Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Jak traktowano Polaków w carskich więzieniach?

Czego mogli spodziewać się Polacy, aresztowani przez carską Ochranę?

fot.Ilja Riepin/domena publiczna Czego mogli spodziewać się Polacy, aresztowani przez carską Ochranę?

Katowanie, bicie i poniżanie? A może… korzystanie z obojętności strażników i tworzenie własnej prasy? Wspomnienia skazanych dowodzą, że w więzieniach można było spodziewać się wszystkiego. Polacy wiedzą to najlepiej – w końcu to oni najczęściej tam trafiali.

W 1905 roku w więzieniach w Królestwie odsiadywało karę średnio 85 tysięcy Polaków, w roku następnym liczba ta wzrosła do 111,5 tysiąca, by nie zatrzymać się już ani na chwilę i w 1910 roku osiągnąć pułap 180 tysięcy. Inna statystyka. W 1905 roku w Warszawie wydano 3 wyroki śmierci, rok później było ich już 47, a w 1908 – 184.

W ciągu dziewięciu miesięcy 1908 roku w całej Rosji wydano 1304 (we Francji, Anglii, Hiszpanii – średnio 40) najwyższe wyroki, wśród których było aż 364 wyroków na Polakach, stanowiły więc 26,5%. Skala zjawiska ukaże się w pełnej krasie, gdy zwrócić uwagę, że Polacy stanowili w tamtym czasie zaledwie 6,3% całej populacji imperium.

Spirala przemocy

Liczby są przytłaczające, ale tak naprawdę na więzienną codzienność przekładało się to bardzo niejednoznacznie. Terror oczywiście rodził terror i w naturalny sposób skręcał się w spiralę wzajemnej przemocy – im więcej zamachów ze strony polskiej, tym większa brutalizacja Rosjan, a wraz z nią jeszcze więcej zamachów. Prawo zemsty działało w dwie strony, z których żadna ani myślała odpuścić. Narody jednak nie są masą, lecz zbiorem pojedynczych bytów – i to właśnie najlepiej było widać w ówczesnym carskim systemie penitencjarnym.

Jednym z więzień budzących największą grozę było to znajdujące się na ulicy Długiej w Łodzi. Wszystko za sprawą naczelnika "Grubego" (w środku).

fot.CC0 Jednym z więzień budzących największą grozę było to znajdujące się na ulicy Długiej w Łodzi. Wszystko za sprawą naczelnika „Grubego” (w środku).

W wielu miejscach warunki odbywania wyroków były całkiem cywilizowane, miejscami wręcz sielskie, ale równie często zdarzały się wypadki pospolitego sadyzmu. W łódzkim więzieniu przy ulicy Długiej – obecnie Gdańskiej – celował w tym na przykład niejaki „Gruby”, jak na ironię Polak nazwiskiem Modzelewski, którego metody dobrze zapamiętał Stanisław Martynowski:

Szczególnie straszny bywał po grubo przegranej w karty lub z powodu nieudanych wycieczek miłosnych. Z nahają w ręku, w otoczeniu kozaków lustrował cele, w których siedzieli więźniowie polityczni szczególnie przez niego znienawidzeni. Zabierał każdego kolejno do kancelarii, przymusem rozbierał do naga i swoją nahają zakończoną główką ołowianą katował. Był sadystą do tego stopnia, że nie oszczędzał nawet kobiet.

Przerażenie budzi też opis wykonywanych pod okiem „Grubego” egzekucji:

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.