Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

To była druga największa fabryka śmierci w Europie. Dlaczego pamiętamy o Auschwitz, ale nie o tym obozie?

Do obozu zagłady w Treblince trafili między innymi Żydzi z siedleckiego getta.

fot.domena publiczna Do obozu zagłady w Treblince trafili między innymi Żydzi z siedleckiego getta.

Podczas gdy Auschwitz-Birkenau stanowi globalny symbol i przestrogę, lokalizacji tego obozu większość Polaków – a co dopiero obcokrajowców – nie byłaby nawet w stanie wskazać na mapie. Zamordowano tu 800 tysięcy osób. Dlaczego tak rzadko mówi się o dokonanej na nich zbrodni?

Niemcy systematycznie przygotowywali się do masowych mordów, już w latach 30. XX wieku realizując w ramach akcji T-4 bestialski plan eugeniczny. Doprowadził on do sterylizacji około 300 tysięcy osób, co stanowiło 1 procent całej populacji III Rzeszy. W jego wyniku śmierć poniosło nawet 70-80 tysięcy osób, głównie chorych psychiczne i niepełnosprawnych.

Co ciekawe, Hitler, przygotowując odpowiednią ustawę, nie zaczynał wcale od początku. Jak podkreśla Maciej Zaremba Bielawski, dziennikarz i badacz historii eugeniki, pierwszy projekt podobnego rozwiązania przyjął jeszcze w styczniu 1932 roku demokratyczny rząd Prus. Naziści musieli jedynie dodać paragraf umożliwiający stosowanie w tej kwestii przymusu.

Konferencja w Wannsee, zorganizowana 20 stycznia 1942 roku przez Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy, była końcowym etapem tego samego planu, zmierzającego do osiągnięcia rasowej czystości. To właśnie w jej trakcie  podjęto decyzje kluczowe dla realizacji tak zwanego „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej.

Decyzje dotyczące "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej" zapadły na konferencji w Wannsee 20 stycznia 1942 roku.

fot.domena publiczna Decyzje dotyczące „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” zapadły na konferencji w Wannsee 20 stycznia 1942 roku. Na zdjęciu wykaz liczby Żydów w krajach europejskich przedstawiony w jej trakcie.

Sprawny aparat biurokratyczny

Do realizacji mordu na milionach europejskich Żydów wyznaczono sprawdzonego sadystę Odilo Globocnika, dowódcę SS i policji w dystrykcie lubelskim. Już wcześniej zebrał on wokół siebie zespół odpowiednio wyszkolonych dzięki akcji T-4 lekarzy, pielęgniarek i inżynierów.

Grupa ta w błyskawicznym tempie opracowała plan budowy trzech obozów śmierci: w Bełżcu, Sobiborze i Treblince. Ich lokalizacja nie była przypadkowa, na co zwraca uwagę Edward Kopówka, dyrektor Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince:

Te trzy obozy śmierci znalazły się na pograniczu dwóch największych skupisk ludności żydowskiej w Europie, którą w końcu 1941 r. szacowano na 2284 tys. w Generalnej Guberni, 3441 tys. na Ukrainie i Białorusi oraz 446 tys. w Okręgu Białystok.

To właśnie Globocnik nadał operacji kryptonim „Einsatz Reinhard”. Oddał w ten sposób cześć zamordowanemu w zamachu szefowi policji i służb bezpieczeństwa, SS-Obergruppenführerowi Reinhardowi Heydrichowi. Zmarły w 1942 roku nazistowski dygnitarz był jednym z głównych zwolenników ostatecznego rozwiązania.

Artykuł powstał między innymi w oparciu o książkę Michała Wójcika "Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci", wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

Artykuł powstał między innymi w oparciu o książkę Michała Wójcika „Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci”, wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

Początek zbrodni

Gdy podejmowano decyzje o rozmieszczeniu nowych ośrodków zagłady, w Treblince już od jakiegoś czasu działał karny obóz pracy. Założono go latem 1941 roku. Celem Niemców było dostarczenie bezpłatnej siły roboczej do działającej w tych okolicach żwirowni. Pierwszymi więźniami tak zwanej „Treblinki I” byli niemal wyłącznie Polacy, którzy zostali tam skierowani w drodze administracyjnej. Do dnia dzisiejszego nie sposób oszacować, ile dokładnie osób było przetrzymywanych i zmuszanych do katorżniczej pracy. Mogło ich tutaj zginąć ponad tysiąc.

Z czasem do obozu zaczęto kierować także Żydów z okolicznych miejscowości. Byli to przeważnie fachowcy, na przykład kowale czy rzemieślnicy, którzy trafiali tutaj z całymi rodzinami. Warunki życia były ekstremalne. Świadczy o tym choćby dzienna racja żywnościowa, którą wyliczył Kopówka:

Więźniowie otrzymywali śniadanie składające się z pół litra wodnistej zupy lub kaszy, jednego litra podobnej zupy na obiad z kartofli czy brukwi, czasami i kapusty. Normą była porcja 3 kg mąki na 200 l zupy. Na kolację  – kubek niesłodzonej czarnej kawy zbożowej, 10-20 dag chleba razowego, czasami z kawałkiem margaryny czy marmolady, odmierzanej łyżeczką.

Zanim w Treblince powstał obóz zagłady, istniał tam już obóz pracy karnej.

fot.mamik/fotopolska.eu/ CC BY-SA 3.0 Zanim w Treblince powstał obóz zagłady, istniał tam już obóz pracy karnej.

Nietrudno się domyślić, że pracujący ponad siły więźniowie cierpieli z powodu permanentnego niedożywienia, a ich ciała były podatne na infekcje i inne dolegliwości. Niezdolnych do pracy Niemcy po prostu likwidowali. Z kolei każda próba zdobycia jedzenia lub jego nielegalne przechowywanie podlegały karze fizycznej.

Treblinka II

Rok po założeniu pierwszego obozu zaczęto w odległości około dwóch kilometrów budować jeszcze jeden, przeznaczony tym razem wyłącznie do eksterminacji. Zaczęło się od tego, że więźniowie z Treblinki I położyli linię kolejową zakończoną rampą do rozładunku wagonów.

Potrzebne materiały budowlane zostały dostarczone przez… zmuszoną do tego przez Niemców zamieszkałą w okolicy społeczność żydowską. Prace zakończyły się 11 lipca 1942 roku. Tak powstała „Treblinka II”, a właściwie: SS-Sonderkommando Treblinka. Projektujący obóz Niemcy i Austriacy pomyśleli o każdym niemal detalu. Tak obóz opisuje Michał Wójcik, autor książki „Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci”:

Po wyjściu z wagonów najpierw rzucała się w oczy trzymetrowa tablica z napisem „Stazion Ober-Majdan”. W zamyśle jej twórców miała działać kojąco. Obok znajdowały się informacje o przesiadkach. W stronę Białegostoku i Wołkowyska. A także różne tablice i strzałki kierunkowe, by się nie zgubić. No i wywieszki – takie jak „telegram” czy „telefon”. Wzdłuż rampy stało kilka drewnianych budynków. W jednym z nich była kasa. Również ona okazała się atrapą. Podobną dekoracją były białe tabliczki z czarnymi napisami: „1 klasa”, „2 klasa”, „3 klasa”… Oznaczały drzwi, które prowadziły donikąd.

Obóz zagłady łączyła ze stacją kolejową w Treblince bocznica kolejowa.

fot.domena publiczna Obóz zagłady łączyła ze stacją kolejową w Treblince bocznica kolejowa.

Wkrótce na miejsce zaczęto przysyłać Żydów, przede wszystkim z terenów okupowanej Polski, ale także z innych krajów europejskich. Spośród przybyłych tylko niewielką garstkę wybierano do pracy. Resztę kierowano do jednego z kilku czynnych na terenie obozu krematoriów.

Przemysł zagłady

Pozostali przy życiu więźniowie zdawali sobie sprawę, że ich los zależy od kolejnych transportów. Wiedzieli też, że sami stali się częścią machiny śmierci. Niemiecko-austiacka obsługa obozu liczyła około 25-30 osób. Jako wsparcie miała około setkę ukraińskich strażników – wachmanów. Większość zadań związanych z „obsługą” kolejnych transportów powierzano więc osadzonym. To oni wyrywali złote zęby, przenosili zagazowane ofiary do dołów i palili zwłoki. Wszystkie te czynności wykonywali gołymi rękami…

Nadzorująca cały proces nazistowska załoga nieraz pozwalała sobie na niewyobrażalne wręcz bestialstwa. Jeden z ocalałych, Jankiel Wiernik wspomina:

 Bestią dziką i podłą był niemiec Zepf. Ten najbardziej znęcał się nad dziećmi. Gdy popychał kobiety, a te prosiły go, by nie napierał, gdyż mają przy sobie dzieci, wyrywał im wówczas dziecko z rąk i albo rozrywał je w pół, biorąc za nóżki, albo główką uderzał o ścianę i odrzucał zabite. To nie były pojedyncze te wypadki, co kilka kroków odbywały się takie tragiczne sceny.

Niemiecko-austriacka załoga obozu liczyła około 25-30 osób. Na zdjęciu esesmani Paul Bredow, Willi Mentz, Max Möller, and Josef Hirtreiter.

fot.domena publiczna Niemiecko-austriacka załoga obozu liczyła około 25-30 osób. Na zdjęciu esesmani Paul Bredow, Willi Mentz, Max Möller, and Josef Hirtreiter.

Jak wyglądał typowy dzień w obozie? Więźniowie, nieustannie karceni i głodzeni, pracowali od godziny 5 rano do 20 wieczorem. Byli podzieleni na kilka grup, mających określone zadania. Niektórzy, próbując określić narzucony im system pracy, mówili o „taśmowym” procesie selekcji ubrań, zębów, kosztowności i ciał. Ale zmuszano ich nie tylko do współpracy przy samej zagładzie. Musieli również pomagać w tuszowaniu śladów mordu.

Po kilku tygodniach takiej pracy psychika więźnia była nawykła do każdego niemal widoku. Przekonuje o tym relacja kolejnego ocalałego, Samuela Willenberga:

Nad całym obozem roznosił się zapach palonych, rozkładających się ciał. Koparka pracowała całymi dniami. Widzieliśmy, jak kawałki ludzkich ciał leciały w powietrzu. Często z zębów koparki zwisały ludzkie wnętrzności. Zaczepiały się one o zęby i na nich pozostawały.

Widzieliśmy, jak wciąż rozwierała się paszcza koparki po nowy żer, po nowe trupy. Co kilka minut widzieliśmy ją, wolno podnoszącą się do góry, znów wypełnioną trupami, które wystawały z jej wnętrza. Widzieliśmy sterczące nogi i ręce. Tak pracowała całymi dniami i rozsypywała zwłoki na niewidzialne dla nas palenisko. 

Artykuł powstał między innymi w oparciu o książkę Michała Wójcika "Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci", wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

Artykuł powstał między innymi w oparciu o książkę Michała Wójcika „Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci”, wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

Zakon zbrodniarzy

Na pierwszy rzut oka załoga obozu może wydawać się nieliczna. Nie można jednak zapominać, że zostala dobrana spośród oddanych członków SS i NSDAP. Wśród nich na uwagę zasługuje kilku szczególnych zwyrodnialców . Komendant, Franz Stangl, nosił na co dzień biały mundur. Opanowany i precyzyjny, do przesady elegancki, wyróżniał się na tle innych. Dla więźniów był niemal postacią z innego świata. Przeżył wojnę i długo nie był sądzony. W końcu po procesie w Düsseldorfie został skazany na dożywocie. Sześć miesięcy później, w czerwcu 1970 roku, zmarł na serce.

Nie mniej wyjątkowym indywiduum był zastępca Stangla, Kurt Franz. Osadzeni przezywali go  „Lalka”, bo też pedanteria, z jaką się nosił, wyróżniała go spośród wszystkich Niemców.  Zawsze trzymał przy sobie wielkiego psa o imieniu Barry. Nauczył go rzucać się na ludzi i odgryzać im genitalia. W ten straszny sposób, gdy wydawał komendę do ataku, zginęło wiele osób. On także po wojnie został osądzony skazany na dożywocie. W 1993 roku wypuszczono go ze względu na zły stan zdrowia. Zmarł w domu opieki pięć lat później.

Ci i inni zbrodniarze sprawili, że „Operację Reinhardt” udało się w takim stopniu zrealizować. A przy okazji… wzbogacić się. Zbrodnia była przecież popełniona nie tylko z myślą o rasowej czystości, ale także o przejęciu bogactwa ofiar. Sumy, jakie zebrano, omawia Michał Wójcik w książce „Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci”:

Zachowało się bowiem „Zakończenie kasowe »Operacji Reinhard« na dzień 15 grudnia 1943 r.” autorstwa […] Odila Globocnika. To właśnie w tym dokumencie koordynator pracy trzech największych obozów śmierci na terenie Polski przeliczył Zagładę na konkretne zyski. Dokładnie policzył, ile zarobiła III Rzesza na zamordowaniu narodu żydowskiego.

Komendant obozu, Franz Stangl, na co dzień nosił biały mundur.

fot.domena publiczna Komendant obozu, Franz Stangl, na co dzień nosił biały mundur.

Wyszło mu, że 178 745 968 marek i 59 fenigów. Jeśli przyjmiemy, że w podległych mu obozach zamordowano półtora miliona ludzi, daje nam to 119 marek i 16 fenigów zysku na osobę. Oznacza to, że w Treblince zysk z jednej tylko ofiary wynosił około 79 marek i 44 fenigów.

Cel

Zadanie powierzone przez Odilo Globocnika grupie swoich zaufanych ludzi zostało wykonane skrupulatnie. Transporty zaczęły pojawiać się coraz rzadziej. W końcu – krótko po buncie więźniów z sierpnia 1943 roku, w czasie którego uciekło kilkaset osób – 17 listopada 1943 roku obóz w Treblince został zlikwidowany.

Niemcy postarali się o doskonały kamuflaż dla zamaskowania miejsca zbrodni. W miejscu kaźni… posiano łubin oraz zbudowano gospodarstwo dla ukraińskiej rodziny.

Ofiary zbrodni chowano w masowych grobach. Później miejsca kaźni próbowano zamaskować, siejąc łubin.

fot.domena publiczna Ofiary zbrodni chowano w masowych grobach. Później miejsca kaźni próbowano zamaskować, siejąc łubin.

Ofiary samej Treblinki szacuje się na 800 tysięcy osób. Czy poznamy dokładną liczbę? Jak pisze Michał Wójcik:

Polscy prokuratorzy po wojnie rozumowali w taki oto sposób: skoro regularny ruch transportów odbywał się tu od 23 lipca do 20 grudnia 1942 r., potem po przerwie świątecznej od 15 stycznia do 15 maja 1943 r. i nieco wolniejszym tempie od maja do października, oznaczało to, że ogółem przyjechało do Treblinki siedem tysięcy osiemset pięćdziesiąt cztery wagony.

W każdym z nich było od stu pięćdziesięciu do dwustu osób. To daje nam w sumie od ośmiuset do ośmiuset pięćdziesięciu tysięcy osób. Właśnie na tym polegała ta misja. Na powierzchni niewiele mniejszej niż Stadion Narodowy w Warszawie należało zamordować prawie milion ludzi. Udało się.

Bibliografia:

  1. Maciej Zaremba Bielawski, Higieniści, Wydawnictwo Czarne 2014.
  2. Edward Kopówka, Treblinka Nigdy więcej, Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince 2002.
  3. Stephan Lahnstaedt, Czas zabijania, Prószyński i S-ka, 2017.
  4. Jankiel Wiernik, Rok w Treblince,  Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, 2003.
  5. Michał Wójcik, Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci, Wydawnictwo Znak Litera Nova 2018.

Komentarze (5)

  1. TenKtóryWie Odpowiedz

    ,,Doprowadził on do sterylizacji około 300 tysięcy osób, co stanowiło 1 procent całej populacji III Rzeszy” – czyli w całej III Rzeszy mieszkało około 30 mln osób? Tylko że w III Rzeszy w 1941 mieszkało okolo 90 mln osób. Jeśli ta akcja T-4 miała miejsce w latach 30 to nie możliwe jest aby liczba ludności w ciągu, przyjmijmy 10 lat wzrosła trzykrotnie. A tak to cały artykuł całkiem niezły, 4/10.

  2. Anna Nowak Odpowiedz

    W Treblince zginęli mieszkańcy miejscowości, w której pracuję. Getto Przedbórz ma w muzeum swój kamień. Gdy mówię na lekcji nt historii wsi i wspominam o ludności żydowskiej, niemieckiej sprzed 1939 r. to tak, jakbym opowiadała baśń o żelaznym wilku.

  3. Zbyszek Odpowiedz

    Mieszkam nieopodal! tam nie było krematorium tylko komora gazowa. Zwłoki zakopywano w masowych grobach. Dopiero po odkryciu Katynia niemcy zorientowali się, że zwłoki dosyć długo mogą przetrwać w ziemi, więc polecono rozkopywać masowe mogiły i palono zwłoki na rusztach z szyn kolejowych. Zostały tam popioły. Później rozebrano budynki i komorę gazową. Teraz tam rośnie las.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.