Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Czy po pięciu latach wolności PRL mógł wrócić? Wybitny prawnik opowiada o największej aferze szpiegowskiej III RP

Afera Olina, czyli oskarżenie premiera Józefa Oleksego o współpracę z agentami KGB, doprowadziła do upadku rządu Oleksego.

fot.Jarosław Roland Kruk /CC-BY-SA-3.0 Afera Olina, czyli oskarżenie premiera Józefa Oleksego o współpracę z agentami KGB, doprowadziła do upadku rządu Oleksego.

Pod koniec grudnia 1995 roku było już wiadomo, że następnym polskim prezydentem zostanie kandydat z obozu postkomunistycznego. W tym samym czasie minister spraw wewnętrznych rzucił w Sejmie prawdziwą bombę – oskarżył premiera Józefa Oleksego o szpiegostwo. Jak zareagowały na te rewelacje elity polityczne?

Profesor Andrzej Zoll, wybitny polski prawnik konstytucjonalista, w pierwszej połowie lat 90. zasiadał w Państwowej Komisji Wyborczej i Trybunale Konstytucyjnym. W związku z zajmowanymi funkcjami miał okazję często współpracować z prezydentem Lechem Wałęsą. Obserwował również z bliska pierwszą zmianę władzy w Pałacu Prezydenckim. Wśród elit z byłej opozycji antysystemowej wybór kandydata obozu postkomunistycznego na nowego szefa państwa budził sporo obaw. Kiedy na dodatek na urzędującego premiera padło oskarżenie o szpiegostwo, sam profesor musiał zadać sobie pytanie: czy możliwy jest powrót do PRL? O swoich doświadczeniach z „aferą Olina” opowiada w rozmowie z Markiem Bartosikiem wydanej właśnie w formie książkowej pod tytułem „Od dyktatury do demokracji i z powrotem”.

A. Z.: Następna [moja przygoda z prezydentem Lechem Wałęsą] zaczęła się w dzień Świętego Mikołaja 1995 roku, już po wyborach przegranych przez Wałęsę z Aleksandrem Kwaśniewskim. Uważałem, że powinienem podziękować ustępującemu prezydentowi za współpracę, niezależnie od opisanych wcześniej incydentów. Umówiony byłem wieczorem. Przyjął mnie szef Kancelarii Prezydenta Stanisław Iwanicki. Poprosił, żebym chwilę zaczekał, bo u prezydenta jest Andrzej Milczanowski, ówczesny minister spraw wewnętrznych, z jakąś niezwykle ważną sprawą.

No i czekałem na prezydenta dosyć długo. Miałem okazję spokojnie rozejrzeć się po Pałacu Prezydenckim. Robił przykre wrażenie. Puste ściany, zwinięte dywany, spakowane pamiątki… Atmosfera tuż przed wyprowadzką.

Podejrzenie na Oleksego padło już po wyborach prezydenckich, w których Lech Wałęsa przegrał z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale jeszcze przed objęciem urzędu przez prezydenta-elekta.

fot.FORTEPAN / Erdei Katalin/CC BY-SA 3.0 Podejrzenie na Oleksego padło już po wyborach prezydenckich, w których Lech Wałęsa przegrał z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale jeszcze przed objęciem urzędu przez prezydenta-elekta.

Wreszcie wszedł do pokoju Lech Wałęsa. Przeprosił mnie, że tak długo czekałem, i powiedział: „Niech pan sobie wyobrazi, że Milczanowski mi tu taki pasztet przyniósł… Ja się muszę z panami spotkać w najbliższym czasie”. Mówił jeszcze o marszałkach Sejmu i Senatu, prezesach Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego.

M. B.: Wprowadził pana w jakieś szczegóły?

A. Z.: Chodziło o aferę Olina, czyli domniemaną współpracę premiera Józefa Oleksego z rosyjskim wywiadem. Prezydent opisał ją jednak bardzo ogólnie.

M. B.: Ale nazwisko Oleksego padło?

A. Z.: Tak.

M. B.: Problem został nazwany po imieniu?

A. Z.: Tak, oczywiście.

M. B.: Agenturalna działalność premiera na rzecz Rosji?

A. Z.: To prezydent powiedział jednoznacznie.

Dowiedz się, jak były prezes Trybunału Konstytucyjnego ocenia przemiany w Polsce:

M. B.: Jak pan to przyjął?

A. Z.: Byłem absolutnie wstrząśnięty. Tym bardziej że zdawałem sobie sprawę, że wybory z Lechem Wałęsą właśnie wygrał przedstawiciel formacji, z której pochodził premier Oleksy. Zacząłem zadawać sobie pytania, czy to nie oznacza bardzo szybkiego powrotu do PRL, po ledwo pięciu latach niepodległości. Dosłownie załamany wróciłem do siebie. Następnie 19 grudnia z Pałacu Prezydenckiego przyszło zaproszenie, bym wieczorem tam przyjechał.

M. B.: Między 6 a 19 grudnia upłynęło jednak mnóstwo czasu.

A. Z.: Coś się w tej sprawie działo, ale nie brałem w tym udziału.

M. B.: Miał pan jednak bardzo wtedy ekskluzywną wiedzę?

A. Z.:  Tak, ale wiedziałem, że została przeznaczona tylko dla mnie i paru innych osób. Nikomu o tym nie powiedziałem. Wieczorem 19 grudnia przyjechałem do Pałacu Prezydenckiego. W gabinecie prezydenta był już minister Milczanowski i te osoby, o których przed chwilą mówiłem. Przeczytano nam informację, którą Milczanowski następnego dnia przedstawił w Sejmie. Spytałem Lecha Wałęsę, czy prezydent elekt jest poinformowany o całej sprawie. Dostałem odpowiedź, że Władysław Bartoszewski, wtedy minister spraw zagranicznych, razem z ministrem Andrzejem Milczanowskim byli u Aleksandra Kwaśniewskiego.

W sprawie oskarżenia, które padło na Oleksego, w Pałacu Prezydenckim z nowym prezydentem spotykali się Władysław Bartoszewski, minister spraw zagranicznych, i Andrzej Milczanowski, minister spraw wewnętrznych.

fot.Diego Delso/CC BY-SA 3.0 W sprawie oskarżenia, które padło na Oleksego, w Pałacu Prezydenckim z nowym prezydentem spotykali się Władysław Bartoszewski, minister spraw zagranicznych, i Andrzej Milczanowski, minister spraw wewnętrznych.

M. B.: Przyjął pan jakąś interpretację tego, co się działo? Bo albo mieliśmy aferę szpiegowską na najwyższym szczeblu, albo próbę zamachu stanu. Między takimi domysłami się pan poruszał?

A. Z.:  Żadnej z tych możliwości nie dawało się wykluczyć. Natomiast dowody albo poszlaki, może tak to lepiej nazwijmy, które zostały przedstawione, były bardzo mocne. Dodatkowo prezydent obarczył mnie czymś, czego do dzisiaj nie umiem nazwać. Zobowiązał szefa prokuratury wojskowej, żeby co tydzień przesyłał mi informacje o postępach w śledztwie.

M. B.: Dziwne…

A. Z.:  I zupełnie pozaprawne. Zrozumiałem, że prezydent chciał się też w jakiś sposób zabezpieczyć.

M. B.: Próbował zrobić z pana notariusza, tak?

A. Z.:  Tak to odebrałem. Kiedy wyjeżdżałem z Pałacu Prezydenckiego, to na Krakowskim Przedmieściu były już tłumy dziennikarzy, czuli czy wiedzieli, że dzieje się coś dziwnego. Następnego dnia po przemówieniu Andrzeja Milczanowskiego w Sejmie sprawa stała się publiczna.

M. B.: Czy zgodnie z poleceniem prezydenta dostawał pan z prokuratury informacje o śledztwie?

A. Z.:  Jeden raz taką informację otrzymałem.

Przemówienie Andrzeja Milczanowskiego w Sejmie, podczas którego rzucił oskarżenie o szpiegostwo na premiera Oleksego, wywołało prawdziwą burzę.

fot.Kpalion/CC BY-SA 3.0 Przemówienie Andrzeja Milczanowskiego w Sejmie, podczas którego rzucił oskarżenie o szpiegostwo na premiera Oleksego, wywołało prawdziwą burzę.

M. B.: Aferę Olina i dzisiaj trudno jest uznać za wyjaśnioną do końca. Pan ją zrozumiał?

A. Z.:  Nie, nie mogę tego powiedzieć. Kiedy jednak wybuchła, przypomniałem sobie zdarzenie, do którego wcześniej nie przywiązywałem większej wagi. We wrześniu 1995 roku, a więc jeszcze przed wyborami prezydenckimi, byłem z delegacją Trybunału Konstytucyjnego w Ułan Bator. Wracaliśmy przez Moskwę, mieliśmy tam parę godzin czekać na samolot do Warszawy.

Na lotnisku był ambasador Stanisław Ciosek, zaprosił nas do ambasady. Po obiedzie poprosił mnie do swego gabinetu. Zadał mi pytanie, którym mnie zupełnie zaskoczył. Mianowicie, czy jest jakaś konstytucyjna możliwość odroczenia wyborów prezydenckich, żeby kadencja Wałęsy została przedłużona o rok. Wie pan… znałem przecież polityczne korzenie ambasadora, jego rolę w PZPR. Wiedziałem również, że Kwaśniewski, ideowo tak bliski Cioskowi, kandyduje jako rywal Wałęsy. Skomplikowane się to wszystko robiło.

Wytłumaczyłem ambasadorowi, że to jest konstytucyjnie w ogóle niemożliwe, bo przedłużenie kadencji prezydenta leży wyłącznie w rękach wyborców. On mi wtedy powiedział coś, czego nie umiem już wiernie powtórzyć, ale zrozumiałem, że dla bezpieczeństwa Polski byłoby niezwykle ważne, żeby Wałęsa jeszcze przez rok mógł być prezydentem. Nie mam żadnych mocnych powodów, żeby tę rozmowę łączyć z aferą Olina, ale chciałbym wiedzieć to, co wie w tej sprawie Ciosek.

Andrzej Zoll przyznaje, że aferę Olina do dzisiaj trudno uznać za ostatecznie wyjaśnioną. Czy była to największa afera szpiegowska III RP, czy próba zamachu stanu?

Andrzej Zoll przyznaje, że aferę Olina do dzisiaj trudno uznać za ostatecznie wyjaśnioną. Czy była to największa afera szpiegowska III RP, czy próba zamachu stanu?

M. B.: Mówmy otwarcie. Uważa pan za prowokację to, co mówił Milczanowski o Oleksym.

A. Z.:  Nie, nie, nie. Nigdy nie byłem politykiem, nigdy nie miałem nic wspólnego ze służbami specjalnymi, więc się zupełnie nie orientuję w metodach ich pracy. Może jestem bardzo naiwny, ale znam Milczanowskiego jeszcze z okresu pierwszej Solidarności jako niezwykle prawego człowieka.

M. B.: Ale z drugiej strony Lecha Falandysza też pan świetnie znał, a jednak…

A. Z.:  Tak, ale są pewne granice.

M. B.: To znaczy wierzy pan, że są?

A. Z.:  Dlatego zdecydowanie odrzucam możliwość nieuczciwej gry przez Milczanowskiego. Był na pewno absolutnie przekonany o autentyczności oskarżeń pod adresem Oleksego. Jednocześnie o ówczesnym premierze mówiono, że lubił wódeczkę, był bratem łatą, uwielbiał gadać. Te jego skłonności później, przy innej okazji, nazwane zostały „józioleniem”.

Gdy za komuny był pierwszym sekretarzem na Podlasiu, a przyjeżdżał towarzysz radziecki z Grodna czy z Brześcia, to się piło wódeczkę i się gadało. O różnych rzeczach, nikt tego nie traktował jako wyjawianie informacji tajnych. I na tej samej zasadzie Oleksy mógł rozmawiać z Rosjanami w czasach późniejszych.

Wywiad stanowi fragment książki Andrzeja Zolla i Marka Bartosika "Od dyktatury do demokracji i z powrotem", wydanej nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Wywiad stanowi fragment książki Andrzeja Zolla i Marka Bartosika „Od dyktatury do demokracji i z powrotem”, wydanej nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

M. B.: Jeżeli więc mówimy tu o prowokacji, to raczej domyśla się pan jej ze strony rosyjskiej?

A. Z.:  Raczej tak.

M. B.: A widzi pan może w tej aferze próbę utrzymania władzy przez Wałęsę mimo przegranej?

A. Z.:  Nie. Tym bardziej że kiedy we wrześniu rozmawiałem z Cioskiem w Moskwie, naprawdę nie było jeszcze pewne, że Kwaśniewski wybory wygra. Przecież nawet pierwsze komunikaty po zamknięciu lokali wyborczych mówiły, że to Wałęsa dostał więcej głosów.

M. B.: Mówimy tak dużo o prezydencie Lechu Wałęsie, wymieniamy nazwiska wielu jego współpracowników. Nie padło tylko nazwisko pierwszego szefa Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy Jarosława Kaczyńskiego.

A. Z.:  Może dlatego, że szefem był krótko. Niemniej i wtedy miałem z nim kontakt. Najpierw w sprawie Jerzego Breitkopfa, którego „oddałem” mu z Państwowej Komisji Wyborczej do Kancelarii Prezydenta. Trzeba dodać, że bracia Kaczyńscy zachowali się wobec tego świetnego urzędnika, ale obciążonego „garbem” pracy w peerelowskiej Radzie Państwa, bardzo przyzwoicie.

W pierwszej połowie lat 90. Andrzej Zoll zajmował stanowiska najpierw w Państwowej Komisji Wyborczej, a następnie w Trybunale Konstytucyjnym.

fot.Adrian Grycuk/CC BY-SA 3.0 W pierwszej połowie lat 90. Andrzej Zoll zajmował stanowiska najpierw w Państwowej Komisji Wyborczej, a następnie w Trybunale Konstytucyjnym.

Jak Jarosław przestał być szefem Kancelarii Prezydenta, a Lech kierować prezydenckim Biurem Bezpieczeństwa Narodowego, to ten ostatni został prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Ściągnął do siebie Breitkopfa, który pracował tam do końca swego życia zawodowego. Lech Kaczyński pokazał tu twarz człowieka potrafiącego współpracować z ludźmi aktywnymi politycznie w aparacie władzy PRL. Metodę przeciągania ich na naszą stronę zawsze uważałem za słuszną.

Nie było w tym czasie między mną a Jarosławem Kaczyńskim napięć, nawet współpracowaliśmy. Państwowa Komisja Wyborcza miała wtedy fatalne warunki lokalowe. Siedzieliśmy kątem w Kancelarii Prezydenta, przy Wiejskiej 10. A nasz model oparcia funkcjonowania komisji na pracy sędziów był bardzo ciekawy dla świata. Przyjeżdżało do nas wiele zagranicznych delegacji. Nie miałem ich gdzie przyjmować i Jarosław Kaczyński użyczał mi swojego gabinetu.

M. B.: Ale w tych konstytucyjnych starciach z Lechem Wałęsą nie uczestniczył?

A. Z.:  Nie. Zresztą, zostałem już prezesem Trybunału Konstytucyjnego, kiedy on poróżnił się z prezydentem Wałęsą. Konstytucyjnie zaczęliśmy się ścierać później.

Afera Olina była jednym z pierwszych wyzwań, z jakimi Aleksander Kwaśniewski musiał się zmierzyć jako prezydent RP.

fot.European University Institute/CC BY-SA 2.0 Afera Olina była jednym z pierwszych wyzwań, z jakimi Aleksander Kwaśniewski musiał się zmierzyć jako prezydent RP.

M. B.: Czy dla pana wygrana Aleksandra Kwaśniewskiego z Lechem Wałęsą, legendą Solidarności, była szokiem? Po pierwsze, jako dla obywatela, a po drugie, jako dla człowieka, który znał kulisty polityki i miał ponadstandardową wiedzę o aferze Olina.

A. Z.:  Aleksandra Kwaśniewskiego poznałem przy Okrągłym Stole, ale długo nie miałem z nim żadnych kontaktów. Pierwszy przypadł na przełom lat 1993 i 1994, kiedy o jego prezydenckich ambicjach jeszcze nic się publicznie nie mówiło. Szefował wtedy klubowi parlamentarnemu SdRP. W Trybunale Konstytucyjnym pojawił się wakat. SdRP, jako partia wtedy rozdająca karty, miała zgłosić kandydata na to miejsce.

W pewnym momencie nazwisko kandydata było już znane. Tymczasem w Trybunale Konstytucyjnym brakowało wśród sędziów specjalisty od bardzo ważnej dziedziny prawa, od prawa pracy. Kandydat zgłoszony przez SdRP był wybitnym prawnikiem, ale o specjalności już w naszym składzie reprezentowanej. Poprosiłem Aleksandra Kwaśniewskiego o rozmowę. Przyszedł do mnie, bo urzędowałem jeszcze w Sejmie. Przyjął moją argumentację w pełni.

Źródło:

Powyższy tekst stanowi fragment książki Marka Bartosika i Andrzeja Zolla pt. „Od dyktatury do demokracji i z powrotem”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Tytuł, lead, wstęp, ilustracje wraz z podpisami, wytłuszczenia oraz wyjaśnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji. Tekst został poddany podstawowej obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia częstszego podziału akapitów i oznaczenia stron rozmowy.

Dowiedz się, jak były prezes Trybunału Konstytucyjnego ocenia przemiany w Polsce:

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.



Informujemy, że nasza strona może dostosowywać treści reklamowe do Twoich zainteresowań i preferencji. Aby to robić, potrzebujemy Twojej zgody na przechowywanie plików cookies oraz podobnych technologii w Twoim urządzeniu końcowym oraz na przetwarzanie danych w celach personalizacji treści marketingowych.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie, w tym poprzez profilowanie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. z siedzibą w Poznaniu (61-885), ul. Półwiejska 17/15 oraz naszych zaufanych partnerów, Twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach stosowanych w serwisie przez Lubimyczytać.pl sp. z o.o. i zaufanych partnerów w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam w tym serwisie oraz w Internecie.

Pamiętaj, możesz w każdej chwili nie wyrazić zgody lub cofnąć zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Szczegóły dotyczące wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w ustawieniach.

Informujemy także, że poprzez korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień prywatności w Twojej przeglądarce wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania treści marketingowych i reklam.

Więcej informacji na temat zasad przetwarzania danych osobowych, w tym o Twoich uprawnieniach, znajdziesz w naszej Polityce Prywatności.