Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Skłócona z życiem – okoliczności śmierci Marylin Monroe

Samobójcza śmierć Marylin Monroe wywołała falę domysłów

fot.domena publiczna Samobójcza śmierć Marylin Monroe wywołała falę domysłów

Samobójcza śmierć jednej z najbardziej rozpoznawalnych ikon popkultury wywołała falę domysłów i spekulacji. Co tak naprawdę skłoniło Marylin Monroe do targnięcia się na własne życie? Czy była szalona? A może padła ofiarą spisku psychiatrów?

Mimo zawrotnej kariery oraz bajecznych luksusów Marylin Monroe nie miała łatwego życia. Wręcz przeciwnie. Okazało się, że pieniądze i sława nie były w stanie załatać dziur wydartych w jej psychice przez nieszczęśliwe dzieciństwo i patologiczne środowisko hollywoodzkich bogaczy. Czy największa seksbomba w historii kina miała powody by popełnić samobójstwo?

Niechciane dziecko

Spoglądając na dzieciństwo i okres dojrzewania przyszłej gwiazdy, trudno się dziwić, że cierpiała z powodu zaburzeń na tle psychicznym. Urodziła się w 1926 roku w Los Angeles jako Norma Jane Mortenson. Była nieślubnym dzieckiem Gladys Pearl Baker i Edwarda Mortensona. Ojciec – technik przemysłu filmowego – porzucił matkę jeszcze zanim mała Norma przyszła na świat. Gladys wkrótce po porodzie przeszła załamanie nerwowe, więc noworodek trafił do rodziny zastępczej. W książce „Szalone, złe i smutne. Kobiety i psychiatrzy” Lisy Appignanesi czytamy:

Jej nowi opiekunowie mieszkali na nędznych przedmieściach Los Angeles. Byli wręcz fanatykami religijnymi: nieustannie rozprawiali o grzechu i ogniu piekielnym. Odkąd Marilyn skończyła pięć lat, zmuszali ją do rozmaitych prac domowych. Chowała się przed nimi w szopie; fantazjowała, uciekała przed ciągłym poczuciem winy. Kiedy miała sześć lat, zgwałcił ją znajomy opiekunów. Traumatyczne doświadczenie, w połączeniu z kazaniami i modlitwami, sprawiło, że dostała halucynacji. Rodzina zastępcza pozbyła się jej w obawie, że odziedziczyła chorobę po matce.

W 1947 roku jako modelka trafiła na okładki pięciu czasopism. Niemal z dnia na dzień stała się przedmiotem pożądania mężczyzn

fot.U.S. Army photographer David Conover/domena publiczna W 1947 roku jako modelka trafiła na okładki pięciu czasopism. Niemal z dnia na dzień stała się przedmiotem pożądania mężczyzn

Ale był to dopiero początek przykrej tułaczki Normy. W wieku ośmiu lat, ze względu na problemy finansowe matki, trafiła do sierocińca. Nie cierpiała go do tego stopnia, że zaczęła się jąkać. Później umieszczano ją kolejno w dwunastu różnych rodzinach zastępczych. Miała problemy z nauką, była wiecznie wychudzona i prześladowana przez rówieśników. Zmianę przyniósł – według samej Marylin – sweter, który pożyczyła od koleżanki. To właśnie za jego sprawą brzydkie kaczątko miało nagle stać się przedmiotem pożądania i uwagi całego otoczenia. Uwagi, której nie doświadczyła ze strony własnej matki ani późniejszych opiekunów.

Czytaj też: Prawdziwa legenda Zeldy. Czy Scott Fitzgerald doprowadził żonę do szaleństwa?

Przerażona seksbomba

Nowo nabyta pewność siebie i przypadkowe spotkanie z fotografem robiącym propagandowe sesje zdjęciowe w fabryce, gdzie pracowała Norma, zapoczątkowały jej karierę. Ale problemy z dzieciństwa nie zniknęły. Dorosłe życie Marylin Monroe było przez to pełne sprzeczności. W 1947 roku jako modelka trafiła na okładki pięciu czasopism. Niemal z dnia na dzień stała się przedmiotem pożądania mężczyzn – najpierw w Ameryce, później na całym świecie. Lisa Appignanesi pisze:

Nadeszła sława, leki, za dużo (albo za mało) seksu oraz rewelacyjne role w filmach, które do dziś warto oglądać. To historia o pięknej kobiecie, aniele seksu, skrywającej wewnątrz skrzywdzone, niepewne siebie, porzucone dziecko. O ciepłej, dobrej, kruchej, niewinnie pokornej dziewczynie. O aktorce dążącej do perfekcji, którą praca na planie przerażała, więc zawsze się spóźniała albo w ogóle nie przychodziła, zażywała mnóstwo leków, by się uspokoić, a czasem wymiotowała przed wejściem do studia (…). O wariatce uzależnionej od leków i alkoholu, cierpiącej na depresję i nękanej myślami samobójczymi.

Na planie filmowym aktorka była wiecznie stremowana, zapominała tekstu. Nadużywała barbituranów, alkoholu i amfetaminy, a jednak – udało się jej odegrać szereg niezapomnianych ról. Co istotne, burzliwa kariera i życie osobiste gwiazdy zeszły się w czasie z modą na psychoanalizę. W 1955 roku, po zakończeniu krótkiego małżeństwa z Joem DiMaggio, Marylin przeniosła się z Holywood do Nowego Yorku, gdzie podjęła naukę w Actors’ Studio. Elementem programu nauczania było tam „zaglądanie wewnątrz siebie”, co miało poprawić zdolności aktorskie i zrozumienie odgrywanej postaci. Mówiąc wprost, od studentów wymagało się poddania psychoanalizie. Właśnie tak Monroe trafiła pod skrzydła doktor Margaret Hohenberg.

Czytaj też: Helena Modrzejewska – największa polska aktorka

Bezskuteczna psychoanaliza

Łatwo wpadająca w depresję Marylin potrzebowała źródła pozytywnych bodźców. Dlatego otoczyła się wąskim gronem wiernych znajomych i związała z Arthurem Millerem. Szczęście pary nie trwało jednak długo. Marylin natrafiła na zapisane słowa Millera, który dwa miesiące po ślubie wyznał, że nie kocha żony tak, jak ona tego pragnie.

Marylin natrafiła na zapisane słowa Millera, który dwa miesiące po ślubie wyznał, że nie kocha żony tak, jak ona tego pragnie.

fot.Macfadden Publications New York/domena publiczna Marylin natrafiła na zapisane słowa Millera, który dwa miesiące po ślubie wyznał, że nie kocha żony tak, jak ona tego pragnie.

Aktorka ponownie pogrążyła się w czarnych myślach, więc Laurence Olivier – reżyser filmu Książę i aktoreczka, nad którym Monroe aktualnie pracowała – ściągnął na miejsce doktor Hohenberg. Jakoś udało się dokończyć zdjęcia, po czym Marylin wróciła do Nowego Jorku i ponownie poddała się psychoanalizie – tym razem u Marianne Kris. Leczenie trwało cztery lata, ale nie przebiegało podręcznikowo: pacjentka często się spóźniała bądź wcale nie przychodziła na sesje, przez co proces był przerywany. Nie pomagały też częste wyjazdy.

Świat nie widział zmagań Marylin; zauważał jedynie, że staje się coraz lepszą aktorką. Małżeństwo z Millerem rozpadało się, a sama gwiazda była wszystkim tak zestresowana, że musiała zażywać ogromne ilości leków na bezsenność – demerolu, tiopentalu i amobarbitalu. Coraz trudniej było jej pracować na planie filmowym.

Czytaj też: Pola Negri – niezwykła historia polskiej królowej Hollywood

Specjalista od gwiazd

Jednym z ostatecznych ciosów były słowa Yvesa Montanda, z którym Monroe zagrała w filmie Pokochajmy się w 1960 roku. Marylin miała z nim krótki romans, po którym aktor wyznał przed dziennikarzami, że związał się z nią tylko po to, by ich relacja na ekranie wyglądała bardziej realistycznie. Załamanie, które przyszło po tym przykrym wydarzeniu, wymagało poważnych środków. Ściągnięto specjalistę zajmującego się głównie hollywoodzkimi gwiazdami, doktora Ralpha Greensona. Trudno się dziwić: pomagał wcześniej Frankowi Sinatrze, Peterowi Lorre i Vivien Leigh.

Znawca aktorskich problemów od razu po przyjeździe zauważył, że Marylin bierze zdecydowanie za dużo leków. Po zapoznaniu się z pacjentką miał stwierdzić, że taka dawka mogłaby uśpić pięcioro ludzi. Zapewnił też, że farmaceutyki nie pomogą, jeśli Marylin nie uświadomi sobie własnych problemów. Zdaniem psychiatry aktorka walczyła ze snem i miała skłonności autodestrukcyjne.

Mimo uzależnienia od leków i alkoholu Marylin udało się stworzyć wiele fantastycznych ról (kadr z filmu „Mężczyźni wolą blondynki”).

fot.20th Century Fox/domena publiczna Mimo uzależnienia od leków i alkoholu Marylin udało się stworzyć wiele fantastycznych ról (kadr z filmu „Mężczyźni wolą blondynki”).

W tym momencie rozpoczął się dwuletni okres bezskutecznej walki z alkoholem, lekami i niestabilnością Marylin. Jakimś cudem udało się dokończyć zdjęcia do Pokochajmy się. Niedługo potem gwiazdę zatrudniono na planie kolejnego filmu – Skłóceni z życiem. Był to gwóźdź do trumny aktorki, biorąc pod uwagę, że scenariusz był oparty o opowiadanie napisane przez Arthura Millera na początku związku z Marylin. Musiała zagrać wyidealizowaną wersję samej siebie z akcentem położonym na seksapil, czego – jak sama wielokrotnie zaznaczała – nienawidziła najbardziej na świecie.

Porażka Greensona

Samobójcze myśli, poczucie osamotnienia i braku wartości bardzo zaniepokoiło Marianne Kris, terapeutkę Marylin. Postanowiła skierować aktorkę do Payne Whitney Clinic na Manhattanie. Jako Faye Miller, Marylin Monroe została tam zamknięta w izolatce ze ścianami obitymi gąbką. Dopiero po trzech dniach męczarni udało się jej skontaktować z Joem DiMaggio i opuścić mury, jak to określiła sama Kris, „nieludzko archaicznego miejsca”.

Po tym wypadku Kris oczywiście przestała być terapeutką Marylin, która wróciła do Los Angeles pod skrzydła doktora Greensona. Ten tak przypadł jej do gustu, że zaczęła nawet punktualnie stawiać się na sesje. Diagnoza postawiona przez specjalistę od gwiazd, przełożona na współczesną nomenklaturę, brzmiała: „zaburzenia osobowości typu borderline”. Terapeuta zrozumiał, że Marylin nie jest podatna na psychoanalizę (mimo, że po długich latach spędzonych na leczeniu w ten właśnie sposób doskonale porozumiewała się psychoanalitycznym żargonem). Zdaniem Greensona dręczyły ją luki w elementarnej wiedzy życiowej, której nie miała okazji posiąść w dzieciństwie. Sama opowiadała nawet o własnej wizji odnalezienia swojego ojca i uwiedzenia go.

Diagnoza postawiona przez specjalistę od gwiazd, przełożona na współczesną nomenklaturę, brzmiała: „zaburzenia osobowości typu borderline”.

fot.Popular Library New York/domena publiczna Diagnoza postawiona przez specjalistę od gwiazd, przełożona na współczesną nomenklaturę, brzmiała: „zaburzenia osobowości typu borderline”.

Aby w ogóle rozpocząć działania terapeutyczne, Greenson musiał zacząć od nowa. Poradził Marylin, by kupiła sobie mieszkanie i samodzielnie je umeblowała. Idąc za radą doktora, aktorka zatrudniła też gospodynię, która pełniła nie tylko rolę pomocnicy, ale dawała pewną namiastkę życia rodzinnego. Sam Greenson stał się dla Monroe kimś w rodzaju ojca. Niestety, zbyt późno zorientował się, że pacjentka przenosi na relację z nim swoją wypaczoną potrzebę bliskości. Cykl znany z jej wcześniejszych związków znów się rozpoczął i to do tego stopnia, że Greenson musiał dać Marylin swego rodzaju talizman do noszenia, kiedy akurat nie było go w pobliżu. Była to biała figurka skoczka szachowego, który zdaniem aktorki przypominał doktora, kiedy patrzyła na niego przez kieliszek do wina.

Szaleństwa panny Marylin

W 1962 roku Greenson wyjechał do Szwajcarii. Pod jego nieobecność sytuacja na planie filmu Słodkiego kompromisu, przy którym akurat pracowała Monroe, bardzo się pogorszyła. Do tego doszło pamiętne wystąpienie Marylin na czterdziestych urodzinach prezydenta Johna F. Kennedy’ego, które wywołało wzburzenie zarządców wytwórni filmowej. W efekcie odebrano jej rolę w filmie – po raz pierwszy w karierze została zwolniona! Mało tego, w mediach pojawiła się informacja, że żona Millera zaszła w ciążę.

4 sierpnia 1962 roku Greenson odbył z Marylin rozmowę telefoniczną. Słyszał ją wtedy po raz ostatni. O godzinie trzeciej rano opiekunka aktorki powiadomiła go o śmierci gwiazdy. Koroner stwierdził, że zgon nastąpił wskutek zażycia 40–50 tabletek barbituranu. Powstało oczywiście mnóstwo teorii spiskowych na temat „prawdziwych” przyczyn śmierci Marylin, uwzględniających spisek psychiatrów, desperacką lewatywę z wodzianu chloru, mafię, zabójców działających na zlecenie prezydenta Kennedy’ego lub szefów studia filmowego. Prawda jest jednak taka, że zadręczona problemami aktorka zwyczajnie nie mogła dłużej znieść własnego życia.

Bibliografia:

  1. Appignanesi, L., Szalone, złe i smutne. Kobiety i psychiatrzy, Marginesy, Warszawa 2021.
    Churchwell, S., The Many Lives of Marilyn Monroe, Granta Books, Londyn 2004.
    Spoto, D., Marilyn Monroe: The Biography, Cooper Square Press, Nowy Jork 2001.

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.