Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Niegodni, by żyć. Tak Niemcy eksterminowali pacjentów polskich szpitali psychiatrycznych

Mali pacjenci zakładu psychiatrycznego w Chełmie na zdjęciu z 1936 roku. Dla niemieckich zbrodniarzy nie byli oni "godni, aby żyć".

fot.domena publiczna Mali pacjenci zakładu psychiatrycznego w Chełmie na zdjęciu z 1936 roku. Dla niemieckich zbrodniarzy nie byli oni „godni, aby żyć”.

Niepełnosprawne dzieci wywożono do lasów pod pozorem „wycieczek”. Dorosłych mordowano drewnianymi pałkami lub strzałem w tył głowy. Jedyną ich „zbrodnią” było to, że uznano ich za zbyt ułomnych, by wolno im było żyć.

Eksterminację osób niepełnosprawnych umysłowo rozpoczęto w III Rzeszy jeszcze przed wybuchem wojny. W pierwszej kolejności zbrodnicza akcja objęła niemieckich pacjentów, zwłaszcza zaś niepełnosprawne dzieci. W przeciągu trzech lat zostanie zamordowanych ponad 70 000 osób. Tym samym zbrodniczym procederem niemal natychmiast objęto także Polaków z ziem włączonych do Rzeszy w następstwie kampanii wrześniowej.

Władze okupacyjne pozbyły się polskich kierowników szpitali psychiatrycznych, mianując na ich miejsce Niemców. Zwolniono również część personelu zajmującego się opieką nad chorymi, ograniczono stosowanie leków oraz wydano zakaz zwolnień ze szpitali. Następnie sporządzone zostały listy pacjentów przeznaczonych do „ewakuacji”.

Kazałem chorym wysiadać pojedynczo

Eksterminację polskich niepełnosprawnych przeprowadzano często w tych samych miejscach, w których ginęły ofiary akcji przeciwko naszej inteligencji. W Lesie Szpęgawskim zamordowano pensjonariuszy zakładu psychiatrycznego w Kocborowie koło Starogardu Gdańskiego. W licznych egzekucjach, przeprowadzanych od września do końca 1939 roku, zastrzelono tam ponad 1200 chorych. Niemiecka machina śmierci działała nader sprawnie również w początkach roku 1940.

W ramach akcji „T4” zamordowano dziesiątki tysięcy obywateli III Rzeszy. Podobny los czekał niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo Polaków. Zdjęcie i podpis z książki "Bilans krzywd".

fot.materiały prasowe W ramach akcji „T4” zamordowano dziesiątki tysięcy obywateli III Rzeszy. Podobny los czekał niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo Polaków. Zdjęcie i podpis z książki „Bilans krzywd”.

W styczniu zamordowano w tym samym miejscu około 700 pacjentów zakładów psychiatrycznych ze Świecia nad Wisłą i Gniewu. Wśród nich było 120 niepełnosprawnych dzieci, które wywieziono do lasu pod pozorem wycieczki. Według doniesień świadka egzekucji maluchy wypuszczono na polanę i strzelano do nich jak do zwierzyny na polowaniu.

Ponad 200 pacjentów szpitala psychiatrycznego z Chojnic zostało zastrzelonych około 1,5 kilometra od miasta na tzw. Polach Igielskich.

Metodę likwidacji niepełnosprawnych opisał jeden z oprawców, SS-Sturmbannführer Kurt Eimann. Podległy mu oddział przeprowadzał egzekucje pacjentów pomorskich szpitali w lasach koło Wielkiej Piaśnicy.

Ciężarówki odjechały (…) na około 50 metrów od miejsca egzekucji. Towarzyszyłem transportowi. Tam kazałem chorym wysiadać pojedynczo. Za każdym razem dwóch esesmanów odprowadzało chorego na brzeg dołu, trzeci szedł za nim z pistoletem P08. Na brzegu dołu trzeci esesman strzelał choremu z pistoletu w kark, tak że wpadał do dołu. Ta procedura powtarzała się po kolei ze wszystkimi chorymi z transportu. Pluton trzech esesmanów zmieniał się przez cały czas. Kiedy tylko padał strzał, następna grupa ruszała w kierunku dołu.

Istnieją relacje mówiące o zabijaniu niepełnosprawnych Polaków drewnianymi pałkami nad brzegiem dołów śmierci. Dających znaki życia ludzi dobijano z broni strzeleckiej bądź przysypywano ziemią, aby się podusili.

Ciała ofiar skręcały się konwulsyjnie

Na terenie Kraju Warty akcją zabijania pacjentów szpitali psychiatrycznych zajmowała się specjalna jednostka Tajnej Policji Państwowej „SS-Sonderkommando Lange”, nazwana tak od dowódcy, SS-Hauptsturmführera Herberta Langego. Formacja ta wchodziła w skład znanej nam już Einsatzgruppe VI.

Eksterminacją objęto pacjentów placówek w Owińskach koło Poznania, Dziekance koło Gniezna, Kościanie, Kochanówku koło Łodzi, Warcie, Gostyninie, pacjentów szpitala w getcie w Łodzi i zakładów opieki społecznej w Bojanowie, Osiecznej i Śremie.

Jako pierwszych zlikwidowano około tysiąca pacjentów szpitala w Owińskach. Przewieziono ich do obozu koncentracyjnego zorganizowanego przez Niemców w Forcie VII w Poznaniu, gdzie znajdowała się prowizoryczna komora gazowa. Wywiezieniu pensjonariuszy z terenu zakładu towarzyszyły płacz i przerażenie chorych oraz brutalne, gardłowe okrzyki nadzorujących cały ten proces esesmanów.

Właśnie w tym budynku przed wojną mieścił się zakład psychiatryczny w Owińskach.

fot.Rzuwig/CC BY 3.0 Właśnie w tym budynku przed wojną mieścił się zakład psychiatryczny w Owińskach.

Jedna z polskich pielęgniarek tak to wspominała:

W baraku byli chorzy niedołężni, często niemogący chodzić, trzeba było ich do samochodu wnieść. Przy samochodzie chorych odbierali od nas żołnierze w mundurach SS, (…) którzy chorych do samochodu wręcz wrzucali, nie licząc się z tym, że chorzy mogą doznać szkody, albo skaleczyć się. (…) Widziałam wywożone dzieci. Najmłodsze wynoszone były z oddziału po kilka w koszu na bieliznę, SS-mani kosze te wrzucali do samochodu.

Polski lekarz Zdzisław Jaroszewski w podobny sposób zapamiętał przebieg „ewakuacji” zakładu:

Ostatnią partię stanowiły dzieci. Te wyrywano nieraz płaczące z rąk pielęgniarek i wrzucano do wozów bez najmniejszych względów, przez szpary samochodów wypadały ręce i nogi dziecięce, na co SS-mani nie zawracali żadnej uwagi.  

Niepełnosprawnych przewożono na krytych brezentem skrzyniach ładunkowych ciężarówek. Wcześniej polecano im przebrać się w normalne ubrania, aby ze względu na szpitalną odzież nie rzucali się w oczy postronnym obserwatorom.

Konzentrationslager Posen – Obóz Koncentracyjny Poznań. Napis nad wejściem do Fortu VII.

fot.Radomil/GFDL 1.2 Konzentrationslager Posen – Obóz Koncentracyjny Poznań. Napis nad wejściem do Fortu VII.

Komora gazowa umieszczona w jednym z bunkrów Fortu VII mogła pomieścić do 50 osób. Niepełnosprawnych wprowadzali do pomieszczenia osadzeni w forcie polscy więźniowie, następnie uszczelniali oni drzwi gliną, a dyżurujący esesman otwierał zawór butli z tlenkiem węgla, który metalową rurą wtłaczany był do bunkra. We wnętrzu takiej komory zazwyczaj dochodziło do nieludzkich scen:

Ludzie (…) wpadali w panikę. Wpuszczanie bezwonnego, niewidocznego gazu instynktownie niepokoiło ich. Tlenek węgla działał bez ostrzeżenia. Prawie nikt nie wiedział, co się dzieje. Niektórzy miotali się, krzyczeli w panicznym lęku. Pchali się do wyjścia i walili pięściami w drzwi. Potem następowało powolne duszenie. Zamknięci w komorze z trudem chwytali powietrze.

Każda z ofiar miała podobne objawy: serce zaczynało walić, krew pulsowała w skroniach, ból głowy wzmagał się, zaczynały się zawroty głowy, widzenie stawało się zamglone. To wszystko działo się w przeciągu kilku minut: mięśnie odmawiały posłuszeństwa, kończyny wykazywały objawy paraliżu, tlenek węgla blokował absorbcję tlenu we krwi, wreszcie organizm słabł. Ciała ofiar skręcały się konwulsyjnie w ostatnim paroksyzmie śmiertelnej walki. Komora gazowa zasłana była ekskrementami i wymiocinami.

W niektórych przypadkach przed zagazowaniem lekarze niemieccy aplikowali niepełnosprawnym środki uspokajające. Dzięki temu biernie i apatycznie poddawali się oni swojemu losowi.

Schron numer 17 na trenie Fortu VII w Poznaniu. To właśnie tam w czasie okupacji Niemcy zamordowali pacjentów ze szpitala w Owińskach.

fot.Radomil/GFDL 1.2 Schron numer 17 na trenie Fortu VII w Poznaniu. To właśnie tam w czasie okupacji Niemcy zamordowali pacjentów ze szpitala w Owińskach.

Zwłoki osób zagazowanych w bunkrze Fortu VII więźniowie ładowali na ciężarówki. Wywożono je do Lasów Rożnowskich w sąsiedztwie Obornik Wielkopolskich, gdzie były chowane w masowych grobach, które następnie maskowano trawą i krzewami.

„Kaiser’s Kaffee-Geschäft”

Następnie przyszła kolej na eksterminację pacjentów szpitala w Dziekance. Historia ich zagłady wiąże się z haniebną postawą ówczesnego polskiego dyrektora tego zakładu, doktora Wiktora Ratki. Podpisanie volkslisty umożliwiło mu pozostanie na stanowisku. Ratka ujawnił wówczas swój dwulicowy charakter. Nie dość, że szykanował dawnych podwładnych, na każdym kroku dając im do zrozumienia, że są w szpitalu niepożądani, to jeszcze osobiście wskazywał pacjentów przeznaczonych do uśmiercenia. W późniejszym czasie wstąpił do SA oraz NSDAP i został jednym z ekspertów do spraw akcji „T4” w berlińskiej centrali przy Tiergartenstrasse.

Oprawcy z komanda śmierci SS-Hauptsturmführera Langego na upośledzonych pensjonariuszach Dziekanki przetestowali nowy sposób zabijania. Posłużyły im do tego mobilne komory gazowe. Były to specjalnie skonstruowane samochody ciężarowe, tzw. Sonderwagen, przypominające meblowozy. Ich tylna część ładunkowa obita była wewnątrz mosiężna blachą, uszczelniona filcem i zaopatrzona w instalację doprowadzającą tlenek węgla z butli.

Znacznie skróciło to proces „dezynfekcji”, ponieważ chorych po prostu uśmiercano w drodze ze szpitala do miejsca pochówku. Samochody-komory gazowe dla niepoznaki oznaczone były podobnie jak wozy jednej z sieci sklepów spożywczych. Na burtach miały wymalowany napis „Kaiser’s Kaffee-Geschäft”.

W późniejszych latach, po napaści na Związek Radziecki, Niemcy znacznie uprościli konstrukcję mobilnych komór gazowych. Ludzi zabijano już nie tlenkiem węgla, a spalinami, doprowadzając je przewodem podłączonym pod końcówkę rury wydechowej. Było to rozwiązanie tańsze, ale nie mniej skuteczne i okrutne.

Między 7 grudnia 1939 roku a 12 stycznia 1940 roku zgładzonych zostało 1043 niepełnosprawnych umysłowo pacjentów szpitala w Dziekance. Zwłoki ich zakopano w lasach niedaleko Gniezna. Polskiemu personelowi medycznemu udało się z narażeniem własnego życia uratować kilkunastu chorych, wśród nich również osoby pochodzenia niemieckiego, którzy po kryjomu zostali odesłani do rodzin.

Pacjenci „bez szans na wyzdrowienie”

15 stycznia 1940 roku rozpoczął się dramat polskich pacjentów ze szpitala w Kościanie, który opróżniono w ciągu tygodnia, wywożąc chorych wcześniej wspomnianymi zamaskowanymi ciężarówkami. Bezlitośni esesmani do jednego z pojazdów wcisnęli aż 75 osób. Chorzy leżeli tam jeden na drugim. Zwłoki 532 zagazowanych pacjentów pogrzebano w mogiłach w lesie między Jarogniewicami a Głuchowem oraz w lesie koło Stęszewa. W późniejszym czasie do szpitala w Kościanie trafiło jeszcze 2750 chorych z Rzeszy. Wszyscy zostali zamordowani.

Szpital dla umysłowo chorych w Warcie miał opinię jednej z najlepszych i najnowocześniejszych tego typu placówek w przedwojennej Polsce. Było to zasługą ciężkiej pracy kierującego nim doktora Karola Szymańskiego, który, zmobilizowany po wybuchu wojny jako podporucznik Wojska Polskiego, został później zgładzony wiosną 1940 roku w Katyniu. Między 2 a 4 kwietnia 1940 roku esesmani Langego wymordowali 499 jego pacjentów. Chorzy, jakby przeczuwając, co ich czeka, rozbiegli się po terenie szpitala, i oprawcy mieli znacznie utrudnione zadanie. Ciała 201 mężczyzn i 298 kobiet zostały pogrzebane w lesie koło Rososzycy.

Niemiecka mobilna komora gazowa na zdjęciu wykonanym po zakończeniu wojny.

fot.domena publiczna Niemiecka mobilna komora gazowa na zdjęciu wykonanym po zakończeniu wojny.

Ostatnią placówką, do której zawitali siepacze Langego, był szpital w Gostyninie. Do czerwca 1940 roku esesmani rozstrzelali 48 przebywających w nim pacjentów, zaś 9 czerwca wywieźli mobilną komorą gazową 29 kobiet i 39 mężczyzn. Warto tu wspomnieć o niezłomnej postawie polskiego wicedyrektora szpitala w Gostyninie, doktora Karola Mikulskiego. Wraz z wybuchem wojny został on zmobilizowany do wojska jako podporucznik. Po napaści Sowietów na Polskę trafił do niewoli. Szczęśliwie udało mu się zbiec z transportu kolejowego do obozu jenieckiego w Kozielsku. Po powrocie do Gostynina, w październiku 1939 roku, objął ponownie swoją funkcję w szpitalu.

17 marca 1940 roku u doktora Mikulskiego pojawiła się niemiecka komisja, polecając mu, aby w ciągu 24 godzin wytypował pacjentów, którzy nie mieli szans na wyzdrowienie. Doktor Mikulski doskonale wiedział, co to oznacza – pogłoski o mordach na polskich niepełnosprawnych dochodziły już do Gostynina. Pomny etyki lekarskiej, nie chcąc przyłożyć ręki do uśmiercenia swoich podopiecznych, następnego dnia nad ranem popełnił samobójstwo. Listy chorych Niemcy nie otrzymali, a śmierć doktora Mikulskiego na pewien czas zahamowała eksterminację pacjentów szpitala w Gostyninie.

***

Więcej o koszmarze niemieckiej okupacji w książce Dariusza Kalińskiego pod tytułem „Bilans krzyw”. Zamów już dziś z rabatem w naszej księgarni.

Bibliografia

Artykuł stanowi fragment książki Dariusza Kalińskiego pod tytułem „Bilans krzywd. Jak naprawdę wyglądała niemiecka okupacja Polski”

Horror niemieckiej okupacji w książce:

Bilans krzywd. Jak naprawdę wyglądała niemiecka okupacja Polski

Komentarze (9)

  1. Kot Brajan Odpowiedz

    Piewszymi którzy stosowali duszące gazy do uśmiercania ludzi, byli jednak sowieci. W czasie okresu „Wielkiego Terroru” w 1937/38, karę śmierci wykonywano, aby zaoszczędzić na amunicji, oprócz tradycyjnych metod (topienie w morzu, zarąbywanie siekierą, duszenie), za pomocą uduszenia trującym gazem. Autorem tego pomysłu był porucznik Bezpieczeństwa Publicznego, członek KPZR Isay Dawidowicz Berg. Według jego pomysłu powstały pojazdy tzw.komory gazowe. Wewnątrz ciężarówki odwracano rurę spalinową i w ten sposób zagazowywano ludzi przeznaczonych na egzekucję.Po czym ciała wrzucano do wykopanych dołów i zasypywano.

  2. ZQW Odpowiedz

    Samochód na zdjęciu to ciężarówka Magirus z zamontowanym generatorem gazu drzewnego.
    Takie samochody były niezwykle popularne pod koniec wojny ze względu na brak benzyny.
    Nazywano je „Gaser” czyli gazownikiem, w przeciwieństwie do „Benziner” czyli benzyniaków
    Wydaje się nieprawdopodobne, aby po zakończeniu wojny znalazł się choć jeden egzemplarz mobilnej komory gazowej, gdyż, po pierwsze Niemcy starannie zacierali wszelkie ślady po swoich zbrodniach, a po drugie, musiałoby to oznaczać, że przez kilka ostatnich miesięcy wojny, nie przystosowano tej mobilnej komory gazowej, z powrotem, do roli zwykłej ciężarówki, choć panował gigantyczny deficyt wszelkich środków transportu.

  3. zak1953 Odpowiedz

    Uśmiercanie osób niepełnosprawnych fizycznie lub psychicznie było wyłącznie domeną XX wieku. Wg starożytnych przekazów dosyć liczne społeczności likwidowały swoich niesprawnych obywateli. Tak postępowano m.in. w Sparcie, gdzie istniał swoisty kult siły i sprawności. Smutne jest to, iż takich czynów dopuścili się członkowie społeczności dążącej do uznania jej za wiodącą kulturalnie w Europie.

  4. Andrzej Jurga Odpowiedz

    Zaciekawił mnie ten temat jak przez przypadek znalazłem guzik urzędnika ,pracownika zakładu dla umysłowo chorych w Kocborowie koło Starogardu Gdańskiego.Jest to guzik z czasów Pruskich.Poszperałem i znalazłem na temat tego zakładu.Jest też książka pod tytułem ,Zbrodnia na Via mercatonem,napisaną przez Panią Krystynę Szwenderową oraz ciekawa historia ukrywania sie w podziemiach Polaka w czasie okupacji

  5. Anonim Odpowiedz

    Podczas II W. Św. Rosjanie złapali Niemiecką kobietę, pilota z zestrzelonego bombowca. Zapytali ją czy ma dzieci a ona przytaknęła. Czemu więc bombardujesz te wsie ? Tam giną również i dzieci… Nam ci ludzie nie są potrzebni, nam jest potrzebna ta ziemia, brzmiała odpowiedź. Umysłowo chorzy nie nadawali się nawet do pracy w polu a żywność była potrzebna dla wojska.
    Według takich założeń postępowali racjonalnie.

  6. Renata Fido Odpowiedz

    Kiedyś usłyszałam, że Niemcy przez czystki chorych umysłowo i niepełnosprawnych mieli później zdrowe społeczeństwo u siebie.
    Nie zgadzam się z tym, oni tymi zbrodniami zatrzymali czas i rozwój medycyny.
    Dziś, może już wiele problemów chorób genetycznych, trudnych byłoby rozwiązanych.
    A, tak… długo jeszcze ludzkość będzie się borykać z nimi.

Odpowiedz na „FgdtAnuluj pisanie odpowiedzi

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.