Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Moczygęby i opilce, czyli kultura picia w Rzeczpospolitej Obojga Narodów

Zdaniem wielu historyków szlacheckie pijaństwo stało się jedną z przyczyn upadku I Rzeczypospolitej.

fot.Włodzimierz Tetmajer /domena publiczna Zdaniem wielu historyków szlacheckie pijaństwo stało się jedną z przyczyn upadku I Rzeczypospolitej.

Zdaniem wielu historyków szlacheckie pijaństwo stało się jedną z przyczyn upadku I Rzeczypospolitej. Bez wątpienia miało ono duży wpływ na upadek obyczajów, ale najbardziej makabryczną formę przybrało dopiero w XVIII wieku.

Nie należy jednak zapominać, że we wspomnianym okresie tęgo piła cała Europa, a szlachta polska wcale nie odróżniała się pod tym względem od angielskiej, niemieckiej czy węgierskiej. Jak pisze znany angielski historyk George Macaulay Trevelyan, w XVIII-wiecznej Anglii pijaństwo rozpowszechniło się do tego stopnia, że nie uważano go za przywarę, a moraliści zarzucali arystokracji, że „przepija trzykrotnie więcej niż cudzoziemcy tego samego stanu gdziekolwiek na świecie”. Nie inaczej zachowywała się szlachta węgierska lub niemiecka, urządzająca trwające nawet po kilka tygodni pijatyki i uczty, w trakcie których biesiadnicy umierali z przepicia.

Dawni Polacy nie zwykli byli wylewać za kołnierz, jednak zgubną modę na gigantyczne pijaństwo wprowadzili u nas królowie z dynastii Wettynów. Nikt inny jak właśnie August II Mocny, władca europejskiej i oświeconej Saksonii, który uwielbiał popisywać się mocną głową, dał szlachcie przykład, że umiejętność pochłaniania ogromnych ilości alkoholu może być uznawana za cnotę i cel życia. Jego syn, ospały i gnuśny August III Sas, poświęcający się wyłącznie obżarstwu, dokończył niechlubnego dzieła rozpijania społeczeństwa, które brało przykład z zachowania monarchy.

Słaba wódka

(…) warto przypomnieć, jakie napitki cieszyły się w dawnej Polsce największym powodzeniem. Alkohole, które pijała szlachta w wiekach XVI–XVIII, były słabsze od dzisiejszych, więc ich niewielką moc rekompensowano sobie ilością pochłanianych trunków. Stąd właśnie wzięły się niektóre mity dotyczące pijaństwa w tamtych czasach.

W XVII wieku szlachcic musiał wypić dużo większą ilość wina czy gorzałki, niż pijamy dzisiaj, aby osiągnąć podobny efekt. Dla przykładu prosta wódka, czyli gorzałka, zwana łyktem, która pojawiła się w Rzeczypospolitej na początku XVI stulecia, zawierała zaledwie od 15 do 20 procent alkoholu! Droższe wódki miały od 20 do 35 procent, a najmocniejsza okowita – około 70 procent. Proste gorzałki przeznaczone były jednak przede wszystkim dla chłopów i mieszczan, choć nie gardził nimi hetman Mikołaj Potocki, który – jak powiadali złośliwi – przegrał bitwę pod Korsuniem z Kozakami dlatego, że… opił się gorzałką i nie był w stanie zapanować nad wojskiem!

Hetman Mikołaj Potocki – jak powiadali złośliwi – przegrał bitwę pod Korsuniem z Kozakami dlatego, że… opił się gorzałką.

fot.Wojciech Gerson /domena publiczna Hetman Mikołaj Potocki – jak powiadali złośliwi – przegrał bitwę pod Korsuniem z Kozakami dlatego, że… opił się gorzałką.

Szlachta lubiła wódki przepalane korzeniami, ziołami i owocami, a więc na przykład ratafię, kminkówkę czy anyżówkę. Jedną z najsławniejszych gorzałek była „złota wódka” wytwarzana w Gdańsku, do której dodawano zioła i korzenie, a także cukier oraz blaszki prawdziwego złota.

Święte piwo

Jednak najpowszedniejszym trunkiem było piwo – nieco słabsze i bardziej mętne od dzisiejszego. W Rzeczypospolitej pito je w ogromnych ilościach do każdego posiłku, gdyż zastępowało ono naszą herbatę. Za najlepsze uważano wareckie, o którym krążyły nawet legendy. Powiadano bowiem, że papież Klemens VII, który zasmakował w tym trunku, wzdychał na łożu śmierci: O santa piwa di Polonia, o santa biera di Warka („O święte piwo z Polski, o święte piwo z Warki”). Słysząc to, jego pokojowi modlili się do Świętej Piwy o pomoc dla ojca świętego. Oprócz Warki w Rzeczypospolitej działało wiele lokalnych browarów. I tak znano piwa: smolińskie, łowickie, końskowolskie, drzewickie, wąchockie, grodziskie, elborskie, lelowskie, biłgorajskie, jezuickie i wiele innych.

W Rzeczypospolitej pito piwo w ogromnych ilościach do każdego posiłku, gdyż zastępowało ono naszą herbatę.

fot.Włodzimierz Łuskina/domena publiczna W Rzeczypospolitej pito piwo w ogromnych ilościach do każdego posiłku, gdyż zastępowało ono naszą herbatę.

Sporym powodzeniem cieszył się miód. Za najprzedniejszy uważano lipiec, zaprawiany korzeniami, a także sławne miody kowieńskie. Prawdziwe jednak fortuny wydawali panowie bracia na wina, które strumieniami lały się podczas szlacheckich uczt i biesiad. Najsławniejsze były oczywiście wina węgierskie i mołdawskie, z tokajem na czele, hiszpańskie i francuskie, alikant, zwany tak od miejscowości Alicante w Hiszpanii, a także rywuła, czyli wino włoskie pochodzące z okolic miasta Rivoglio. Bardzo droga była małmazja – mianem tym określano słodkie trunki z Grecji, a nazwa wywodziła się od średniowiecznej nazwy portu (Malmasia), z którego sprowadzano te znakomite napitki do Wenecji. Co ciekawe, większość szlachty nie uważała małmazji za wino, tylko za zupełnie odrębny rodzaj trunku.

Czytaj też: Bandyterka bez grosza, czyli wojsko Rzeczpospolitej szlacheckiej

Szlacheckie biesiady

Życie szlachcica dostarczało rozlicznych okazji do wypitki i wybitki. Pito na sejmikach. Pito w karczmach w czasie podróży. Magnaci i szlachta wyprawiali uczty i biesiady, na których, w myśl staropolskiego przysłowia „zastaw się, a postaw się”, chcieli zaimponować sąsiadom liczbą potraw, wspaniałością złotej zastawy i – rzecz jasna – ogromną ilością beczek ze szlachetnymi trunkami wytaczanymi z piwniczki. Pito na chrzciny. Pito po pogrzebie. Pito na imieniny, na wesele, pito w obozach wojskowych.

Szlachecką biesiadę rozpoczynano od licznych toastów. Zwykle jako pierwszy wstawał gospodarz i pił zdrowie najznaczniejszego spośród gości, a potem po kolei zdrowie kolejnych biesiadników. Ponieważ wymagało to napicia się z każdym uczestnikiem i dobrego pijackiego treningu, często zdarzało się, że gospodarz dla zachowania świadomości do końca biesiady spełniał toasty wodą zabarwioną na czerwono, a nie winem.

Magnaci i szlachta wyprawiali uczty i biesiady, na których, w myśl staropolskiego przysłowia „zastaw się, a postaw się”, chcieli zaimponować sąsiadom ogromną ilością beczek ze szlachetnymi trunkami.

fot.Aleksander Orłowski /domena publiczna Magnaci i szlachta wyprawiali uczty i biesiady, na których, w myśl staropolskiego przysłowia „zastaw się, a postaw się”, chcieli zaimponować sąsiadom ogromną ilością beczek ze szlachetnymi trunkami.

Potem nadchodziła kolej na toasty gości – każdy kolejno pił zdrowie wszystkich najznamienitszych biesiadników, co trwało bardzo długo. Często po spełnieniu toastu tłuczono kielich lub szklenicę na znak, że po wypiciu zdrowia danego pana brata nie godzi się pić z niego na cześć innych szlachciców. Czasem strzelano do naczyń z pistoletów, ale szczytem dobrego tonu było rozbicie pucharu o własną głowę. Chcących jednak naśladować ów obyczaj uprzedzam, iż staropolskie kielichy przeznaczone do tłuczenia zwykle wykonane były z kryształu, który i tak często specjalnie nacinano w tym celu. Stłuczenie na łbie dzisiejszego naczynia ze zwykłego szkła doprowadzić może do poważnego zranienia głowy.

Czytaj też: J.A. Baczewski. Jedna z najbardziej wpływowych przedwojennych marek

Jak golono Hiszpany?

Na staropolskiej biesiadzie nie sposób było uchylić się od picia. Obowiązkiem dobrego gospodarza stawało się bowiem dopilnowanie, aby żaden z gości nie wrócił trzeźwy do domu. Każdy prawdziwy szlachcic był zadowolony, gdy rankiem dowiadywał się, że ten z gości zaległ pod stołem, ów wpadł w nocy do stawu, tamten zasnął na schodach, a dwaj inni wszczęli bójkę, w której poobcinali sobie uszy.

W czasie uczty służba bezustannie dolewała trunków do kielichów biesiadników. Nie pomagało schowanie naczynia pod stół – zdarzało się, że i tam siedzieli hajducy, którzy dolewali do pełna. Rzecz jasna, nie na wszystkich abstynentów potrzeba było tak wyrafinowanych sposobów. Czasami wystarczały tylko odpowiednie naczynia. I tak nie mógł się uchylić od picia szlachcic, któremu dano do ręki kulawkę – puchar bez nóżki. Nijak nie pomagało też odwrócenie do góry dnem kielicha zwanego „kubek w kubek”, który składał się z dwóch pucharów połączonych nóżkami. Często jedna z dwóch czasz była mniejsza – mówiło się wówczas, że to „kielich żony”, druga zaś uważana była w takim przypadku za „kielich męża”.

Oprócz wspomnianej kulawki i  kielicha „kubek w kubek” w XVII i XVIII wieku używano wielu innych naczyń do picia. Przede wszystkim były to różnej wielkości kieliszki, puchary i szklenice – tych ostatnich używano z reguły w karczmach i zajazdach. Duże, pojemne naczynia nazywano często hiszpanami lub garncami, natomiast małe kieliszki – kuśtykami. W XVIII wieku rozpowszechniły się puchary wiwatowe mieszczące często nawet do kilku litrów wina lub miodu. To właśnie nimi spełniali toasty wielcy pijanice.

Źródło:

Tekst stanowi fragment książki Jacka Komudy „Upadek. Jak straciliśmy Pierwszą Rzeczpospolitą” (Fabryka Słów 2025).

Komentarze

brak komentarzy

Dodaj komentarz

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.