistyczne. Wskazywano w niej na fakt, że brak sukcesów rządu w rozkręcaniu gospodarki, narastająca inflacja, brak towarów na rynku, powszechne poczucie biedy, a jednocześnie niewiara w skuteczność podejmowanych przez rząd działań mogą dawać opozycji coraz większe społeczne poparcie.

Zajmująca się przygotowywaniem takich analiz trójka partyjna (Jerzy Urban, Stanisław Ciosek i gen. Pożoga) zauważyła, że także władze, podobnie jak opozycja, w swej propagandzie traktują socjalizm jako zły, a różnica między nimi polega tylko na sposobie i tempie koniecznych zmian. Czas działał na korzyść Solidarności, a wzrost znaczenia opozycji uznawano za zagrożenie dla obecnego układu sił w społeczeństwie. Trafnie przewidywano bowiem, że w miarę upływu czasu poparcie dla rządu Rakowskiego będzie malało, i to z kilku powodów.

Szansy na utrzymanie władzy przez komunistów upatrywano w przyspieszonych wyborach

fot.MOs810/CC BY-SA 4.0 Szansy na utrzymanie władzy przez komunistów upatrywano w przyspieszonych wyborach

Początkową względną popularność zapewniał „efekt nowości”, który jednak bardzo szybko zanikał. Oczywiście zdawano sobie sprawę, że jeśli rząd ma prowadzić radykalne reformy, to musi się to spotkać z niezadowoleniem społecznym, co tylko przyspieszy ten proces. W konkluzji autorzy stwierdzali, że już w 1989 roku pojawi się rozczarowanie z powodu zawiedzionych oczekiwań na znaczącą poprawę sytuacji gospodarczej. Spowoduje to wzrost radykalizmu opozycji i „to, co dziś jest opozycyjnym dążeniem radykalnym, przez większość ludzi traktowanym z nieśmiałością, nawet lękiem – jutro stanie się dążeniem oczywistym pod wpływem biegnących faktów”.

W takim scenariuszu przewidywano, że Solidarność zostanie zalegalizowana, potem pojawią się żądania zniesienia cenzury i nomenklatury, uspołecznienia telewizji oraz oddzielenia od partii różnych dziedzin życia – i „nim dojdziemy jesienią do dnia wyborów, ugruntuje się już społecznie hasło »wolnych wyborów«”. W tej sytuacji obawiano się nawet tego, że ich własny aparat rozpadnie się, straci wolę walki, będzie siedział „okrakiem na barykadzie”, albo wręcz przejdzie na drugą stronę.

Wskazywano na fakt, że nawet jeśli zostaną zawarte jakieś porozumienia, to nie ma pewności, czy będą one aktualne pod koniec 1989 roku. Autorzy raportu mieli też świadomość, że „ukartowane wybory mogą spowodować zawód w społeczeństwie”, w wyniku którego i władza, i opozycja mogły – jak to określono – „dostać po nosie”.

Obawiano się też, że opozycja zgodzi się na pewien procent mandatów, ale pod warunkiem, że będą one obsadzane w wolnych wyborach, podczas gdy reszta miała być wyłaniana w tradycyjnej formie. Doprowadziłoby to do podziału posłów i senatorów na „prawdziwych” – obdarzonych rzeczywistym mandatem społecznym i „fikcyjnych” – nomenklaturowych. Z czasem mogłoby to spowodować sytuację, że ci „prawdziwi” zaczęliby obradować oddzielnie, jako rzeczywista reprezentacja narodu. Diagnoza prowadziła więc do niecodziennej propozycji, mogącej jednak (w opinii autorów raportu) uratować władzę PZPR.

Czytaj też: Traktat PRL–RFN. Jak w 1970 roku usiłowano „znormalizować” stosunki polsko-niemieckie?

Prawdziwe wybory – i to bez opozycji i porozumienia

Wypracowana koncepcja miała w śmiały sposób odwrócić sytuację na korzyść komunistów. U jej podstaw leżało przekonanie, że „jeśli mamy przegrać wybory za cztery lata to lepiej je wygrać teraz”. Wychodząc z założenia, że czas działa na niekorzyść władzy, zakładała ona przyspieszenie wyborów i przeprowadzenie ich w lutym 1989 roku. I to bez uzgodnień z opozycją.

Na dodatek zalecano, by zaskoczyć wszystkich, ogłaszając wybory rywalizacyjne. W tych wyborach władze oczywiście poszłyby z własną listą, ale możliwe byłoby także zgłaszanie innych list, w tym nawet ugrupowań opozycyjnych. Podkreślano przy tym, że jest to konieczne, gdyby bowiem w wyborach nie wystartowało ugrupowanie z nazwą „Solidarność”, to byłyby one niewiarygodne dla społeczeństwa i świata.

Autorzy uważali, że szansą dla partii jest rozbicie i skłócenie opozycji – co w pewnym sensie było prawdą. Dało to o sobie znać już na etapie przygotowawczym do rozmów Okrągłego Stołu, a było związane m.in. z wskazywaniem osób mających w nim uczestniczyć. Poza tym uznawano, że opozycji nie starczy czasu na stworzenie bloku wyborczego, a więc poszczególni kandydaci będą rywalizowali miedzy sobą o te same mandaty, co doprowadzi do rozbicia głosów.

Działacze NSZZ „Solidarność” w drodze na zakończenie obrad Okrągłego Stołu

fot.Leonard Szmaglik/CC BY-SA 4.0 Działacze NSZZ „Solidarność” w drodze na zakończenie obrad Okrągłego Stołu

Skrajne ugrupowania opozycyjne planowano wyeliminować, wprowadzając zasadę, że każdy kandydat na posła będzie musiał złożyć przysięgę na konstytucję, a tym samym zaaprobować zawarte w niej zapisy o przewodniej roli partii, sojuszu z ZSRR itp., co dla wielu było oczywiście nie do przyjęcia. Przewidziano także rolę dla Kościoła, jako gwaranta uczciwości wyborów.

Nagłe ogłoszenie takiego pomysłu dałoby efekt zaskoczenia i przejęcia inicjatywy. W ten sposób odebrano by argumenty opozycji (i Zachodowi), wyprzedzając oczekiwania co do demokratycznych wyborów. Skłócono by opozycję, a zdynamizowano i zjednoczono partię, gdyż każdy działacz wiedziałby, że walczy o swoją przyszłość (czy – jak to określono – o bezpieczeństwo swojej emerytury). Wygrane, jak wierzono, wybory skończyłyby spór o legitymizm władzy i dałyby władzom podstawę do negocjacji z pozycji silniejszego.

W ten sposób władza zyskałaby spokój na cztery lata, a nawet, jak to patetycznie ujęto: „zmieniłoby (to) sytuację socjalizmu w skali międzynarodowej”. W związku z tym zmuszono by Zachód do zmiany polityki, zwłaszcza wobec Polski.

Abstrakcyjne warunki powodzenia

By to osiągnąć, proponowano podjęcie kilku zasadniczych decyzji, w tym wstrzymanie jakichkolwiek podwyżek cen, uruchomienie wszystkich rezerw dewizowych dla poprawy zaopatrzenia kraju, skoncentrowanie propagandy, by pozyskać sferę budżetową, chłopów, emerytów oraz prowincję. Planowano też – jak to określono – „zabiegi pod publiczkę”: fraternizację z Kościołem, propagandową destalinizację i takie same działania antykorupcyjne.

Sugerowano, by zapraszać do telewizji „najgłupszych reprezentantów opozycji w ramach programów wyborczych, ale tak organizować dyskusje, by kandydaci władzy wygrywali”. Proponowano też, by uzyskać wsparcie „czynnika zewnętrznego”, np. przez deklarację ZSRR, że rządząca Polską opozycja nie byłaby dla Rosji partnerem (zabieg ten należało jednak wykonać subtelnie, choć jednocześnie bardzo wyraźnie). Wygrane w ten sposób wybory miały stworzyć zupełnie nowe podstawy nie tylko do rozmów z opozycją, ale i do reformowania kraju, zmian w konstytucji itp.

Czy realizacja tej koncepcji mogła zatrzymać zmiany w Polsce? Tego nie dowiemy się nigdy, nie została bowiem zrealizowana. Na taki krok nie była gotowa partia, dla której „ucieczka w demokrację” burzyła jej cały dotychczasowy „życiorys”. Na to nie był gotów główny aktor tej strony – Wojciech Jaruzelski, przyzwyczajony do długiego zastanawiania się, a nie szybkich decyzji.

Nie było rezerw dewizowych, niezbędnych dla zapełnienia sklepowych półek. Nie było też szans na jednoznaczną deklarację ze strony Moskwy – wręcz przeciwnie, z ust jej wysokich przedstawicieli padło zapewnienie, że Związek Radziecki będzie współpracował z każdym rządem, jaki w Polsce zostanie wyłoniony. „Ucieczka do przodu” nie miała więc żadnych szans na realizację.

Literatura:

  1. 15 XII 1988, Memoriał Jerzego Urbana, Stanisława Cioska i gen. Władysława Pożogi pt. „Propozycje bieżące” dla gen. Wojciecha Jaruzelskiego, w: Okrągły stół. Dokumenty i materiały, pod red. W. Borodzieja i A. Garlickiego, Warszawa 2004.
  2. A. Dudek, Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988-1990, Karków 2004.
  3. L. Kowalski, Stan wyjątkowy – okrągły stół, Arka 1993, nr 44/45.
  4. Tajne dokumenty Biura Politycznego i Sekretariatu KC. Ostatni rok władzy 1988-1989, Aneks Londyn 1994.

Komentarze (1)

  1. niepoprawny plitycznie Odpowiedz

    No cóż lata lecą, bliżej już niż dalej, chyba zatem już można choć nieco z tego co się wie, rąbka tajemnicy uchylić…
    Wiele rzeczy nie są do końca takimi jakimi by się wydawały drogi Profesorze. Twardy opór przed oddaniem władzy stawiali głównie rzekomi reformatorzy partyjni: Rakowski i Barcikowski, i kto wie…
    Chcieli jedynie zmian kosmetycznych w elitach władzy i minimum kapitalizmu, takiej nieco bardziej pogłębionej powtórki z Gierka. Natomiast szefowie służb (np. Kiszczak) wiedzieli dobrze o kompletnej klęsce komunizmu, swoją cinkciarską mentalnością byli całkowicie po stronie kapitalizmu. Chcieli jedynie zachować władzę w „sterowanej i reglamentowanej demokracji” – doskonale przedstawia te poglądy esbek w filmie „80 milionów”. Po wyborach i „zdradzie” stronnictw głównie ZSL, zwłaszcza Rakowski chciał rozwiązań siłowych. Siwicki – rzekomo kompletny beton partyjny, jednak gwałtownie zaprotestował i zagroził ponoć nawet jawnym poparciem opozycji. Tak naprawdę (czy tylko pod koniec życia?) szczerze bowiem nienawidził komunizmu – raz że okazało się to „sowieckie rozwiązanie” jedynie złudzeniem „proletariackiej szczęśliwości” – tutaj kompletnie się na nim zawiódł; ponadto dobrze pamiętał ile on w młodości, jego ojciec i jego rodzina wycierpieli od sowietów…
    Jaruzelski poparł Siwickiego: po klęsce „drugiego etapu reformy” on również stracił ostatnie złudzenia co do socjalizmu – gospodarki planowej – przestał wierzyć w możliwość połowicznych reform – sukces socjalizmu autorytarnego – chciał być ojcem opatrznościowym narodu wprowadzającym socjaldemokratyczny kapitalizm… A Kiszczak wiele zawdzięczał Jaruzelskiemu, który go w 1970 roku uratował, stąd nie poparł Rakowskiego i Barcikowskiego, co było dla nich kompletnym zaskoczeniem…
    Władze Solidarności dobrze wiedziały ile zawdzięczają Siwickiemu, stąd umożliwiły mu tak spokojne odejście z rządu.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.