Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Sześć milionów głodujących. Jak wyglądało życie zwykłych Polaków w II Rzeczpospolitej?

Kuchnia dla bezrobotnych w Katowicach. Dzieci podczas posiłku (zdj. domena publiczna).

Kuchnia dla bezrobotnych w Katowicach. Dzieci podczas posiłku (fot. domena publiczna).

Na wsi bez pracy pozostawały trzy miliony ludzi. W mieście o kolejne trzy miliony obywateli już głodowały. Nędza pustoszyła robotnicze dzielnice, dewastowała życie miasteczek, niszczyła i tak wątłą klasę średnią. A to wszystko w pięknej Drugiej Rzeczpospolitej.

W powiecie brasławskim panowała bieda. Gorzej. We wsiach i w miasteczkach szerzyła się prawdziwa nędza. Taka, która uczciwych ludzi pozbawia dachu nad głową, a nawet najbardziej pracowitych doprowadza do bankructwa, zwieńczonego licytacjami resztek dobytku. Osadniczka Zofia Pujszowa każdego dnia obserwowała, jak jej sąsiedzi tracą dorobek życia. Wszyscy toną w pożyczkach, które wzięli parę lat temu, gdy koniunktura zdawała się zwyżkować. Myśleli, że dzięki zastrzykowi gotówki unowocześnią swoje gospodarstwa, wybiją się, dorobią. Kredyty brali, gdy za jedną krowę dostawali kilkaset złotych. Teraz ta sama krasula była warta ledwie kilkadziesiąt. Skąd wziąć wobec tego pieniądze na kolejną ratę, gdy komornik łomocze do drzwi?

Gdyby Piłsudski wiedział, nigdy by na to nie pozwolił?

7 stycznia 1933 Zofia usiadła, wzięła głęboki oddech i zaczęła dyktować. „Najukochańszy Nasz Wodzu” – brzmiały pierwsze słowa jej listu. Zdesperowana kobieta, nie widząc innej nadziei, postanowiła błagać o pomoc najważniejszą osobę w państwie – Józefa Piłsudskiego. W głowie jej się nie mieściło, że Marszałek mógłby wiedzieć o nadużyciach aparatu państwowego i o sytuacji wsi polskiej. Przecież nie pozwoliłby na traktowanie chłopów w ten sposób! Biedna mieszkanka Brasławszczyzny uznała, że gdy wytłumaczy Wodzowi, co się dzieje, ten z pewnością zareaguje. I przebędzie z pomocą, zupełnie jak w roku 1918, gdy ważyły się losy polskiej niepodległości.

Kobieta z powiatu sarneńskiego obok swojego walącego się domu. Choć dziś nie chcemy o tym pamiętać, ogromne rzesze ludności żyły w skrajnej biedzie. (fot. domena publiczna)

Kobieta z powiatu sarneńskiego obok swojego walącego się domu. Choć dziś nie chcemy o tym pamiętać, ogromne rzesze ludności żyły w skrajnej biedzie. (fot. domena publiczna)

W liście opowiadała o tym, że rolnicy, chcąc sprzedać płody swojej ziemi, muszą uiszczać bandyckie opłaty za wjazd na plac targowy. Państwo wydzierżawiało rynki, a najemcy nie mieli litości – czy ktoś wiózł 300 kilogramów, czy 13 musiał wysupłać taką samą opłatę. Agronomowie jeździli na wieś, uczyć chłopów nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa, a ci prości ludzie nie mieli za co utrzymać tego, które już posiadali. Nawet jeśli hodowali i sprzedawali zwierzęta, to za doskonale odchowane dostawali śmieszne pieniądze, w żaden sposób nie rekompensujące nakładu sił i środków.

Zofia Pujszowa przytaczała własny przykład. Porządnie utuczyła wieprza i sprzedała. W międzyczasie zdążył on pożreć paszy za 100 złotych, jako prosię kosztował 5, za możliwość sprzedania go na rynku gospodyni musiała zapłacić 50 groszy i jeszcze drugie tyle za świadectwo pochodzenia… Za dorosłego wieprza dostała tymczasem śmieszne 35 złotych, czyli równowartość sześciu litrowych butelek wódki! Za dużo, by od razu szykować się na konanie z głodu, za mało by normalnie żyć. Chyba zostawało tylko wziąć te sześć butelek wódki i zapić się na śmierć.

Zofia nie należała jednak do osób, które tak łatwo kapitulują. Podążała za wiedzą i bliskim dopomagała w tym samym. Trzy córki należały do Koła Młodych Polek, ojciec do Koła Rolniczego, a synowie do Związku Strzeleckiego. Każda z tych organizacji wiele dawała od siebie, jednak wymagała niemałych, jak na możliwości wiejskiej kobiety, składek.

Do tego dochodziły podatki, spłata kolejnych rat pożyczek, odzież, żywność… Autorka listu do Marszałka wcale nie prosiła o jałmużnę ani o jakąkolwiek pomoc. Zamiast tego – bez owijania w bawełnę – opisywała sytuację, szczerze wierząc, że to nieuczciwi aparatczycy najniższego szczebla odpowiadają za tragiczną sytuację ludzi na wsi.

Ufając Piłsudskiemu niczym Bogu, podkreślała, że choć jest „tylko kobietą”, widzi krzywdę wyrządzaną jej i jej podobnym i obawia się, że bez interwencji z samej góry czeka ich niechybny koniec. Swój list zakańczała słowami: „Piszę list i proszę Najwielmożniejszego Pana Marszałka odpisać listownie z łaski swojej, z prośby mojej. Czy wie o tym wszystkim rząd?”.

Rząd wiedział i to doskonale. Niewiele jednak ze swą świadomością robił.

Poznaj dramatyczną codzienność naszych prababek, które zmagały się z biedą, głodem i dyskryminacją w książce „Dwudziestolecie od kuchni”:

Głód, wojna, zniszczenie…

Kryzys trwał w niepodległej Polsce właściwie permanentnie, odkąd tylko kraj odzyskał niepodległość w listopadzie 1918 roku. Ziemie, które złożyły się na odrodzoną Rzeczpospolitą. leżały na głębokich i zupełnie zaniedbanych peryferiach trzech wymęczonych konfliktem imperiów. Kraj był w opłakanym stanie. Przez niemal 90% terytorium, jakie weszło w skład państwa, przetoczyły się działania wojenne, ze wszystkimi tego skutkami, a na 25% ziem toczyły się zacięte walki pozycyjne.

Nie sposób zliczyć ograbionych i spalonych wiejskich zabudowań, „ewakuowanych” przez zaborców maszyn, fabryk i wykwalifikowanych specjalistów. Tereny rolnicze zostały zrujnowane, a taktyka spalonej ziemi stosowana przez wycofujące się wojska oraz niczym nieograniczany rabunek pogłębiały jeszcze tragizm sytuacji. Żołnierze, chcąc wyżywić się na terenach swoich działań, prowadzili brutalne rekwizycje, zabierając zboże, siano, bydło, nierogaciznę i konie.

Płonąca wieś Żurawica pod Przemyślem. (fot. domena publiczna)

Płonąca wieś Żurawica pod Przemyślem. (fot. domena publiczna)

Sytuacja międzynarodowa II Rzeczpospolitej też nie napawała optymizmem. Praktycznie z każdej strony świeżo odzyskanej niepodległości zagrażał wróg. Wojna wyzwala w ludziach najniższe instynkty, a przecież Polska nieustannie trwała w stanie wojny: z bolszewikami, z dawnymi zaborcami, z Czechami, z Ukraińcami, z radziecką infiltracją na kresach… A szczególnie z gospodarką, bo ta, po zadyszce jaką złapała w efekcie pierwszej wojny światowej, nigdy już nie zdołała zaczerpnąć drugiego oddechu.

Polska odzyskująca niepodległość w 1918 roku nie była jednym i jednolitym państwem, raczej kawałkami zupełnie różnych krajów sklejonymi nagle w jeden, z różną siecią transportu, walutą, prawodawstwem, a nawet różnymi systemami miar i wag. Radość z zakończenia po 123 latach zaborów mieszała się w Polakach z niepokojem o najbliższą przyszłość własnej rodziny.

Zatarcie różnic gospodarczych pomiędzy trzema zaborami i stworzenie jednolitego rynku wewnętrznego stanowiło zadanie godne Syzyfa. Przede wszystkim należało właściwie zbalansować różne gałęzie przemysłu i wytwórczości oraz stworzyć na nowo wymianę handlową pomiędzy poszczególnymi częściami Polski. Dotąd na przykład produkcja rolna z Wielkopolski i urobek z kopalni węgla na Śląsku wędrowały na zachód, gdzie pochłaniał je rynek niemiecki, a to, co wydobyły galicyjskie rafinerie, do Austro-Węgier. Teraz wszystko miało pozostać w kraju. I tylko nikt do końca nie wiedział, jak teorię przekuć w praktykę.

Posiłek dla ubogich w dniu św. Wincentego a Paulo w Bydgoszczy. (fot. domena publiczna)

Posiłek dla ubogich w dniu św. Wincentego a Paulo w Bydgoszczy. (fot. domena publiczna)

Budżetu państwa nie sposób było dopiąć. Ze zrujnowanego kraju nie dało się uzyskać podatków, które mogłyby zaradzić niedoborom. Zmieniający się jak w kalejdoskopie ministrowie skarbu bez głębszej refleksji łatali dziurę, dodrukowując pieniądze. Była to prosta droga do jeszcze większej katastrofy. Na początku lat dwudziestych w Polsce zaczęła szaleć hiperinflacja. Jej skalę pokazuje proste zestawienie. Obowiązującą wówczas walutą była marka polska. W 1918 roku za jednego dolara amerykańskiego płacono 9 marek, a pod koniec 1923 roku ten sam dolar kosztował nawet do… 6 375 000 marek! Niektóre środowiska z powodu doraźnych korzyści uparcie sprzeciwiały się wszelkim próbom zaradzenia sytuacji. Trudno było wyjrzeć poza czubek własnego nosa, gdy dużą pożyczkę wziętą niegdyś na zakup hektarów ziemi można było po kilku latach spłacić za równowartość kilku pudełek zapałek.

Szerzyły się najróżniejsze patologie. Na zwykłego człowieka na każdym kroku czyhali nieuczciwi sprzedawcy, handlarze i producenci. Jedną z najgorszych plag byli paskarze. Czym parali się ludzie określani tym dzisiaj nieco już zapomnianym mianem? Sprzedażą po zawyżonych cenach artykułów, których najbardziej brakowało na rynku. W im większej depresji znajdowała się gospodarka, tym wspanialszy okres prosperity nastawał dla wszelkiego rodzaju spekulantów. Kiedy w dodatku szalejąca inflacja wepchnęła rzesze Polaków w odmęty bankructwa, w wielu z nich coś pękło.

W 1923 roku, gdy w kraju ceny rosły z dnia na dzień, a papierowy pieniądz miał wartość papieru toaletowego, krajowe gazety informowały o tym, że w stolicy doszło do samosądu. Na warszawskiej Pradze jeden z hurtowników zażądał cen o wiele wyższych od innych sprzedawców. Rozwścieczył tym samym kupców detalicznych, którzy postanowili wbić paskarzowi trochę przyzwoitości przez skórę. Schwytali go, rozebrali i wychłostali. Krakowskie „Nowości Ilustrowane” komentowały zdarzenie, podkreślając, że powinno ono pobudzać i rząd, i ludność do energicznej walki z „lichwą żywnościową”.

Artykuł powstał na podstawie najnowszej książki Aleksandry Zaprutko-Janickiej "Dwudziestolecie od kuchni", która ukazała się nakładem wydawnictwa "Ciekawostki Historyczne".

Artykuł powstał na podstawie najnowszej książki Aleksandry Zaprutko-Janickiej „Dwudziestolecie od kuchni, która ukazała się nakładem wydawnictwa „Ciekawostki Historyczne”.

W artykule na pierwszej stronie numeru z sierpnia 1923 roku bulwarówka „Ilustrowana Republika” krzyczała o panoszącym się spekulanctwie, drożyźnie i paskarstwie. Sytuacji nie poprawiała także postawa rządu.

I cały ten młynek miele się dookoła od czterech lat, zgrzytają koła urzędu walki z lichwą, trzeszczą podkłady konfiskat i kar więziennych, a z młyna lecą tylko plewy biurokracji.

Polska w PRAWDZIWEJ ruinie

W zrujnowanym kraju nie istniały skuteczne metody walki z nadużyciami. Zamiast całościowo niwelować drożyznę i formy spekulacji, władze zasadzały się z karabinem na muchę. Organizowano obławy na drobnych cwaniaczków, którzy zachachmęcili na przykład dwa worki bobu, czy ukryli połać sadła. Policjanci wracali potem z tarczą, wioząc na komisariaty skrzynie, paczki i paki wypchane majątkiem spekulantów. Urzędnicy nakładali na tych drobnych przestępców idące w miliony kary. Triumf był, chwała była. I nic się nie zmieniało.

Najsilniej zapaść dawała się we znaki nie ministrom, bezradnie rozkładającym ręce w obliczu galopującej inflacji, ani nawet nie burżujom, tracącym fortuny na giełdzie. Cierpieli z jej powodu prości Polacy nie mogący związać końca z końcem. Najwcześniejsze lata niepodległości naznaczone były kryzysem, z którego ledwie Polska zaczęła się wydźwigać… a już gruchnęły wieści o globalnym krachu giełdowym. I o nowej zapaści dotykającej całego świata, najsilniej jednak – tych państw, które znajdowały się na dorobku.

Ubodzy stojący w kolejce po zupę wydawaną przez organizację dobroczynną. (fot. domena publiczna)

Ubodzy stojący w kolejce po zupę wydawaną przez organizację dobroczynną. (fot. domena publiczna)

Przedsiębiorstwa plajtowały, fabryki ograniczały zatrudnienie, chłopi popadali w nędzę, dramatycznie rosło bezrobocie. Niepokoje społeczne zaczęły eskalować i przeradzać się w falę strajków. Buntujący się chłopi nie zjawiali się na jarmarkach i demonstracyjnie odmawiali sprzedaży płodów rolnych w miastach. Robotnicy, niepokojąc się o miejsca pracy, wychodzili na ulice. Do jednego z takich wystąpień doszło w Sanoku w 1930 roku. Miejscowi robotnicy zaczęli się burzyć ze względu na rosnące bezrobocie, brak możliwości dialogu z władzą oraz zwolnienie pracowników fabryki wagonów (liczbę stanowisk zredukowano z 2000 do 600). 18 lutego wyszli na ulicę, żądając pomocy – wsparcia finansowego, żywności i opału.

Początkowo zgromadziło się około 400 osób, później liczba demonstrantów wzrosła do około 1000. Bardzo szybko doszło do przepychanek z policją, której pomóc musiał 2. Pułk Strzelców Podhalańskich. Według doniesień łódzkiego „Echa”, z tłumu miały paść strzały, które spowodowały krwawą reakcję policji. W wyniku oddanej przez mundurowych salwy rannych zostało według różnych szacunków nawet do 20 demonstrantów.

W 1932 roku produkcja krajowa zmniejszyła się w stosunku do tej z 1928 roku o 40%. Jej stale rosnący spadek odczuwali najbiedniejsi. Na wsi dochodziło do tego, że rolnicy, nawet jeśli zwiększali plony, jednocześnie musieli ograniczać spożycie żywności przez swoje rodziny, by sprzedać jej tyle, aby budżet się spiął. W miastach robotnicy ograniczali najpierw zakup rzeczy zbędnych do przeżycia, potem ograniczali zakup jedzenia, a na końcu zaczynali z biedy wyprzedawać swój dobytek, by starczyło na kolejny miesiąc.

Ich sytuacja z kolei niszczyła ekonomicznie właścicieli małych biznesów – sklepikarzy, restauratorów, usługodawców. Skoro ludzi nie było stać na kromkę chleba, tym bardziej nie mieli dość pieniędzy, by je u nich wydawać. Jak raportował minister Bronisław Pieracki w przemówieniu z 17 stycznia 1932 roku, przytaczanym przez łódzkie „Echo”, kryzys wpływał także na wzrost przestępczości, przy czym więcej było występków lżejszego kalibru niż zbrodni.

Ubodzy obdarci chłopcy posilający się kromką chleba. (fot. domena publiczna)

Ubodzy chłopcy posilający się kromką chleba. (fot. domena publiczna)

W czerwcu 1936 roku Oskar W. na łamach „Orędownika” podkreślał, że wszyscy ministrowie mówią wprost i głośno, że sytuacja ludności w Polsce jest zła. Szef resortu rolnictwa w swoim przemówieniu  przytaczał dramatyczne dane. 3,2 miliona rodzin wiejskich żyje na gospodarstwach wielkości zaledwie 2 hektarów, które żadnym sposobem nie są w stanie ich wyżywić. Wśród włościan jest zaś aż 3 miliony bezrobotnych. Ponadto, jak pisał publicysta:

Inni ekonomiści rządowi obliczają, że miejskich bezrobotnych jest 3 miliony, tzn. takich, którym by należało dać pracę natychmiast, bo głodują. Poza tym rok rocznie przybywają nowe zastępy bezrobotnych młodego pokolenia, dające się określić cyfrą 300 000.

Z powodu dramatycznej sytuacji niektóre środowiska zaczęły nawet nawoływać do zerwania z wolnym rynkiem. Tygodnik narodowców „Polska Narodowa” ustami Stanisława Kopcia na pierwszej stronie 8 listopada 1936 roku krzyczał, że kraj wlecze się w ogonie kapitalizmu. Rezultatem tego miały być „miliony nędzarzy, setki tysięcy bezrobotnych”. Publicysta zaznaczał, że polscy robotnicy nie żądają wiele, wystarczy im minimum egzystencji – chleb, dach nad głową niebędący zatęchłą norą i zwyczajne ubranie, a nie poszarpane łachmany.

***

Kraj wyniszczony wojną, jakiej świat jeszcze nie widział. Miliony rodzin żyjące w skrajnej biedzie. Galopujące ceny, fałszerze żywności i oszuści żerujący na ludzkiej krzywdzie. Poznaj odarte z kłamstw i mitów oblicze niepodległej Polski. II Rzeczpospolita też była polem walki, a nowym frontem okazały się kuchnie, spiżarnie i miejskie targi. Aby zrozumieć, z czym mierzyły się na co dzień nasze prababki już dzisiaj kup własny egzemplarz naszej najnowszej książki: „Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski” Aleksandry Zaprutko-Janickiej:

Bibliografia:

Artykuł powstał w oparciu o źródła i literaturę wykorzystane przez autorkę podczas pracy nad książką Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski”. Autorka korzystała między innymi z:

  1. Ciepielewski J., Wieś polska w latach wielkiego kryzysu 1929–1935. Materiały i dokumenty, Warszawa 1965.
  2. Glensk U., Historia słabych. Reportaż i życie w dwudziestoleciu, Kraków 2015.
  3. Lewy St., Ewolucja kosztów utrzymania rodzin robotniczych w Warszawie w latach 1914–1926, nadbitka z „Kroniki Warszawy” 1934.
  4. Marszałkowski T., Zamieszki i demonstracje w Krakowie 1918–1939, Kraków 2015.
  5. Otrębski E., Budżety domowe rodzin robotniczych w latach 1927 i 1928, Warszawa 1931.
  6. Polskie drogi. Wybór reportaży z lat międzywojennych, red. J. Dąbrowski, Warszawa 1962.
  7. Rose E., Bilans gospodarczy trzech lat niepodległości, Warszawa 1922.
  8. Zagóra-Jonszta U., Pokryzysowa polityka nakręcania koniunktury w opinii młodych ekonomistów drugiej Rzeczypospolitej, w: Wybrane zagadnienia makroekonomiczne w ujęciu teoretycznym i empirycznym, Studia Ekonomiczne nr 38, AE Katowice 2006.

Komentarze (36)

  1. Tree Odpowiedz

    Ale antypolski artykuł ??? w tamtym czasie nawet w Ameryce panował taki kryzys np … cena za wieprzowine była tak niska że nie opłacało się transport do rzeźni … więc farmerzy zabijali Setki świń i zakopywali ….

    • Nasz publicysta | Autor publikacji |Aleksandra Zaprutko-Janicka Odpowiedz

      Nazywanie artykułu „antypolskim” tylko dlatego, że przedstawia fakty, które nam się nie podobają jest po prostu słabe. Stan polskiej gospodarki był dramatyczny, a Polacy byli nawet w gorszej sytuacji niż Amerykanie. Przez terytorium USA nie przetoczyły się w końcu wyniszczające działania wojenne.

      • Zouave Odpowiedz

        Jest antypolski z prostego powodu: nie uwzględnia tła. A pisanie złośliwie o „pięknej II Rzeczypospol9itej” śmierdzi bolszewicką agitką.

  2. gosc Odpowiedz

    To wszystko prawda.opowieści mojej mamy są zbieżne z faktami z artykułu. Moja matka jadła mięso dwa razy w roku,na święta.na codzień zalewajka,kopytak ,ziemniaki ,trochę pokraszone słoniną, a i to nie zawsze.mieszkali w maleńkim miasteczku pod Łodzią.

    • Nasz publicysta |Anna Dziadzio Odpowiedz

      @gosc: Dobrze, że mamy czytelników, którzy nie boją się dzielić z nami doświadczeniami. Prawda jednak nie dla wszystkich jest wygodna. Dziękujemy za ten komentarz.

      • niestety Odpowiedz

        Prawda niewygodna to jest o obecnej rzeczywistości i Polskiej biedzie, gdzie 40% pracujących ludzi nie stać by wyjechać na urlop, gdzie płace po 20 kilku latach zaciskania pasa są na poziomie niemożności utrzymania się jeśli nie ma się mieszkania po babci z niskim czynszem lub własnego domu.

        Nie bez powodu pojawiło się określenie „pracujący biedni” i podtrzymywanie niewolnictwa trwa.

        • Nasz publicysta |Anna Dziadzio

          @niestety: Słusznie, taka jest jedna ze stron naszej obecnej rzeczywistości. I dobrze, że Pan/ Pani głośno o tym mówi.

        • szechter

          Macie swoją UE lewackie *** co sprzedaliście Polskę żydostwu. O tym się nie mówi.

      • gość 12 Odpowiedz

        Wieś podłódzka była wyjątkowo biedna i długo biedna, bo poza złą gospodarką państwa były bardzo słabe gleby. Moi dziadkowie musieli emigrować do Francji w poszukiwaniu lepszego życia. Oczywiście wrócili ze względu na kryzys ogólnoświatowy i łatwej było przeżyć wśród swoich. Ale bieda była duża i na wsi i w mieście.

    • Kowalska Ania Odpowiedz

      Moja rodzina spod Starego Sącza zywila się fasola, kasza, bobem i kapustą. To samo było w Święta a z okazji pierwszej komunii mojej babci i jej brata prababcia upiekła placek drożdżowy, który zjedli w trójkę wracając z dalekiego kościoła ale to już było po wojnie.

  3. DawidS Odpowiedz

    Bardzo pouczająca, odkłamująca twierdzenie jakoby problemy gospodarcze II RP wynikały z jej kapitalistycznego charakteru, jest broszura prof. Adama Heydla pt. „Etatyzm po polsku”. Pracę tę można pobrać za darmo: mises.pl/pliki/upload/heydel-etatyzm.pdf .

    • Zouave Odpowiedz

      Weber bajki opowiadał. Katolicy nie są mniej pracowici od protestantów, tylko m niej chytrzy. Dobrze o tym mówi Krzysztof Karoń w „historii antykultury” powołując przykład fabryki Forda. W Xi wieku Bawarzy na luterańskich (o dziwo!!!) Prusaków mówili per Polacken, co miało być synonimem północnej biedy.

    • Nasz publicysta |Agnieszka Wolnicka Odpowiedz

      Dziękujemy za zauważenie tego niedociągnięcia, zostało poprawione. Na przyszłość prosimy o korzystanie w takich sytuacjach z formularza do zgłaszania literówek, który znajduje się u dołu strony.

  4. Kasia Odpowiedz

    „Szef resortu rolnictwa w swoim przemówieniu przytaczał dramatyczne dane. 3,2 miliona rodzin wiejskich żyje na gospodarstwach wielkości zaledwie 2 hektarów” – chyba brakuje tu „że”…
    „jest 3 miliony” – nie: SĄ 3 miliony…

  5. bombacjusz Odpowiedz

    Do tego pamiętać należy (a jakimś cudem prawie nikt tego problemu nie porusza) to fakt przepadnięcia ogromnych kapitałów zainwestowanych przez Polaków w Donbasie czy na Syberii. To były dosłownie miliardy rubli w złocie. Łączny majątek polskich kupców z Nerczyńska w 1910 obliczano na 160 milionów rubli w złocie, wartość jednej ze spółek inwestującej w kopalnie i huty Donbasu w tym samym roku oceniano na przeszło 400 milionów rubli w złocie, do tego majątki szlifierzy diamentów i jubilerów z Warszawy, która w początkach XX wieku zaczęła rywalizować z Amsterdamem, wymieniać można by baaardzo długo. To były niesamowite fortuny, które przepadły wraz z bolszewicką rewolucją, a których brak spowodował chroniczny brak kapitałów inwestycyjnych na jakie cierpiała II RP podczas całego swojego żywota.

  6. Kowalska Ania Odpowiedz

    Oczywiście, ze to prawda. Moja babcia i jej rodzeństwo żyli w straszliwych warunkach w Centrali. Ona i jej koleżanki do dziś wspominają nieustanny glod i biedę, jaką dziś trudno sobie wyobrazić. Ciężka praca ponad siły, zimno, pusty brzuch, opieka piecioletniej dziewczynki nad młodszym rodzeństwem, surowe kary od sfrustrowanych przybitych bieda rodzicow- taka była rzeczywistość przedwojennego dziecka czy nam się to podoba czy nie. I jednocześnie walka o zachowanie człowieczeństwa – prababcia czytając dzieciom najpiękniejsze utwory polskiego romantyzmu i dziadek ze strony ojca – sierota na wychowaniu wuja pochłonięty po kryjomu książkami Londona. Po kryjomu, bo „książka ci jeść nie da”. Do dziś pamiętam opowieść sąsiadki babci o kozie, która wyjadla jej rodzinie resztke mąki, o tym jak była wtedy głodna ona, jej mama i rodzeństwo i jak bardzo wtedy plakali. Warto aby nasze dzieci znaly taka prawdziwa historię i pamietaly o tym, ze tak naprawdę tworzą ja także zwykli prości ludzie.

  7. Anonim Odpowiedz

    Faktem jest że po wojnie światowej większość krajów miała kryzys gospodarczy nawet bogate niemcy. To co piszecie pachnie mi tutaj starą dobrą komunistyczną propagandą, jak to za sanacyjnej burżuazji ludzie głodowali natomiast wyzwoliciele zza wshodu przynieśli nam wolność itd. Była bida ale istniały instytucję które pomagały ubogim itd. Temat rzeka…

  8. europejski43 Odpowiedz

    Po wojnie znikal analfabetyzm, prawie kazdy mial prace, prawie nikt nie umieral z glodu – to wielkie plusy komuny. Niestety miusy komuny ja wykonczyly. Obecna gra polityczna jest bardzo niebezpieczna, a szkoda.

    • sysy Odpowiedz

      To jakim cudem w 1986 w wojsku miałem podwładnych którzy nie umieli przeczytać i przepisać regulaminu służby wartowniczej.
      A co do „prawie kazdy mial prace” ale nie każdy pracował, ilu udawało że pracuje.

  9. Edek Odpowiedz

    Wazne zeby Polska byla nadal katolicka. Przed wojna Kosciol pomagal biednum. A arcybiskupi byli w Sejmie. Teraz tez powinno byc.

  10. Martyna 07 Odpowiedz

    czytałam artykuł i komentarze i uważam że każdy ma prawo do swojego zdania ale nie musi przy tym obrażać innych.Artykuł mi się podoba bo lubię wiedzieć jak żyli ludzie w okresie międzywojennym podejrzewam że ci ludzie którzy nic nie robią poza narzekaniem mogliby poczytać takie artykuły to może by coś zrozumieli.Dzisiaj możemy dużo trzeba tylko chcieć.Doceńmy to co mamy zdrowie ciepło w domu jedzenie ubranie pracę mniej lub więcej płatną ale mamy .Świat jest kolorowy .Przeszłam w życiu wiele ale to co było kiedyś nie mieści się w mojej głowie chwała tym którzy umieli przeżyć w tamtych czasach

  11. Zouave Odpowiedz

    Zauważyłem, ze autorka w artykule zgrabnie przeskakuje z 1928 na 1930 albo 1932 r. Czyżby zapomniała o Wielkim kryzysie? Artykuł w zasadzie do kosza się nadaje tylko z tego jednego powodu.

  12. polakmały Odpowiedz

    Tzw. patriotów razi i pachnie im bolszewizmem zwykła PRAWDA !
    II RP była okresem zatęchłej biedy , klerykalizmu , strzelania do strajkujących jak do kaczek itp. Zamordyzm panował też w rodzinach . Pan mąż lał żonę i dzieci aż huczało . Opisy wsi i małych miasteczek II RP mówią o setkach kalek -np. dzieci wyciąganych na siłę przy porodzie , bo żadnej służby zdrowia nie było . Sporo było też dzieci pouszkadzanych przez surowy ( bandycki ) wychów .
    Aby się durni piewcy II RP opamiętali to PKB na terenach II RP z 1913 r. – ostatniego przed I WŚ było WYŻSZE niż w 1938 r. ( ostatnim przed II WŚ )

    Matołki nie wiedzą , że dopiero wyklinana obecnie PRL dała im regularne żarcie , odzież , szkoły i przychodnie !
    A pisze to potomek tych , którzy stali na stopniach ganku dworku patrząc z góry na ca. 85 % plebejuszy !!!
    Zmieniło się również to , że nie mówi już się do przedstawiciela plebsu ( czyli tych 85 %) per „mój dobry człowieku” . I to jest największa wartość zdemokratyzowania Polski za PRL .

    Więc do kościółka narodzie i modlić się za duszę nieboszczki PRL !

  13. Anonim Odpowiedz

    nadalrzadzaskrytobujczekomuchywykorzystujadziecizpatologicznychrodzinprzeciwkatolickimterrorpolicyjnywobeckatolikom

  14. Anonim Odpowiedz

    ludzieidzcieinaprawiajciesiemodlciesieiprzepraszajciezagrzechyduszeswaratujcieboprzyjdziepanizabierzeswoichczcicieli

Odpowiedz na „PolaAnuluj pisanie odpowiedzi

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.