Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Te morderstwa wstrząsnęły Państwem Podziemnym. Kto odpowiadał za śmierć wysokich oficerów Armii Krajowej?

Jedną z ofiar morderstw dokonanych 13 czerwca 1944 roku był Ludwik Widerszal.

fot.AldraW/CC BY-SA 3.0 Jedną z ofiar morderstw dokonanych 13 czerwca 1944 roku był Ludwik Widerszal.

13 czerwca 1944 roku w Warszawie doszło do potrójnego morderstwa. Jego ofiarami padli kierownik Wydziału Informacji Biura Informacji i Propagandy wraz z żoną oraz jeden z pracowników tej samej komórki. Czy to możliwe, że za zbrodnię odpowiedzialni byli inni działacze Armii Krajowej?

Był wczesny ranek, kiedy do mieszkania przy ul. Asfaltowej na warszawskim Mokotowie zapukało dwóch młodych ludzi. Gdy dr [Ludwik Nikodem] Widerszal – on bowiem był właścicielem lokalu – uchylił drzwi, naparli na nie barkami, weszli do środka i błyskawicznym, wielokrotnie przećwiczonym gestem wyciągnęli spod płaszczy pistolety.

Skazani na śmierć

Widerszal na moment zaniemówił, po chwili jednak odzyskał spokój. Napastnikami nie byli przecież Niemcy, lecz Polacy, a tych doktor nie musiał się obawiać. Był w końcu kierownikiem biura Wydziału Informacji i Propagandy, co lokowało go na całkiem wysokiej pozycji w stołecznej konspiracji. Wszystko to usiłował wytłumaczyć napastnikom, dodając, że niewątpliwie zaszła pomyłka.

Młodzi ludzie z pistoletami w rękach zdawali się jednak kompletnie ignorować status Widerszala w strukturach Armii Krajowej. Nie przebierając w słowach, oświadczyli, iż on i jego żona, jako Żydzi-komuniści, zostali skazani na śmierć, po czym wyprowadzili doktora do łazienki i jednym strzałem zabili. „Żonę doktora, będącą w ciąży, mordercy po krótkiej naradzie postanowili »ułaskawić «” – jak wspominał Stefan Matuszczyk „Porawa”.

Obydwaj zamordowani członkowie Biura Informacji i Propagandy mieszkali na warszawskim Mokotowie.

fot.Krzysztof Dobrzański/CC BY 2.0 Obydwaj zamordowani członkowie Biura Informacji i Propagandy mieszkali na warszawskim Mokotowie.

Mniej więcej w tym samym czasie inna grupa młodych ludzi zapukała do kolejnych drzwi, również na Mokotowie, tym razem przy ul. Odyńca. Tu scenariusz jednak nie powtórzył się. Z niejasnych powodów mężczyźni wyprowadzili parę lokatorów z mieszkania, nie pozwalając im się nawet kompletnie ubrać, wcisnęli ich do samochodu i w pośpiechu odjechali na północny zachód.

Nie wiadomo, co działo się podczas jazdy w wozie. Można jedynie domyślać się, że mężczyzna powtarzał mniej więcej tę samą mantrę co kilkadziesiąt minut wcześniej Widerszal. Jerzy Makowiecki – tak nazywał się porwany– również pełnił kierownicze funkcje w Biurze Informacji i Propagandy AK, był też prezesem Stronnictwa Demokratycznego i powszechnie szanowanym konspiratorem z piękną przeszłością m.in. w Polskiej Organizacji Wojskowej Piłsudskiego i odsiadką w Cytadeli w 1918 roku.

Na młodych ludziach i to jednak z pewnością nie zrobiło wrażenia, gdyż prawdopodobnie dobrze znali przeszłość Makowieckiego, a jeśli nie – niewiele ich ona obchodziła. W jego porwaniu nie było w każdym razie nic przypadkowego.

Zniknięcia Makowieckich w komendzie AK początkowo nie zauważono. Wszyscy byli na tyle wstrząśnięci morderstwem Widerszala, że najzwyczajniej nie zwrócono na to uwagi. I być może trwałoby to nawet dłużej, gdyby następnego dnia na biurku kierownika referatu 993/P Zygmunta Iwickiego nie zadzwonił telefon.

Dzwoniono ze współpracującego z AK posterunku policji w Babicach z informacją, iż pewien chłopiec, ganiając po okolicznych zagajnikach, był przypadkowo świadkiem sceny rozstrzelania mężczyzny i kobiety przez dwóch młodych ludzi i zakopania ich zwłok. Była wojna i trupów chłopiec musiał widzieć już sporo, podobnie jak rozstrzelań, to jednak przykuło jego uwagę z dwóch powodów. Strzelali Polacy, a nie Niemcy, a po drugie – zabita kobieta była w bieliźnie.

„»Józef« w obecności Iwickiego i komendanta posterunku policji w Babicach przeprowadził ekshumację zamordowanych” – pisze dalej „Porawa”. – „Na podstawie rysopisów stwierdził z całą pewnością, że są to zwłoki inż. Makowieckiego i jego żony. Ponadto ustalił, że kobieta była ubrana w nocną bieliznę, a na nogach miała tylko jeden ranny pantofel”.

Na tropie „Żydo-komuny w szeregach AK”

Po tych dwóch morderstwach szybko powiązano fakty i ustalono, że tym, co łączy Widerszala i Makowieckiego, oprócz pracy w BIP-ie, jest obecność ich nazwisk w tajemniczej broszurze kolportowanej od końca 1943 roku w Warszawie, a zawierającej spis kilkudziesięciorga ludzi – ich nazwiska, pseudonimy, adresy i funkcje, które pełnili w Armii Krajowej. Broszura zatytułowana była: Żydo-komuna w szeregach K. Gł. AK i wzywała, by w związku ze zbliżaniem się Armii Czerwonej „oczyścić” owe szeregi z tejże „Żydo-komuny”, przy czym słowa „Żyd” i „komunista” były w rozumieniu autorów synonimami.

Zarówno Widerszal, jak i państwo Makowieccy zostali rozstrzelani.

fot.marek7400/CC BY 3.0 Zarówno Widerszal, jak i państwo Makowieccy zostali rozstrzelani.

Kiedy 11 marca 1944 roku w mieszkaniu przy ul. Okólnik zamordowano Jana Czarnomskiego – kolejnego człowieka z listy – nikt nie miał już wątpliwości, jakim tropem musi toczyć się śledztwo. Jak na razie jednak jedynym punktem zaczepienia był zielony samochód marki Ford, którym – jak wynikało z zeznań świadków – każdorazowo poruszali się sprawcy. Śmierć Widerszala była kompletnym szokiem dla dowództwa Armii Krajowej i Delegatury Rządu na Kraj, ale rozstrzelanie Makowieckiego – już nie do końca.

Jego lewicowe sympatie były ostentacyjne nawet na tle zasadniczo lewicowego BIP-u, a kiedy wiosną 1944 roku inżynier opublikował w periodyku Stronnictwa Demokratycznego „Nowe Drogi” artykuł wzywający do złagodzenia antysowieckiego kursu podziemia, dla wielu stał się potencjalnym materiałem na rosyjskiego szpiega  – tym niebezpieczniejszego, że ulokowanego wysoko w strukturach konspiracji. Nic też dziwnego, że warszawski kontrwywiad AK wziął Makowieckiego pod lupę, a kontrwywiad NSZ wręcz pod mikroskop.

Co ciekawe, komórki obu nieprzepadających za sobą organizacji podjęły nawet pod tym względem współpracę. Janusz Marszalec doszukał się na przykład aż czterech raportów kontrwywiadu z tamtego okresu, opisujących BiP jako sowiecką agenturę, z których jeden ewidentnie opierał się na materiałach NSZ. Wszystkie utrzymane były w tonie bardzo poważnych oskarżeń, choć niepopartych właściwie żadnym materiałem dowodowym. Przykładowo – nieznany z nazwiska agent kontrwywiadu „Nr 1” donosił między marcem a czerwcem 1944 roku:

Konkretnie „Nr 3” [NN – przyp. aut.] występuje w sposób zdecydowany przeciwko zastępcy szefa BiP-u  „Tomasza” (Jerzy Makowiecki), jak i kilku innych osób żydowskiego pochodzenia zajmujących kierownicze stanowiska w najważniejszych referatach tej instytucji, które wspólnie tworzą zaufaną klikę ludzi mających w swym ręku najważniejsze nici roboty politycznej AK i łączność z Nacz[elnym] Dow[ództwem] w Anglii.

Makowiecki został uznany za podejrzanego przez swoją działalność w ramach Klubu, a później Stronnictwa Demokratycznego.

fot.Darwinek/CC BY-SA 3.0 Makowiecki został uznany za podejrzanego przez swoją działalność w ramach Klubu, a później Stronnictwa Demokratycznego.

Grupa ta, dysponując zaufanymi łącznikami („Hanka” Rosen), jest doskonale zgrana, dobrze się maskuje i jest prawie niemożliwą rzeczą w obecnych konspiracyjnych warunkach rozszyfrowanie lub udowodnienie im działania przestępczego, względnie na szkodę interesów Polski.

Szef BiP-u, pułkownik Jan Rzepecki „Prezes”, doskonale zdawał sobie sprawę z faktu inwigilowania jego komórki przez kontrwywiad. Jednak mógł tylko zaprotestować. Już w czasie powstania, 24 sierpnia 1944 roku, po zapoznaniu się z aktami śledztwa napisał:

Po przeczytaniu ustępów dotyczących pracy BiP opadły mi ręce. Stwierdzam, że zawiera ono taki stek plotek, domysłów i głupstw, że prostowanie ich zajęłoby mi zbyt wiele czasu (…). Nie mogąc zajmować się polemiką z obfitymi, a nieodpowiedzialnymi raportami różnych K[ontr] W[ywiadów], proszę o wpłynięcie na nie, aby zmieniły metodę pracy. Mam podstawy do twierdzenia, że K[ontr] W[ywiad] nie zaprzestał tropienia w BiP-ie Żydów, masonów i komunistów i w ten wysoce nieinteligentny sposób uprawia nadal ten sport.

Kto zlecił zabójstwo?

I rzeczywiście, mimo lewicowych sympatii ani inż. Makowiecki, ani tym bardziej dr Widerszal z całą pewnością nie byli sowieckimi agentami i nikt, mimo kilkudziesięciu lat głowienia się nad tą sprawą, nie znalazł choćby śladu obciążających ich w jakikolwiek sposób materiałów. Kto więc zlecił ich zabójstwo? Bo że było to morderstwo na zlecenie, nikt nie miał wątpliwości od początku, a ostateczną pewność zyskano, gdy, praktycznie przypadkiem, schwytano sprawców.

Szef BiP-u, pułkownik Jan Rzepecki „Prezes”, doskonale zdawał sobie sprawę z faktu inwigilowania jego komórki przez kontrwywiad.

fot.domena publiczna Szef BiP-u, pułkownik Jan Rzepecki „Prezes”, doskonale zdawał sobie sprawę z faktu inwigilowania jego komórki przez kontrwywiad.

Byli to żołnierze AK z oddziału Andrzeja Sudeczki (wł. Andrzej Popławski) – wmanewrowani przez dowódcę również w praktyki bandyckie, napady i inne zbrojne fuchy niezatwierdzone przez wyższe dowództwo. Janusz Marszalec wyklucza ich świadomą winę. Owszem, byli groźni, prawdziwe z nich zakapiory, ale nie na tym poziomie, by bawić się w politykę.

Popławski zginął niestety podczas aresztowania, nie mógł więc zdradzić swoich mocodawców. Jednak dzięki sprawdzeniu dokładnie wszystkich tropów – sprawa była priorytetowa – śledczym udało się w końcu dotrzeć do zleceniodawców zabójstwa osób umieszczonych na liście. Wbrew oczekiwaniom nie działali oni w którejś z komórek NSZ ani nawet narodowo zorientowanej części AK. Była to – jak określił Andrzej Kunert  – „skrajnie prawicowa grupa mafijna, posługująca się kilkoma osobami tkwiącymi w strukturze kontrwywiadu AK i Delegatury Rządu”. A mówiąc konkretnie: w jej skład wchodzili Witold Bieńkowski, Władysław Jamontt i Władysław Niedenthal.

Kim byli? Trudno wyobrazić sobie bardziej niedopasowaną grupę ludzi. Bieńkowski to typowy polityk, zaangażowany w konspirację, pracujący w Delegaturze Rządu na Kraj, ale ewidentnie wykorzystujący okupacyjną sytuację dla realizacji własnych ambicji. Owszem, był pomysłodawcą i szefem tak pożytecznej i zasłużonej komórki jak Referat Żydowski Komendy Głównej AK, ale, jak podkreślają badacze, służył on raczej do poprawy wizerunku i ułatwienia kontaktów z Rządem niż do realizacji spraw żydowskich, którymi w zasadzie się nie zajmował.

Artykuł stanowi fragment książki Wojciecha Lady "Bandyci z AK", wydanej nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont.

Artykuł stanowi fragment książki Wojciecha Lady „Bandyci z AK”, która została wydana nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont.

Bieńkowski był też niewątpliwie politykiem prawicowym (niektórzy twierdzą, że skrajnie), ale miał ten typ osobowości, dla którego ideologia jest jedynie trampoliną do kolejnych szczebli kariery. Jak po wojnie zeznał przed sądem Adam Leszczyc-Gutowski, łącznik między Jamonttem a oddziałem Sudeczki, Bieńkowski był „zwolennikiem przeprowadzenia czystki w AK z punktu widzenia skrajnej prawicy”.

I to prawdopodobnie zbliżyło go do zadeklarowanego narodowca Władysława Jamontta – oficera kontrwywiadu AK. Postaci ciekawej, mającej też chyba duże ambicje polityczne, ale jednocześnie sztywniejszy kurs ideologiczny. Jamontt był członkiem ONR, w konspiracji jednak przystąpił do AK – początkowo do oddziałów dywersyjnych, później znalazł się w kontrwywiadzie. Co ciekawe, odpowiadał tam za infiltrację bliskiego sobie środowiska NSZ, co pozwala postawić pytanie, czy nie działał jednak na dwa fronty.

Trzeciej wreszcie postaci, Władysława Niedenthala, zdaje się nie łączyć z powyższą dwójką zupełnie nic. Owszem, Niedenthal również pracował w kontrwywiadzie, był jednak zadeklarowanym syndykalistą, co stawiało go całkiem dosłownie po przeciwnej stronie barykady.

Obsesja na punkcie wrogich agentów

Jedyną, dość mizerną nicią porozumienia między nim a pozostałymi członkami grupy mógł być krytyczny stosunek do układów na szczytach konspiracyjnej hierarchii, a mówiąc wprost: częsta choroba konspiratorów  – obsesja na punkcie wrogich agentów. Wspominał o tym Władysław Bartoszewski: „W jednej z rozmów w końcu 1943 roku lub w początku 1944 »Karol« utyskiwał na krzewienie się złych obyczajów w podziemiu, wyraził nawet pogląd, że nawet centralne komórki podziemia nie są wolne od wtyczek gestapowskich. Zapytał mnie, czy zdaję sobie sprawę, że nawet w BiP-ie mogą istnieć takie wtyczki”.

W 1944 roku nawet w centralnych, warszawskich oddziałach Armii Krajowej zaczęło się polowanie na agentów, zarówno niemieckich, jak i sowieckich.

fot.Stefan Bałuk/domena publiczna W 1944 roku nawet w centralnych, warszawskich oddziałach Armii Krajowej zaczęło się polowanie na agentów, zarówno niemieckich, jak i sowieckich.

Jedni szukali więc komunistów, drudzy faszystów, a wszyscy razem Żydów i masonów – całkiem poważnie, gdyż Makowiecki istotnie masonem był. Prawda jest taka, że sprawy morderstwa Widerszala i Makowieckich ostatecznie nie udało się rozwikłać. Wspomniany tercet z pewnością był winny i to oni zlecili zabójstwa oddziałom Sudeczki, ale który z mężczyzn konkretnie to zrobił, czy działali sami, czy z czyjegoś polecenia, wreszcie: jaki naprawdę był motyw morderstwa – tego  do dziś nie wiadomo. Prawdopodobnie chodziło po prostu o przesunięcie w prawo politycznego ciężaru tak ważnej komórki, jaką było Biuro Informacji i Propagandy AK. To jednak tylko hipoteza.

Ale, rozwiązana czy nie, cała ta sprawa skupia jak w soczewce atmosferę, jaka zapanowała w Armii Krajowej pod koniec wojny, a którą najlepiej opisał Jan Rzepecki: „Zaczęło się tępienie »Żydów w BiP«. W podziemiu zrobiło się duszno, jak nigdy przedtem”. Jeśli na salonach konspiracyjnych władz strzały odzywały się jednak epizodycznie, to w terenie w czasie, kiedy ginęli Widerszal i Makowiecki, od dawna trwała już regularna wojna polsko-polska. Z jeńcami, bitwami, chwilowymi sojuszami, rozejmami i całkiem długą listą zbrodni wojennych.

Źródło:

Powyższy tekst stanowi fragment książki Wojciecha Lady pt. Bandyci z Armii Krajowej, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Tytuł, lead, ilustracje wraz z podpisami, informacje i wyjaśnienia w nawiasach kwadratowych, wytłuszczenia oraz śródtytuły pochodzą od redakcji. Tekst został poddany podstawowej obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia częstszego podziału akapitów. By zachować integralność tekstu, usunięto z niego przypisy znajdujące się w wersji książkowej.

Komentarze (1)

  1. AUTOR Odpowiedz

    Nie żebym się od razu czepiał, ale fotografia ilustrująca „warszawski Mokotów” przedstawia w rzeczywistości wspaniałą kamienicę Adama Bromkego, która miała aż trzy elewacje frontowe od Bagateli, ronda Mokotowskiego i alei Szucha.

    Rondo Mokotowskie (dawniej: Rondo Keksholmskie) to nic innego jak dzisiejszy plac Unii Lubelskiej. Kiedy w latach 1911-12 budowano tę siedmiopiętrową kamienicę w stylu wczesnego modernizmu, były z niej piękne widoki na Pole Mokotowskie, gdzie wytyczano właśnie lotnisko, jak i na „pola mokotowskie”, gdzie stawiano dopiero pierwsze niewielkie domy murowane.

    Kamienica pod adresem Bagatela 14 zawsze była i jest w Śródmieściu, a istniejące do dziś na placu Unii rogatki były bramą do miasta od południa, a zatem, również od wsi Mokotowo. Rosjanie nie pozwalali włączyć jej do miasta z powodów militarnych. Zrobili to dopiero Niemcy w 1916 roku.

    Istniała już wówczas niewielka uliczka Asfaltowa. Swą nazwę zawdzięcza nawierzchni, którą ją obdarowano. Po Mazowieckiej była to druga ulica w Warszawie, na której położono asfalt.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.