Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Kto chciał w Polsce rozpędzać protestujących robotników przy pomocy samolotów ponaddźwiękowych?

fot.domena publiczna Grudzień 1970 został krwawo stłumiony

W dzisiejszej rzeczywistości protesty stały się trwałym elementem życia społecznego. W dawnym systemie było jednak zupełnie inaczej. Masowy protest był wyrazem desperacji społeczeństwa, a przez ówczesne władze był traktowany jako kontrrewolucja. Zwykle sięgały też one po nadzwyczajne środki przemocy, by zdławić taki protest.

Tak było w czerwcu 1956 r. w Poznaniu, kiedy to zastrajkowało kilkadziesiąt tysięcy ludzi domagając się przyjazdu do Poznania ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza czy I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edwarda Ochaba. Postulat strajkujących nie został spełniony, a dla stłumienia buntu do Poznania skierowano cztery dywizje – w tym dwie pancerne – Wojska Polskiego. Czołgi na ulicach stały się gwarantem spokoju.

Zdławić protesty za wszelką cenę

Kilkanaście lat później protest studentów spacyfikowano pałkami. Jednak kolejny bunt społeczny wywołał już poważniejsze konsekwencje. U schyłku rządów Władysława Gomułki władze planowały przeprowadzenie manewru gospodarczego, mającego spowodować zmiany w strukturze polskiej gospodarki. Wydaje się jednak, że był to projekt obliczony na racjonalizację wyzysku, a nie sposób na skierowanie polskiej gospodarki na właściwe tory. Taka zmiana w realnym socjalizmie nie była możliwa. Wstępem do reformy miała być podwyżka cen, mająca na celu osłabienie możliwości nabywczych społeczeństwa. Szok wywołany podwyżką wyprowadził na ulice tysiące robotników Wybrzeża. Ich protest wywołał nerwową reakcję władz, które miały tylko jeden cel – zdławienie protestu za wszelką cenę.

Jednak sytuacja szybko się radykalizowała. Użyte „tradycyjne” środki w rodzaju pałek milicyjnych, gazów łzawiących itp. okazały się niewystarczające. W tej sytuacji należało podjąć decyzję o użyciu takich środków, które doprowadziłyby do opanowania sytuacji. Decyzja o użyciu przez wojsko i milicję broni zapadła podczas narady u Gomułki. Uczestniczyli w niej najważniejsi dygnitarze partyjni, w tym premier Józef Cyrankiewicz, przewodniczący Rady Państwa Marin Spychalski, sekretarze KC PZPR Bolesław Jaszczuk i Mieczysław Moczar, sekretarz Wydziału Organizacyjnego KC Stanisław Kania wreszcie minister spraw wewnętrznych Kazimierz Świtała, Komendant Główny Milicji Obywatelskiej Tadeusz Pietrzak oraz minister Obrony Narodowej Wojciech Jaruzelski.

fot.domena publiczna Grudzień 1970

Zebranych informowano o rozwoju sytuacji w Gdańsku, podkreślając narastanie zagrożenia. Informowano nawet, niezgodnie z prawdą, że protestujący strzelali do sił porządkowych. Mówiono o masakrowaniu milicjantów, rabowaniu sklepów, podpalaniu gmachu KW PZPR czy Komendy Wojewódzkiej MO. Dogmatycznemu Gomułce przedstawiono sytuację na Wybrzeżu tak, by możliwa była tylko jedna decyzja co do dalszych działań – użycie broni przeciwko protestującym.

Gomułka tak pisał w swym liście do KC PZPR:

(…) w tej sytuacji zająłem stanowisko, że w obliczu brutalnego gwałcenia porządku publicznego, masakrowania milicjantów, palenia gmachów publicznych itp. należy użyć broni wobec napastników, przy czym strzelać należy w nogi.

Nikt z uczestników narady nie zakwestionował decyzji pierwszego sekretarza. Było bowiem oczywiste, że wprawdzie Gomułka formalnie był tylko zwykłym obywatelem, nie pełnił żadnej z kluczowych funkcji państwowych, ale w systemie socjalistycznym był osobą numer jeden w państwie.

Decyzja o użyciu broni miała oczywiście tragiczne konsekwencje w postaci kilkudziesięciu ofiar śmiertelnych. Czy była inna ewentualność? Tradycyjne środki nie rozwiązały problemu. Gomułka sugerował, by do rozpędzenia tłumu użyć gazy łzawiące rozprowadzane przy użyciu helikopterów. Jednak usłyszał, że działania takie już wcześniej podjęto, ale skala zjawiska była tak duża, że w Trójmieście już ich zabrakło i należało je ściągać z innych Komend Wojewódzkich MO. To jednak wymagało czasu, a tego władzom brakowało. W tej sytuacji pojawiła się niecodzienna propozycja, by do rozpędzenia protestującego tłumu użyć samolotów ponaddźwiękowych, które by nad tłumem przebijały barierę dźwięku. Wspomniał o tym Gomułce Cyrankiewicz. Nie był to jednak jego pomysł, on tylko powtórzył tę propozycję. Kto więc był jej autorem?

Samoloty nad tłumem?

Odpowiedź na to pytanie uzyskał prof. Jerzy Eisler od pomysłodawcy – gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Minister rozmawiał na ten temat z szefem sztabu Generalnego gen. Bolesławem Chochą i to oni wpadli na ten pomysł. Miał on rzekomo wynikać z obawy, że masowe użycie broni palnej doprowadzi do ogromnych ofiar w ludziach. Dlatego też, może się wydawać, że taki sposób byłby, jak pisze Jerzy Eisler „mniejszym złem”. Czy aby na pewno?

Wszyscy zwracają uwagę na duże straty materialne, jakie musiała powodować taka akcja. Fala uderzeniowa powstająca w momencie przekraczania przez samolot bariery dźwięku ma moc niszczycielską. To był zresztą główny powód odrzucenia tej propozycji przez Gomułkę. Jak stwierdził on w swym liście do KC PZPR z 6 II 1971 r.:

(…) odrzuciłem propozycję przekazaną mi przez tow. Cyrankiewicza, aby dla rozpędzenia tłumu użyć samolotów ponaddźwiękowych, które miały nad tłumem przebijać barierę dźwięku. Wychodziłem bowiem z założenia, że pociągnie to za sobą masowe wysadzanie i rozbicie okien.

To prawda, na trasie przelotu nie ocalałaby żadna szyba w oknie. Ale to tylko część prawdy.

fot.domena publiczna Grudzień 1970

Dziś nie mamy okazji doświadczać na własnej skórze takich eksperymentów, bowiem loty samolotów wojskowych na niskich wysokościach nad miastem są zakazane, a już w żadnym przypadku samolot nie może gwałtownie przyspieszać i przekraczać tej bariery. Ale pamiętam z dzieciństwa, że takie sytuacje miały miejsce. Dowiadywaliśmy się o tym po usłyszeniu ogromnego huku i trzeba było przełknąć ślinę, by odblokować uszy, które wtedy głuchły. Tyle tylko, że dokonywało się to wysoko w górze. Nikt nie przeprowadził eksperymentu nad tłumem. Trudno zresztą sobie wyobrazić realizację pomysłu. Pilot szybko przelatującego samolotu musiałby precyzyjnie wyznaczyć miejsce przekroczenia bariery dźwięku, co byłoby technicznie prawie niemożliwe. Gdyby się jednak udało, to można zakładać, że nie tylko okna, ale i bębenki w uszach zgromadzonych nie wytrzymałyby takiego eksperymentu.

Masowo wypadałyby więc i szyby i pękały błony w uszach, a to oznaczałoby trwałe kalectwo kilkunastu tysięcy ludzi. Tego ani Jaruzelski, ani Chocha ani Cyrankiewicz czy Gomułka nie brali pod uwagę. Trudno nazwać to troską o potencjalne ofiary czy też uznać za mniejsze zło…

Bibliografia:

  1. J. Eisler, Grudzień 1970. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 2012;
  2. Gomułka i inni. Dokumenty z archiwum KC 1948-1982, Aneks, Londyn 1987.

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.