Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Nike z gofrownicy – historia Billa Bowermana

fot.domena publiczna Bill Bowerman

„But musi spełniać trzy warunki. Musi być lekki, wygodny i musi wytrzymać dystans” – te wydawać by się mogło banalne słowa padły z ust Billa Bowermana, jednego z najlepszych trenerów lekkoatletycznych wszech czasów. I chociaż jego nazwisko jest mało znane, to buty z logo „swoosh” już jak najbardziej tak. A niewiele brakowało, by współtwórca firmy Nike nigdy nie zajął się sportem, nie wspominając już o butach do biegania.

Pod koniec lat 50. Bill Bowerman, już jako mentor amerykańskich lekkoatletów, był bardzo niezadowolony z dostępnego na rynku obuwia sportowego. Ciężkie, wykonane przeważnie z grubej skóry i całej masy stalowych dodatków nie spełniało jego marzeń o butach idealnych.

Doskonale wiedział, że im mniejsze obciążenie biegacza, tym większa prędkość. A przecież zwycięża tylko ten, kto jest najszybszy. Dlatego też celem jego życia stało się stworzenie jak najlżejszego buta. Zapewne wtedy nie spodziewał się, że poszukiwania obuwniczego Świętego Graala zakończą się stworzeniem firmy, bez której trudno wyobrazić sobie dzisiejszy świat.

Buntownik z wyborem

Początkowo nic nie wskazywało na to, że urodzony w 1911 roku w rodzinie gubernatora Oregonu William Jay Bowerman zapisze się w annałach światowego sportu i biznesu. Przez długi czas jego edukacja ograniczała się do przerzucania książek z kąta w kąt oraz do aktywności fizycznej… w postaci ucieczek z domu i bójek z kolegami.

Dopiero zagrożenie kolejnym wyrzuceniem z liceum otrzeźwiło młodego Billa. Zajął się wreszcie czytaniem książek i prawdziwym sportem. Dzięki determinacji szybko dostał się do szkolnej drużyny futbolu amerykańskiego. Sportową pasję kontynuował także na Uniwersytecie Oregońskim, gdzie, studiując biologię i dziennikarstwo, z powodzeniem uprawiał jeszcze koszykówkę oraz lekką atletykę.

fot.Davide Costanzo/CC BY 2.0 Celem jego życia stało się stworzenie jak najlżejszego buta

Tam też odkrył swoje prawdziwe powołanie – coaching sportowy. Zarzucił więc wcześniejsze marzenia o nauczaniu biologii i po zakończeniu studiów w 1934 roku rozpoczął karierę trenerską, którą przerwało przystąpienie USA do wojny w 1941 roku. Jako gorliwy patriota natychmiast porzucił pracę w szkole na rzecz służby ojczyźnie.

Czytaj też: Janusz Kusociński – człowiek i sportowiec niezłomny

Ciekawe doświadczenie

Wypracowana latami sprawność fizyczna sprawiła, że mający wówczas stopień podporucznika Bowerman (był po obowiązkowym na ówczesnych uczelniach kursie w oficerskim korpusie szkoleniowym) trafił do niezwykle wymagającej służby w elitarnej 10. dywizji górskiej – pierwszej takiej jednostki w historii USA.

Zanim jednak wiecznie głodny przygód Bowerman ruszył na front, zajmował się organizowaniem transportu, którym w tego typu jednostce były… muły.

Rzecz jasna, poganianie zwierząt nie było spełnieniem marzeń dla ambitnego Bowermana. Zatem więc, nim skończyła się wojna, zdążył jeszcze m.in. niemalże w pojedynkę doprowadzić w kwietniu 1945 roku do kapitulacji 4-tysięcznego oddziału Wehrmachtu w północnych Włoszech. Kończąc jednak swoją przygodę z wojskiem w stopniu majora i z prestiżową Srebrną Gwiazdą na piersi, miał powiedzieć, że nie czuje się wcale bohaterem. „To było ciekawe doświadczenie” – stwierdził na odchodne.

Czytaj też: Eddie „Orzeł” Edwards. Najlepszy „najgorszy skoczek narciarski w historii”

Panoramix swoich czasów

Po powrocie z frontu z typowym dla siebie zapałem ponownie zabrał się za pracę trenerską na swojej macierzystej uczelni. Jego nowatorskie podejście do treningów uczyniło w ciągu ćwierćwiecza z akademickiego klubu najważniejszy ośrodek lekkiej atletyki w USA.

Jako jeden z pierwszych wprowadził niezwykle skuteczne i stosowane do dziś treningi interwałowe. Był pionierem monitorowania stanu organizmu zawodników, by określić, jakie jest ich maksimum wysiłkowe. Zapisywał niekończące się stronice z międzyczasami swoich podopiecznych, by jak najlepiej rozgrywać biegi pod względem taktycznym. Jednocześnie nie zaniedbywał potrzeby regeneracji, co było ewenementem w tamtych czasach. „Bodziec, odpoczynek, poprawa – oto czym jest trening” – wbijał do głowy swoim wychowankom. Wolał, by biegacz był niedotrenowany niż kontuzjowany.

fot.Fabio Sola Penna/domena publiczna Bill Bowerman wprowadził szereg innowacyjnych rozwiązań treningowych

W swoim wyprzedzającym czasy geniuszu Bowerman nie bał się też prób z produkowanymi przez siebie miksturami poprawiającymi osiągi zawodników. Jego podopieczny i późniejszy wspólnik w interesach Phil Knight pisał po latach:

Gdy u niego trenowałem, zawsze podkreślał, jak ważne są potas i elektrolity, których ubywa z organizmu sportowca. Wmuszał w nas wtedy te swoje mikstury – ohydną breję ze zmiksowanych bananów, lemoniady, herbaty, miodu i kilku nieznanych składników.

Zapewne nie smakowało to najlepiej, ale w połączeniu z nowatorskimi treningami przyniosło niesamowite efekty. Dość powiedzieć, że w ciągu 25 lat spod ręki Bowermana wyszło m.in. 33 olimpijczyków (w tym kilku złotych), a jego biegacze pobili 13 rekordów świata i 23 rekordy Ameryki.

Czytaj też: Evangelos Goussis. Mógł zostać mistrzem świata, został mordercą i gangsterem

Każdy jest sportowcem

A jakby tego było mało, to z koncepcją biegania wyszedł do zwykłych ludzi, rozpowszechniając ideę joggingu. Bowerman narzekał bowiem, że ludzkość popełnia gruby błąd, sądząc, że prawdziwi sportowcy to elita, sami olimpijczycy. „Przecież każdy jest sportowcem. Każdy, kto ma ciało” – powtarzał jak mantrę.

Niebieska wstążka

Jednocześnie cały czas pracował nad stworzeniem idealnego buta sportowego. W tym celu nauczył się nawet szewskiego fachu. Po latach Phil Knight pisał:

(…) regularnie włamywał się do naszych szafek i podkradał nam buty. Całymi dniami rozpruwał je na części i na nowo zszywał, po czym oddawał nam, twierdząc, że dokonał niewielkich modyfikacji, po których będziemy albo biegać jak jelenie, albo krwawić.

Eksperymentował z dziesiątkami materiałów – aksamitem, skórą kangura, jelenia, wężową, a nawet rybią – co chwilę tworząc nowe kreacje. Niestety jego projekty nie znajdywały zrozumienia u rodzimych producentów. Ale z pomocą niespodziewanie przyszli… Japończycy.

W 1964 roku do Bowermana zgłosił się wspominany wcześniej Phil Knight z prośbą, by ten pomógł mu w dystrybucji butów japońskiej firmy Onitsuka Tiger. Ku jego zaskoczeniu Bowerman zaproponował mu stworzenie spółki zajmującej się sprzedażą produktów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Japończycy z chęcią przystali na taki układ. Co więcej, zgodzili się też uwzględniać w swoich produktach pomysły i rozwiązania genialnego trenera z USA. W ten sposób świat usłyszał o firmie Blue Ribbon Sports, która w krótkim czasie zaczęła wypierać z amerykańskiego rynku produkty wszędobylskiego Adidasa.

Czytaj też: Wojna światowa o… buty i braterski konflikt, któremu zawdzięczamy adidasy

Nike z gofrownicy

Początkowy entuzjazm i sukces finansowy nie były jednak szczytem marzeń Bowermana. Chociaż buty z jego ulepszeniami robiły furorę na światowych rynkach, to wielu z użytkowników skarżyło się na ich słabą przyczepność, gdy korzysta się z egzemplarzy bez kolców. To dało wspólnikom do myślenia.

fot.Neon Tommy/CC BY-SA 2.0 W 1964 roku do Bowermana zgłosił się wspominany wcześniej Phil Knight z prośbą, by ten pomógł mu w dystrybucji butów japońskiej firmy Onitsuka Tiger

W efekcie burzy mózgów i użycia… gofrownicy podczas jednego ze śniadań w domu Billa w 1971 roku powstała doskonale trzymająca się powierzchni podeszwa o strukturze wafla. To było to – powstał but lekki, giętki i wytrzymujący długie dystanse. Na odbywających się rok później igrzyskach olimpijskich w Monachium czterech najlepszych maratończyków wystąpiło właśnie w takim obuwiu, które wtedy było już sprzedawane pod marką Nike.

Kończący się kontrakt z Japończykami oraz rosnąca popularność waflowego obuwia sprawiły, że Bill i Phil postanowili stanąć na własnych nogach. Wobec ograniczonych funduszy oraz zwykłego braku zainteresowania tematem, a może też i talentu, w kwestii nazwy i loga zamiast na profesjonalistów zdali się na czysty przypadek i amatorstwo.

I tak, nazwę Nike zasugerował pierwszy etatowy pracownik firmy, któremu przyśniła się grecka bogini zwycięstwa. A logo z dynamiczną formą skrzydła lub podmuchu powietrza czy też śladu buta zaproponowała miejscowa artystka, której za to zapłacono… 35 dolarów. Chociaż szefostwo uznało, że w owym „swoosh” jest coś ponadczasowego, to ogólnie stwierdziło: „Przywykniemy”.

Wkrótce przywykł też cały świat.

Bibliografia

  1. Dołęgowski K., Bill Bowerman – twórca biegowych idei i butów, które podbiły świat, Magazyn Bieganie [dostęp: 21.08.2021].
  2. Knight P., Sztuka zwycięstwa, tłum. M. Szymański, Poznań 2016.
  3. Moore K., Bowerman and the Men of Oregon, Emmaus 2006.
  4. Shelton P., Wspinaczka ku zwycięstwu, tłum. U. Gardner, Poznań 2015.

Komentarze (1)

  1. Tomek Odpowiedz

    To logo zaprojektowała sekretarka jednego z dyrektorów. Potem zrobiła wiele innych i jest autorytetem branży.

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.