Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

W przedwojennej Polsce niemal nikogo nie było stać na lodówkę. Jak w takim razie radziły sobie nasze prababki?

Amerykańskie domowe lodówki z lat 20. (fot. domena publiczna)

fot.domena publiczna Amerykańskie domowe lodówki z lat 20. (fot. domena publiczna)

Dzisiaj trudno sobie wyobrazić życie bez lodówki. W II Rzeczpospolitej to posiadanie takiego sprzętu pozostawało w strefie wyobrażeń. Kosztował tyle, co nowy samochód. I typowa Polka musiała wiedzieć co zrobić, by obejść się bez niego.

Dawna prasa i wtórujące jej, wydawane na ogromną skalę poradniki gospodarstwa domowego polecały setki sposobów zabezpieczania żywności, by choć trochę przedłużyć termin jej przydatności do spożycia. Najlepszą metodę wykoncypowano jednak już w starożytności i niemal niezmienioną stosowano aż do XIX wieku.

Żywność doskonale zachowywała świeżość jeśli przechowywano ją w warunkach chłodniczych, a w czasach przed wynalezieniem lodówek, jedyną możliwością było wykorzystywanie naturalnego lodu, który jeszcze sto lat temu uchodził za niezwykle cenny surowiec.

Lód przez cały rok

Aby wystarczył na cały rok, trzeba go było odpowiednio przechowywać. W tym celu na prowincji konstruowano lodownie. Najczęściej były to osobne budynki, dla których najlepszą lokalizacją był niewielki pagórek, ocieniony rozłożystymi koronami starych drzew. W ziemi należało wydrążyć duży dół, którego ściany obmurowywano lub wznoszono z drewna. Ten ostatni sposób wymagał ścian podwójnych, pomiędzy które wkładano dla dodatkowej izolacji słomę.

Lodowe żniwa w Massachusetts w połowie XIX wieku.

Lodowe żniwa w Massachusetts w połowie XIX wieku.

Podłogę miała stanowić metalowa krata, która pozwalała odprowadzić zbędną wodę do ziemi. Od góry budowlę zamykało mocne sklepienie, które pokrywano dodatkowo ziemią, darnią i mchem. Kluczowe dla zachowania odpowiedniej temperatury było wzniesienie odpowiedniego wejścia.

Najlepszym rozwiązaniem był wąski korytarzyk koniecznie zamknięty z dwóch stron solidnymi drzwiami i wygięty w łuk, tak by ciepłe powietrze z zewnątrz nie wpadało prosto do pomieszczenia z lodem. Do lodowni wchodzić należało o jak najchłodniejszej porze dnia i w szczególności latem natychmiast zamykając za sobą drzwi.

Aby lodownia zaczęła działać trzeba ją było, jak sama nazwa wskazuje, wypełnić lodem. Przystępowano do tego zadania w środku zimy, gdy mróz był najtęższy. Duże bryły, pochodzące z rzek i jezior, transportowano nawet z daleka. Po wniesieniu ich do lodowni, kruszono na niewielkie kawałki i… polewano wrzątkiem. W tym zdawałoby się szaleństwie tkwiła metoda – okruchy lodu w zetknięciu z ukropem stapiały się w jedną ogromną bryłę. Im większa była, tym wolniej się rozpuszczała.

Komentarze (1)

  1. ZQW Odpowiedz

    Wiele rodzin jeszcze w latach 70. i 80. nie miało lodówek w domu i jakoś się żyło. Żywność onegdaj przechowywano w spiżarniach i piwnicach. Warzywa i owoce kupowało się na lokalnych rynkach, a mięso i wędliny w sklepach. W latach 80. jak udało się zdobyć większą ilość mięsa, to robiliśmy bitki w sosie i pakowaliśmy w słoiki tzw. weki. Mleko codziennie dostarczał mleczarz.
    Kupowało się konserwy i gotowe wyroby w słoikach. Masło przechowywało się w maselnicach, schładzane wodą. Zresztą dalej tak samo przechowują żywność np. turyści i żeglarze.
    Bez lodówek naprawdę dało i da się żyć.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.