Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Niech żyje bal!

fot.Narodowe Archiwum Cyfrowe 1930. Bal sylwestrowy w Teatrze Wielkim, Warszawa. NAC

Rauty, dansingi i five o`clocki – w dwudziestoleciu międzywojennym potrafiono się bawić i robiono to stosunkowo często. Ogromną popularnością cieszyły się bale. Choć krytykowane przez tradycjonalistów, huczne zabawy szybko weszły tradycji Drugiej Rzeczypospolitej.

Czas karnawału otwierała huczna zabawa sylwestrowa. Bawiono się na wystawnych balach, w modnych restauracjach i rautach w prywatnych mieszkaniach.

Nie szata zdobi człowieka?

W latach dwudziestych na salonach królowały proste suknie wieczorowe, jak na owe czasy dość krótkie, najczęściej bez rękawów. Szyto je z lśniących lub matowych jedwabiów, które zdobiono błyszczącymi haftami i koralikami, najczęściej w formie poziomych zygzaków. Dół sukni często obszywano futrem lub formowano w ogony. Dominował kolor czarny – zarezerwowany dla mężatek. Młode dziewczyny unikały tego koloru przez jakiś czas jak ognia. Sytuacja zmieniła się w połowie lat dwudziestych za sprawą Coco Chanel i jej słynnej „małej czarnej”. Ten szalenie popularny model sukni szyto już z miękkich materiałów, posiadała prosty krój często z głębokim dekoltem i powiewną spódnicą.

Noszono wygodne buty na niskich obcasach, często wykonane z tego samego materiału co suknie. Przeważnie zapinane były na klamerki i obszywane złotymi nićmi.

fot.Narodowe Archiwum Cyfrowe Bal Prasy w Warszawie, 1925 rok.

Takie kroje sukien i modele butów były odpowiedzią na najbardziej popularne w owym czasie tańce: fokstrota, charlestona i shimmy. Strój nie mógł więc za bardzo krępować ruchów!

W latach trzydziestych królowały suknie w stylu gwiazd Hollywood: tzw. wężowa linia (krojona ze skosów) i krynolinka (gładka góra z szeroką, falbaniastą spódnicą). Na salonach królowały głębokie dekolty i odkryte ramiona, ale suknie były długie i zasłaniały nogi. Niektórzy przyjęli tę nową modę z wielką radością:

Nareszcie doczekaliśmy się powrotu długiej sukni i z radością widzimy, jak kroczy tryumfalnie połyskująca wszystkimi barwami tęczy i aniliny długa, powłóczysta, falująca i jak roztacza urok swej kobiecości. Jak uwodzi harmonją linii, miękkością każdego ruchu, gracją każdej pozy. Jak w delikatnym uścisku spowija biodra i jak wstydliwym ruchem zakrywa w bajecznych fałdach skarb kobiecych nóg. (…) Dosyć mamy tych obnażonych kończyn i dawno zblazowaliśmy się ich częstym widokiem. Żadnemu pokoleniu męskiemu od czasów jaskiniowca, nie było danem oglądać w swem życiu tylu nóg kobiecych, ile myśmy musieli się naoglądać przez ostatnie kilka lat. Nogi stały się zbyt popularne, zbyt banalne i dostępne dla oczu. Nogi utraciły swój czar, kobieta ważny atut w grze miłości, a mężczyzna wiele rozkosznych złudzeń. Stosunek mężczyzny do nóg kobiecych stał się po prostu koleżeński.

– pisał na łamach czasopisma „Świat” Stefan Norblin.

Dopełnienie stroju stanowiła biżuteria, jednak dbano, by nie byłą zbyt ostentacyjna.

Gust, dobry materjał, dobry krój i unikanie wszelkiej ekscentryczności, to są cechy znamionujące każdą osobę, z dobrego towarzystwa.

Męski strój nawiązywał do zasad wprowadzonych na przełomie XVIII i XIX wieku przez kontrowersyjnego Beau Brummella, zwanego również pierwszym dandysem:

Strój mężczyzny powinien być wykwintny w każdym szczególe, a jednocześnie tak spokojny i tak dobrze leżący, by człowiek ten wyglądał dystyngowanie bez zwracania uwagi swym strojem.

Na bale mężczyźni zakładali więc smokingi i fraki, do tego lakierowane pantofle. Dopełnieniem stroju był biały kwiatek w butonierce. Jeśli kogoś nie było stać na zakup eleganckiego stroju wieczorowego mógł skorzystać z wypożyczalni. Byłą to całkiem popularna praktyka!

Savoir-vivre

Bale były zjawiskiem stosunkowo nowym, zasady zachowania stały się więc ważną częścią licznych poradników:

Przed wejściem na salę balową mężczyzna powinien starannie zapiąć rękawiczki, poprawić biały krawat i przygładzić włosy. Dziś wchodzi się bez kapelusza w ręku, dawniej zaś w prawej ręce miało się szapoklak. (…) W ciągu całego balu nie zdejmuje się rękawiczek, choćby pękły, na wypadek dobrze mieć w zapasie drugą parę.

Kobietom na balach musieli towarzyszyć mężczyźni. Nie do pomyślenia było, by jakakolwiek kobieta pojawiła się na nich sama. Jeśli małżonek danego dnia był np. chory kobieta na bal wchodziła w towarzystwie przyjaciółki z jej mężem. Niezamężne kobiety przychodziły z matką lub ojcem, a czas na balu spędzały w towarzystwie przyzwoitki.
Zaraz przy wejściu wszystkie damy otrzymywały karneciki, w których następnie wpisywali się panowie, którzy zapraszali je w ten sposób do tańca.

fot.Narodowe Archiwum Cyfrowe Aktorka Mira Wiszniewska w 1937 roku

Mieczysław Rościszewski opisał tę praktykę w swoim poradniku:

Co do sposobu zapraszania do tańca, to kawaler zbliża się do damy i złożywszy jej ukłon, wypowiada swoje życzenie jak najgrzeczniej i jak najdelikatniej i niekiedy w formie komplementu. Np. »ośmielam kontredansa, którego mi pani przeznaczy, się zapytać« albo »czy do mazura mieć mogę pani pierwszego zaproszenia zaszczyt«. Do bliskiej znajomej mówi się: »racz jednego mi nie odmówić, pani, potańczenia ze sobą walca«. I tym podobne. Dama wymienia wolny taniec i zapisuje nazwisko tancerza w swoim karnecie.

Przed rozpoczęciem tańców dokonywano prezentacji – damy nie mogły bowiem tańczyć z obcymi mężczyznami. Uważano, by w czasie potańcówki nie spoufalać się za bardzo z partnerką. Niektóre zasady bywały absurdalne – mazura i kotyliona można było tańczyć jedynie z osobą, którą… widywało się często w zaprzyjaźnionych domach lub u której się bywało.

Jak widać w dwudziestoleciu potrafiono się bawić, choć pamiętajmy, że na wystawnych balach bywała w zasadzie jedynie elita. Życie pozostałej części społeczeństwa to zdecydowanie materiał na osobny artykuł. Albo dwa.

Bibliografia:

  1. I. Kienzler „Dwudziestolecie międzywojenne. Savoir-vivre”, Kolekcja „Dwudziestolecie międzywojenne”, tom 45,
  2. A. Sieradzka ‚Moda w przedwojennej Polsce’, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2013,
  3. M., J., Łozińscy „Bale i bankiety w Drugiej Rzeczypospolitej”, Prószyński i S-ka, 1998.

 

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.



Informujemy, że nasza strona może dostosowywać treści reklamowe do Twoich zainteresowań i preferencji. Aby to robić, potrzebujemy Twojej zgody na przechowywanie plików cookies oraz podobnych technologii w Twoim urządzeniu końcowym oraz na przetwarzanie danych w celach personalizacji treści marketingowych.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie, w tym poprzez profilowanie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. z siedzibą w Poznaniu (61-885), ul. Półwiejska 17/15 oraz naszych zaufanych partnerów, Twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach stosowanych w serwisie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. i zaufanych partnerów w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam w tym serwisie oraz w Internecie.

Pamiętaj, możesz w każdej chwili nie wyrazić zgody lub cofnąć zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Szczegóły dotyczące wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w ustawieniach.

Informujemy także, że poprzez korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień prywatności w Twojej przeglądarce wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania treści marketingowych i reklam.

Więcej informacji na temat zasad przetwarzania danych osobowych, w tym o Twoich uprawnieniach, znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.