Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Henryk Strąpoć – genialny konstruktor pistoletu maszynowego „Bechowiec”

Pistolet maszynowy Bechowiec skonstruowany i produkowany przez Henryka Strąpocia

W czasie II wojny światowej pistolety maszynowe dla partyzantów z Batalionów Chłopskich robił genialny konstruktor-samouk – Henryk Strąpoć ps. Mewa. Ukończył tylko sześć klas szkoły powszechnej, a broni maszynowej nie widział wcześniej na oczy. Słyszałeś kiedyś o nim?

Wiele firm, które osiągnęły sukces finansowy, powstało w garażu. O będących obecnie milionerami założycielach Google, Apple, Hewlett-Packard czy Microsoftu uczą się licealiści na podstawach przedsiębiorczości oraz studenci ekonomii i zarządzania. Jednak start i rozwój tych firm zawsze był oparty na solidnym zapleczu: bogatych rodzicach, dobrym wykształceniu, albo znajomościach.

Henryk Strąpoć nie miał żadnego z tych atutów. Pochodził z ubogiej rodziny, mieszkał w małej wsi w województwie świętokrzyskim, skończył tylko sześć klas szkoły powszechnej. Rysunek techniczny był dla niego zapewne tak czytelny, jak egipskie hieroglify. Mimo tego udało mu się opanować niezwykle trudną sztukę samodzielnego konstruowania broni palnej: pistoletów, a potem pistoletów maszynowych. Jak to możliwe?

Strąpoć urodził się 13 marca 1921 roku w Czerwonej Górze, w powiecie opatowskim na Kielecczyźnie. Pochodził z rodziny chłopskiej, rodzice nie mieli wykształcenia, należeli do kościoła polskokatolickiego, a nie rzymsko-katolickiego. Mały Heniek od dziecka przejawiał zainteresowanie techniką i kowalstwem. Jego krewniak pokazał mu kiedyś pistolet, belgijską FN-kę. Chłopiec obejrzał broń z zewnątrz, rozłożył na części, jeszcze raz obejrzał, po czym prawidłowo złożył. Musiał mieć iście fotograficzną pamięć i niezwykły talent techniczny, bo tylko na tej bazie… skonstruował własny pistolet!

Nie było by w tym może nic dziwnego, ale Heniu był wtedy zaledwie 15-latkiem, nie miał dostępu do warsztatu rusznikarskiego, ani chociażby ślusarskiego. Pistolet wyklepał sam, w domu, na małym imadełku trzymanym na kolanach. Używając blachy stalowej, młotka, pilnika i przecinaka skonstruował korpus broni, do której zaadaptował lufę ze zużytego karabinu rosyjskiego kal. 7,62. Był to rok 1935.

Pistolet był sprawny i strzelał jak należy. Nastolatek zabrał broń do szkoły, by się nią pochwalić, a tam zauważył i skonfiskował ją nauczyciel. Na szczęście Heńka nie ukarano, a gdy o sprawie dowiedział się dyrektor szkoły – Jan Gryźniak – od razu zrozumiał, że jego uczeń ma wielki talent. Usiłował zainteresować władze oświatowe młodym konstruktorem i napisał list z prośbą o umożliwienie Henrykowi dalszego kształcenia w zawodowej szkole technicznej.

Szkoła nie zauważyła talentu

Niestety biurokratyczna maszyna edukacji jak zwykle nie zadziałała prawidłowo i nikt się o Heńka nie upomniał. Oprócz policjantów, którzy złożyli mu niezapowiedzianą wizytę i pouczyli, że samodzielne wytwarzanie broni i jej posiadanie jest zabronione i zagrożone surową karą.

Sztandar Batalionów Chłopskich

Pierwszy pistolet Strąpocia zniknął w odmętach historii (lub w prywatnej kolekcji któregoś z policjantów). Na szczęście utrata broni i wizyta posterunkowych nie spowodowała wygaśnięcia konstruktorskiej pasji u młodego wynalazcy, który, jeszcze przed wybuchem wojny, zbudował kolejne cztery pistolety oraz rewolwer bębenkowy.
W przypadku tego ostatniego próba strzelecka skończyła się rozerwaniem broni ze względu za zbyt duży ładunek prochowy, ale także ten wypadek nie zraził Henryka do broni. Konstruktor dbał teraz o „tajemnicę produkcji” i nie pokazywał swoich strzelających wynalazków byle komu.

1 września 1939 r. wybuchła wojna, a kilka tygodni później Niemcy dotarli także w Świętokrzyskie. Nie mieli tu jednak lekko, bo w tym rejonie szybko powstały liczne odziały partyzanckie, które wykorzystywały znajomość okolicy i, korzystając ze wsparcia ludności cywilnej, niespodziewanie atakowały Niemców w mniejszych i większych miejscowościach a także w terenie – w lesie, na drogach śródpolnych.

Konspiracyjnym oddziałom bojowym, wywodzącym się zresztą z różnych stronnictw politycznych, ciągle brakowało broni. Karabinów i pistoletów z września 1939 zachowało się niewiele, a zrzuty broni i amunicji wysyłane z Anglii, były ciągle niewystarczające. Zresztą nie trafiały one do wszystkich oddziałów partyzanckich, a przede wszystkim do jednostek Armii Krajowej. Podjęto zatem konspiracyjną produkcję „gnatów” i granatów.

Strąpoć w Batalionach Chłopskich

Od 1942 roku Henryk Strąpoć także był żołnierzem polskiego podziemia. Ze względu na swoje chłopskie pochodzenie wstąpił jednak nie do Armii Krajowej, ale do – silnych i licznych w okolicy – Batalionów Chłopskich. Warto pamiętać, że ta formacja – dzisiaj nieco zapomniana i niesłusznie pomijana przez historyków – była drugą pod względem liczebności polską bojową organizacją konspiracyjną. W szczytowym okresie liczyła 170 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy i wystawiła 300 oddziałów działających w terenie. (intensywnie promowane i opisywane w ostatnich latach Narodowe Siły Zbrojne miały najwyżej 75 tys. żołnierzy – przyp. red.). Strąpoć był cennym nabytkiem dla Batalionów Chłopskich, bo wstąpił do organizacji uzbrojony – jako broni osobistej używał pistoletu swojej własnej konstrukcji.

Przyjął konspiracyjny pseudonim „Mewa” i został łącznikiem komendy BCh Obwód Opatów. Zajmował się także naprawami i obsługą broni wykorzystywanej w oddziale. Zapoznał się z działaniem i konstrukcją różnych pistoletów i karabinów. Potrafił dorobić i wymienić sprężynę, zamontować pazur wyciągu. Udało mu się także przerobić rewolwer na amunicję innego kalibru oraz – na zamówienie oddziału – skonstruować około 50 granatów lontowych. Jesienią 1942 r. – na prośbę dowództwa i w obliczu stałego braku broni maszynowej – przystąpił do pracy nad własnym peemem.

Do tego momentu nie zdołał zapoznać się z konstrukcją takiej broni, znał je tylko teoretycznie, być może widział też pistolety maszynowe MP-40 w rękach żołnierzy niemieckich. Rozwiązania techniczne wymyślał sam, opierając się na wizji pistoletu (krótkiego), który ma strzelać seriami i być zasilany amunicją pistoletową. Właśnie pistolety maszynowe były najbardziej pożądane przez konspiracyjne i partyzanckie oddziały podziemia, ze względu na swój niewielki rozmiar i dużą siłę ognia. Co ważne peemy typu Sten, czy MP-40, a później także polską konspiracyjną „Błyskawicę” dawało się (choć z trudem) ukryć pod płaszczem, czego w żaden sposób nie można zrobić z karabinem.

fot.domena publiczna, CC BY-SA 3.0 Nazwa Bechowiec powstała ze skrótu nazwy formacji Bataliony Chłopskie

„Mewa” urządził warsztat rusznikarski w kuźni swego brata. Lufę, której wykonanie w domowych warunkach jest najtrudniejsze, pozyskał ze starego karabinu kal. 7,9 mm rozwiercając ją i przystosowując do nabojów kal. 9 mm, bo były w tym czasie dość łatwe do pozyskania. Konstruktor wykonał także potrzebne narzędzia, takie jak rozwiertak, czy przebijak skrętny. Pierwszy egzemplarz broni maszynowej wykonał całkowicie ręcznie, przy czym praca przypominała raczej rzeźbienie w metalu, a nie mechaniczną obróbkę skrawaniem. Wiosną 1943 roku pistolet był gotowy, został przestrzelany i zaprezentowany komendantowi gminnemu BCh.

Kilka rozwiązań zastosowanych przez Strąpocia było wręcz genialnych, dziś powiedzielibyśmy „innowacyjnych”. Pistolet miał zamek zewnętrzny i wewnętrzny kurek, Strąpoć wymyślił i wykonał dostępny pod kciukiem przełącznik rodzaju ognia (pojedynczy/seryjny) połączony z bezpiecznikiem (dotąd bezpiecznik był w jednym miejscu broni, a przełącznik rodzaju ognia w innym). O tym, że konstruktor z Czerwonej Góry był prawdziwym wizjonerem świadczy fakt, że konstruktorzy polskiego PM-63 RAK, czy słynnego MP5 dopiero w latach 60. wpadli na podobne pomysły.

Pistolet maszynowy zbudowany przez Strąpocia był płaski i krótki, miał zaledwie 44 cm długości i wagę 2,43 kg. Po wyjęciu magazynka można go było wsunąć za pasek spodni i ukryć pod ubraniem. Magazynek był jednocześnie chwytem przednim i miał pojemność 32 nabojów (w innej wersji 36). Broń miała dużą szybkostrzelność, tzn. że „pluła ogniem”. Nadawała się do walki w bliskim dystansie, np. w lesie, w mieście.

Siewnik, który strzela?

Informacja o skonstruowaniu w warunkach konspiracyjnych pistoletu maszynowego dotarła do Jana Swata, pseudonim Orzeł, pracownika Zakładów Ostrowieckich, który przyjechał do Strąpocia, zapoznał się z bronią i „zakochał się w niej”. Zaoferował swoją pomoc techniczną i organizacyjną, bo dla podziemnego wojska najważniejsze było zwiększenie możliwości produkcyjnych. Leśne oddziały stale domagały się broni. Komenda obwodu opatowskiego BCh zajęła się koordynacją produkcji, do współpracy wciągnięto pracowników Zakładów Ostrowieckich, którzy mieli wykonywać na profesjonalnych maszynach najtrudniejsze detale. W książce Kazimierza Statory pt. Podziemne zbrojownie Polskie 1939-1944 wspomniano o wsparciu udzielonym przez inżyniera Jazgarza, który – chociaż niewtajemniczony w sprawę – podpisał zlecenie na wykonanie osłon lufy, które w dokumentacji opisano jako części do siewnika zbożowego. „Co to za siewnik, który będzie strzelał” – skomentował dyskretnie inżynier Jazgarz.

Polski orzeł wojskowy wz. 19 używany przez partyzantów BCh

Części były w tajemnicy wynoszone z fabryki i trafiały do Strąpocia, który montował z nich peemy, kalibrował i gwintował lufy oraz przekazywał broń do oddziałów. Pistolet składał się z 24 części. Na wiosnę 1944 roku gotowy był pierwszy, częściowo fabryczny pistolet, któremu nadano nazwę „Bechowiec” (od Bataliony Chłopskie). Z wykonanych w zakładzie części Strąpoć zbudował w sumie 11 pistoletów maszynowych. Rozpoczęto też produkcję kolejnych 20, ale nie udało się ich dokończyć do lipca, gdy Armia Czerwona dotarła do Wisły. Opatowskie stało się wtedy strefą przyfrontową i pojawiły się tu liczne oddziały Wehrmachtu mające zatrzymać „Iwanów”. W tej sytuacji, by nie wpaść Niemcom w oko, podziemną produkcję uzbrojenia wstrzymano.

Sam się dziwię, że byłem takim szaleńcem, aby podjąć się czegoś podobnego w warunkach konspiracyjnych, przy takich prymitywnych narzędziach. Siłą napędową był patriotyzm i młodzieńczy zapał. Dziś tylko wtajemniczony w tę historię może sobie uświadomić, ile ja, jako samouk, bez wykształcenia technicznego, musiałem się borykać rozwiązując kłopoty na drodze do bechowskiego peemu

– wspominał Strąpoć. Zdaniem ekspertów, rozwiązania zastosowane przez Strąpocia w „Bechowcu” pojawiły się 25 lat przed tym, zanim wykorzystały je fabryki broni maszynowej na całym świecie.

Z „Bechowcem” na akcję

Użytkownikiem broni był m.in. Henryk Strzelec, ps. Śmiały. Jego zdaniem „Bechowiec” nie ustępował technicznie brytyjskiemu Stenowi, ani niemieckiemu MP. Miał dużą celność, co zaobserwowano w jednym ze starć z Niemcami, w którym w ogóle nie było rannych, tylko zabici. Dwa „Bechowce” trafiły do oddziału Mieczysława Kazimierskiego „Orkana”, który 3 sierpnia 1944 roku zaatakował oddział żandarmerii niemieckiej i stoczył z nim bitwę pod Gryzikamieniem. Odział polski wyszedł ze starcia bez strat, zginęło sześciu Niemców, w tym pięciu oficerów.

Pomysły Strąpocia były inspiracją dla dwóch innych konstruktorów. Swój peeem „Bechowiec-2” zaprojektował i wykonał Jan Swat ps. Orzeł. Strąpoć odwiedzał Swata w czasie prac projektowo-konstrukcyjnych, pomagał mu i doradzał. W tym zespole konstrukcyjnym Swat miał przygotowanie teoretyczne (ukończył szkołę rzemieślniczo-techniczną), ale Strąpoć był praktykiem. Wykonano dwa pistolety „Bechowiec-2”, a w przygotowaniu były części do kolejnych 20 sztuk.

Swoją „maszynówkę” skonstruował także Edward Sitek, kolega Strąpocia ze szkoły, mieszkający w okolicy. Sitek także służył w BCh, nie miał swojego pistoletu maszynowego i zwyczajnie zazdrościł „Mewie”. Od 1941 roku prowadził zakład kowalski i znał się na obróbce metalu. W 1944 r. zapoznał się z konstrukcją „Bechowca”, Stena i MP oraz radzieckiej Pepeszy. Wykorzystując rozwiązania z tych pistoletów oraz konsultując się ze Strąpociem w sprawie rozwiercenia i gwintowania wykonał, w ciągu dwóch miesięcy, swój własny peeem. W lipcu 1944 roku został on przestrzelany, a Sitek przystąpił do pracy nad kolejnym.

Krzyż Batalionów Chłopskich – pamiątkowe odznaczenie przyznawane weteranom BCh

Dwa egzemplarze „Bechowca”, wykonane przez genialnego konstruktora Henryka Strąpocia, znajdują się w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Jeden z nich należał do dowódcy kieleckiego obwodu Armii Ludowej, pułkownika Mieczysława Moczara, po wojnie złowrogiego szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi i ministra spraw wewnętrznych. Bataliony Chłopskie podarowały jeden egzemplarz broni Moczarowi w podzięce za współpracę w działaniach bojowych przeciwko Niemcom.

Warto zauważyć, że przed 1939 rokiem Wojsko Polskie nie miało na swoim wyposażeniu pistoletów maszynowych. Dopiero w ostatnich miesiącach przed wybuchem wojny do jednostek trafiła seria próbna (licząca 36 sztuk) pistoletu MORS. Przed wojną zakupiono także około 100 sztuk PM Suomi, produkcji fińskiej.

Niestety, ani przed wojną, ani po wojnie polski przemysł zbrojeniowy nie odkrył Henryka Strąpocia, a z całą pewnością był to talent na miarę Michaiła Kałasznikowa czy Hugo Schmeissera. Szkoda, że w szkołach nie uczą dziś o tym niepospolitym konstruktorze. Szkoda także, że jego macierzysta organizacja konspiracyjna – Bataliony Chłopskie, stały się tematem niemodnym, niewygodnym i niepopularnym, o którym się nie pisze artykułów i nie wydaje książek.

Bibliografia

  1. K. Satora, Podziemne zbrojownie polskie 1939-1944, Dom Wydawniczy Bellona
  2. L. Erenfeicht, P.G. Krajewski, Bechowiec – zapomniany polski peem, w: magazyn Strzał. Magazyn o broni 9/2008
  3. Bogumił Karaszewski, Partyzancka broń. O uzbrojeniu Batalionów Chłopskich, LSW

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.