Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

W 1956 roku w Polsce zalegalizowano aborcję. Jakie były tego efekty?

"Zajść, albo nie zajść?". Karykatura prasowa z okresu odwilży, autorstwa Janusza Królikowskiego. Ilustracja z książki "Rewolucja międzypaździernikowa".

„Zajść, albo nie zajść?”. Karykatura prasowa z okresu odwilży, autorstwa Janusza Królikowskiego. Ilustracja z książki „Rewolucja międzypaździernikowa”.

Prymas piszący o „ustawie śmierci narodu”. Lekarze obnoszący się ze swoją pobożnością, bo odebrano im dochody z pokątnych skrobanek. I kobiety, którym tylko teoretycznie dano prawo do decydowania o czymkolwiek.

W propagandzie władz ustawa uchwalona 27 kwietnia 1956 r. miała stanowić krok ku równouprawnieniu kobiet. W rzeczywistości była powszechnie postrzegana jako narzędzie regulowania dzietności. Pierwsze o którego użyciu mogła w takim stopniu decydować – przynajmniej teoretycznie – sama kobieta. Teoretycznie, gdyż ustawa wzbudzająca niemałe kontrowersje już podczas prac przygotowawczych, nie przestawała dzielić także po jej uchwaleniu.

Procedury były niejasne, często upokarzające dla kobiet, istniały luki pozwalające lekarzom na odmawianie wykonania zabiegu w szpitalu, nie tyle z racji medycznych, ile z obawy przed reakcją lokalnych społeczności. Było to istotne wobec gwałtownej od połowy 1956 r. ofensywy Kościoła katolickiego, która szybko przekroczyła granice wiary, zabierając się za sumienia. Jednym w celów krytyki była nowa ustawa, a kardynał Stefan Wyszyński już podczas internowania pisał o konieczności walki z „ustawą śmierci narodu”, a potem konsekwentnie podtrzymywał tę opinię. Propagowana przez duchownych na poziomie parafii, nie pozostawała bez wpływu na decyzje lekarzy.

W rezultacie już w pierwszych miesiącach funkcjonowania ustawy zdarzały się szpitale przeprowadzające ponad 100 zabiegów miesięcznie, podczas gdy w innej porównywalnej placówce było ich zaledwie kilka. Jak wspomniano, furtki otwierała sama ustawa, dziurawa i niejasna, dająca lekarzom całą paletę środków – od stwierdzenia schorzeń uniemożliwiających zabieg po przeszkody biurokratyczne w postaci braku zgód czy zaświadczeń i wyznaczanie odległego terminu operacji, przekraczającego dopuszczalną granicę 12 tygodni.

Wnętrze gabinetu ginekologicznego. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Wnętrze gabinetu ginekologicznego. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

U podstaw takich działań leżały zarówno kwestie sumienia każdego z medyków, jak i względy czysto praktyczne. „Odkąd została wydana ustawa – informowała »Przyjaciółka« – wielu lekarzy »spobożniało«. Ten przypływ »moralności« u niektórych jest po prostu wynikiem niechęci do ustawy, która w dużej mierze likwiduje pokątne zabiegi i płynące z nich dochody”.

Wędrówki zdesperowanych, zaopatrzonych w pliki podań i zaświadczeń kobiet od kliniki do kliniki często kończyły się w prywatnym gabinecie lekarskim, lub co gorzej dokonywaniem zabiegu w jakimś przypadkowym miejscu. W rezultacie liczba szpitalnych interwencji ratujących życie po nielegalnych, domowych aborcjach bynajmniej się nie zmniejszyła. (…)

Aborcja zamiast antykoncepcji

Zatrważający był poziom świadomości seksualnej społeczeństwa, w niemałej mierze dzięki akurat na tym polu doskonale wcześniej się sprawdzającej symbiozie komitetu i kruchty. Jak twierdziła Michalina Wisłocka: „Po wojnie do spraw seksu tak samo wrogo byli nastawieni komuniści, jak i katolicy. Polska była państwem katolickim i na ów katolicyzm na żywo przeflancowano komunizm”.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.