Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Jak bardzo przeciążone nauką były dzieci w dwudziestoleciu międzywojennym?

Międzywojenni uczniowie byli mocno obłożeni pracami domowymi.

fot.domena publiczna Międzywojenni uczniowie byli mocno obłożeni pracami domowymi.

W dyskusjach na temat kondycji polskiego szkolnictwa często przywołuje się międzywojenne gimnazja, do dziś słynące z wysokiego poziomu nauczania. Często zapomina się przy tym, jakim kosztem ten poziom osiągano. Tymczasem okazuje się, że sto lat temu uczniowie byli tak samo przeciążeni nauką, jak obecnie.

Kwestią stopnia przeciążenia uczniów w okresie międzywojennym zajęła się na łamach czasopisma „Edukacja–Technika–Informatyka” Barbara Kalinowska-Witek, doktor habilitowana z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Autorka poddała analizie materiały publikowane na łamach „Przeglądu Pedagogicznego”, czasopisma skierowanego do nauczycieli oraz wychowawców. W okresie międzywojennym podejmowało ono zagadnienia dotyczące m.in. podniesienia poziomu szkolnictwa czy wypracowania właściwego modelu organizacyjnego szkoły średniej. Ale nie tylko. Jak podkreśla badaczka:

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. pojawiła się możliwość, a jednocześnie pilna potrzeba ujednolicenia organizacyjnego i programowego szkolnictwa funkcjonującego dotychczas w obrębie trzech różnych zaborów. Dlatego już w pierwszych miesiącach istnienia niepodległego państwa polskiego władze oświatowe podjęły intensywne prace w tym zakresie.

Jak pisze Barbara Kalinowska-Witek: „Opinie wygłaszane przez publicystów «Przeglądu Pedagogicznego» kształtowały poglądy dużej części środowiska nauczycielskiego na rolę i zadania szkoły średniej oraz na obowiązki uczniów”. Te ostatnie – według założeń ówczesnego ministerstwa – miały zostać okrojone, by uniknąć przeciążenia młodzieży i „usunąć [dotychczasowy] niezdrowy pośpiech w przerabianiu materiału naukowego, powierzchowność i płytkość jego potraktowania”.

Uczniom międzywojennych gimnazjów stawiano bardzo wysokie wymagania.

fot.Biblioteka Narodowa/domena publiczna Uczniom międzywojennych gimnazjów stawiano bardzo wysokie wymagania.

Chlubnych założeń ministerstwa nie udało się jednak w pełni zrealizować, o czym świadczą przywoływane przez Barbarę Kalinowską-Witek wypowiedzi publicystów „Przeglądu”. I tak na przykład doktor nauk medycznych Kopczyński w 1919 roku wskazywał na nadmierne obłożenie dzieci nauką przy ignorowaniu wychowania fizycznego. Owocowało to „wprost rozpaczliwym stanem fizycznym naszej młodzieży szkolnej, zwłaszcza żeńskiej”, oraz objawami takimi jak: „chroniczne bóle głowy, anemia, nerwowość, skrzywienie kręgosłupa, krótkowzroczność”. Badaczka przeanalizowała także wyliczenia Kopczyńskiego odnośnie obciążenia uczniów zadaniami domowymi:

Zauważył, że ilość czasu spędzana przez młodzież przy odrabianiu lekcji niemal zawsze przekracza normy zalecane przez higienę szkolną. W klasach I–II szkoły średniej zadanie to zajmuje przeważającej części uczniów 2–3 godziny dziennie; w klasach III–VI – 3–4 godziny, w klasie VII – 4–5, a w VIII chłopcy odrabiają lekcje średnio 3–4 godziny, zaś dziewczęta 4–6 godzin. [Tymczasem] w klasie I przeciętnie uczeń powinien pracować w domu nie więcej niż godzinę dziennie, w klasie VIII – do 3 godzin dziennie.

Wśród czynników odpowiedzialnych za taki stan rzeczy międzywojenni publicyści wymieniali przeładowanie programów szkolnych i ich nadmierną szczegółowość, zbyt wiele lekcji jednego dnia, brak wykwalifikowanej kadry, nieodpowiednie wyposażenie szkół. Zwracali także uwagę na… zbyt długie wakacje i nadmiar przerw świątecznych. Trudno się zatem dziwić, że już w połowie lat 20. zaczęli pisać o konieczności kolejnej reformy oświaty.

Jak zaznacza badaczka z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, zarzuty te w dużej mierze pozostają nadal aktualne, a współcześni twórcy programów szkolnych powinni wziąć pod uwagę rady pedagogów sprzed stu lat. Ci, mając na uwadze fakt, iż „praw, jakim podlega rosnący organizm dziecka, bezkarnie gwałcić nie można”, zaś „nadmierna praca mózgu w tym okresie przyspieszy jego wyjałowienie”, postulowali na przykład, by:

Wprowadzić terminarz prac domowych uczniów, dzięki któremu nauczyciele planowaliby zadawanie prac domowych na określony dzień z pewnym wyprzedzeniem, przestrzegając ustalonych z innymi nauczycielami terminów. Wówczas uczniowie mieliby wystarczająco dużo czasu na odrobienie zadań i na odpoczynek.

Źródło:

Wiadomości ze świata nauki przygotowujemy w oparciu o publikacje naukowe z ostatnich 18 miesięcy. Sięgamy do najbardziej prestiżowych periodyków historycznych, by znaleźć i opowiedzieć naszym Czytelnikom o najciekawszych, a często przemilczanych odkryciach polskich (i nie tylko) naukowców. Dzisiejszy artykuł powstał w oparciu o:

  • Barbara Kalinowska-Witek, Przeciążenie szkolne młodzieży w wypowiedziach publicystów «Przeglądu Pedagogicznego» z lat dwudziestych XX wieku, „Edukacja–Technika–Informatyka”, nr 3/25/2018, s. 19–24.

Jeśli jesteś wydawcą lub autorem i chciałbyś, abyśmy sięgnęli do konkretnej publikacji – skontaktuj się z nami.

Komentarze (9)

    • Puella Bona Odpowiedz

      Dokładnie tak było, mój dziadek kończył szkołę przed wojną i nawet kiedy był bardzo stary, bardzo wiele pamiętał ze szkoły. I doskonale ją wspominał.

  1. 62.mark kraus Odpowiedz

    Po co dziecku szczegółowa wiedza na temat budowy rozwielitki lub historia Francji lub Rosji. A chemia i fizyka to porażka. Okroić program nauczania i będzie dobrze.

    • katofaszyzm Odpowiedz

      Po co łącznie ponad 18 tys. godzin nauki o katolickim czary-mary? (Licząc od 1 klasy podstawówki do matury)

    • Anonim Odpowiedz

      Po co? Żeby później całe życie nie ograniczał się do dokręcania śrub w fabryce VW albo innej zachodniej firmy.

  2. Anonim Odpowiedz

    A więc, byli sobie uczniowie przeciążeniu nauką tak jak współcześni, ale ze szkoły wychodzili z o wiele większą wiedzą. Więc jednak wtedy uczyli jakby wydajniej

    • Anonim Odpowiedz

      Nie uczyli się wydajniej. Nauka 100 lat temu stała na znacznie niższym poziomie. Wtedy w liceum dało się opanować sporą jej część. W dzisiejszych czasach wiedza z liceum jest tylko drobnym fragmentem wiedzy jaką posiadamy w każdej dziedzinie, nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś. Jeśli popatrzyć czego uczniowie uczyli się w czasach międzywojennych to wcale nie była to większa wiedza niż dziś. Robiła wrażenie, bo była większą częścią ogólnej wiedzy jaką przeciętny człowiek posiadał.

  3. Barbara Odpowiedz

    A ja dodam jeszcze to, że wykładowcy w średniej szkole w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych byli (z małymi wyjątkami) niekwestionowanymi autorytetami, podziwianymi za wiedzę i zdolności pedagogiczne.
    To byli ludzie wykształceni przed II WŚ.
    Pamiętam doskonale, że jak do klasy wkraczał pan/pani „profesor”, to największa nawet wrzawa cichła w sekundzie, ba, bywało, że ktoś stał na czatach przy drzwiach i dawał „cynk” – idzie!
    Gdy natomiast komuś obniżono notę za sprawowanie, to był wstyd i poruta na cały Wszechświat.
    Nikomu wtedy nawet się nie śniło, że można włożyć nauczycielowi kosz ze śmieciami na głowę…
    Hej, jaki żal, że to se ne wrati…

  4. Khareema Odpowiedz

    Jestem rocznikiem z lat 80 – tych, więc dobrze wiem, co to jest zadawanie pracy domowej. I w podstawówce i w liceum miałam tak durnych nauczycieli, że zadawanie z jednej tylko lekcji po 20 – 30 zadań to była norma. W domu nie robiłam nic innego, tylko odrabiałam pracę domową i się uczyłam. Wyglądało to tak: 30 zadań z matmy, 20 zadań z chemii, 30 zadań z fizyki – 80 zadań na wieczór, w dodatku jakieś wypracowanko, albo praca z plastyki, a póżniej przygotowywanie się do jutrzejszych lekcji czy sprawdzianu. Przed sprawdzianami jeszcze raz przerabiało się zadania /od strony do strony/. Normą było u mnie kończenie nauki o 24, czy 2 w nocy i wykłócanie się z rodzicami o porę snu. Rodzice byli też tak durni, że „miałam chodzić wcześnie spać”, i miałam poodrabiać wszystko, co jedno z drugim się kłóciło. Po latach, kiedy robiłam kurs nauczycielski z chemii, zrozumiałam, że problem nie leżał w nas, uczniach, tylko w nauczycielach, którzy nie umieli przekazać wiedzy. Praktycznie to odbębniali lekcję, a reszty musieliśmy sami dochodzić. Ja wiem, że chemię można wytłumaczyć najgorszemu głąbowi, bo sama wyciągałam kolegów z zagrożeń. Udało mi się wytłumaczyć chemię mojej koleżance tak, że egzamin komisyjny napisała na 4. Dzisiaj wiem, że wystarczy jak dziecku wytłumaczy się podstawy, jeżeli zrozumie 3 zadania, to i zrobi 30 i nie trzeba go obarczać tak ogromną pracą domową. Szkoda mi dzieci, tak jak szkoda mi było samej siebie, bo mi ze stałego niewyspania w liceum okres potrafił zatrzymać się na 6 miesięcy, dostawałam ataków histerii, albo mdlałam. Połowa tej wiedzy okazała się niepotrzebna, do dzisiaj nie wiem, do czego potrzebny mi schemat budowy pantofelka, chociaż po tylu latach potrafię rozrysować go ze szczegółami. Szkoła uczy wszystkiego, tylko nie tego, co trzeba! Pracowałam jakiś czas w Holandii i widziałam tam, że takie 7 – letnie dziecko już ładnie mówi po angielsku, albo zna i drugi język obcy, a dzieci tam nie są jakoś obarczane nauką, a wychodzą na tym lepiej, niż my.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.