Twoja Historia

Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Czy podczas powstania warszawskiego naprawdę doszło do wybuchu czołgu pułapki? „To mit” – odpowiada Marek Sarjusz-Wolski

Wybuch spowodował niewyobrażalne zniszczenia. Zabił około 300 osób.

fot.Jerzy Tomaszewski/domena publiczna Wybuch spowodował niewyobrażalne zniszczenia. Zabił około 300 osób.

W niedzielę 13 sierpnia 1944 roku tuż po godzinie 18 monstrualna eksplozja zatrzęsła powstańczą Starówką. Zginęło około trzystu osób – mieszkańcy Warszawy i żołnierze. Ponad sto zostało rannych. W narodowej mitologii tragedię uwieczniono jako „wybuch czołgu pułapki.” Tymczasem nie był to ani czołg, ani pułapka.

Rankiem 13 sierpnia 1944 roku od strony Wiaduktu Pancera wjechały na plac Zamkowy w Warszawie dwa działa szturmowe Sturmgeschütz 40 Ausf. G. Ostrzelały barykady na Świętojańskiej i Piwnej. Następnie w kierunku Podwala ruszył niewielki pojazd opancerzony. Dojechał do reduty bronionej przez Kompanię Harcerską Batalionu „Gustaw”, utkwił w niej i stanął. Gdy powstańcy rzucili butelki z benzyną, z wozu uciekł kierowca. Ogień ugaszono, ale dziwny wehikuł pozostał na szańcu.

Pancerny Koń Trojański?

Ponieważ był to jeden z pierwszych (jeśli nie pierwszy) atak w Warszawie z użyciem takiej konstrukcji, żołnierze nie mieli pojęcia, z czym mają do czynienia. W końcu pod ostrzałem broni maszynowej, umieszczonej na wieżach Zamku Królewskiego i kościoła św. Anny, do pojazdu wskoczył podchorąży Ludwik Wyporek, pseudonim „Miętus”. W środku znalazł tylko dwa granaty trzonkowe, więc zameldował, że wehikuł nie jest uzbrojony. Zauważył jednak, że zamontowano w nim dużą radiostację Blaupunkt, wokół której wiszą zwoje kabli. Wnioskował z tego, że służy on zapewne do podwożenia amunicji na linię frontu.

Wciąż nie mając pewności, czy wóz nie stwarza zagrożenia, kapitan Ludwik Gawrych, dowódca Batalionu „Gustaw”, wydał rozkaz, by zostawić go na miejscu. Wycofał jedynie o kilkadziesiąt metrów załogę barykady. Złożył też osobiście meldunek majorowi Stanisławowi Błaszczakowi, dowódcy Zgrupowania „Róg”. Ten z kolei o 15:30 przekazał raport dowodzącemu obroną Starego Miasta pułkownikowi Karolowi Ziemskiemu, pseudonim „Wachnowski”. Jego treść brzmiała: „Mały czołg rozpoznawczy w rejonie barykady Podwale zatrzymałem. Szofer uciekł. Wieczorem częściowo rozbiorę barykadę i wprowadzę czołg”.

Pułkownik Karol Ziemski "Wachnowski" dowodzący obroną Starego Miasta otrzymał meldunek o zatrzymaniu "małego czołgu rozpoznawczego".

fot.domena publiczna Pułkownik Karol Ziemski „Wachnowski” dowodzący obroną Starego Miasta otrzymał meldunek o zatrzymaniu „małego czołgu rozpoznawczego”.

Postanowiono, że tajemniczy pojazd obejrzy wieczorem kapral Witold Piasecki „Wiktor”, pirotechnik batalionu. Niestety nie doszło do tego. Kiedy Piasecki dotarł do barykady, „mała panterka” – jak nazywano maszynę – rozpoczęła już triumfalną defiladę i przedzierała się przez rozentuzjazmowany tłum.

Jak do tego doszło? Otóż około godziny 16:00 zameldowali się na Podwalu młodzi strzelcy z Kompanii Motorowej „Orlęta” batalionu „Gozdawa”. Oznajmili, że mają rozkaz wprowadzić „czołg” w obręb powstańczych pozycji. Kto wydał komendę? Nie udało się ustalić. Jeżeli nie była to samowola Orlaków, mogło ją wydać tylko trzech oficerów. Poszlaki wskazują na jednego z nich, ale brak w tej sprawie twardych dowodów.

Wkrótce rozebrano część barykady. Zdecydowano, że pojazd uruchomią i poprowadzą w głąb dzielnicy kapral Henryk Paczkowski, pseudonim „Zbyszek” oraz osiemnastoletni strzelec Zygmunt Salwa, pseudonim „Czymbo”. Z Podwala skręcili oni w ulicę Kapitulną, a potem Piekarską i Zapieckiem dojechali na rynek. Stanęli dopiero przed Kamienicą pod Murzynkiem, gdzie bazowało dowództwo Zgrupowania „Róg”.

Po kilku minutach rzekoma „tankietka” ruszyła w dalszą drogę. Przebyła ulice Nowomiejską, Freta i Podwale, aż dotarła do skrzyżowania z Kilińskiego. Tam drogę zagrodziła niewielka zapora z płyt chodnikowych. Pospiesznie zdjęto z niej kilka rzędów, by kierowca mógł pokonać pozostale „po czołgowemu”. Niestety utknął na niewielkim nasypie. Kiedy manipulował dźwigniami, by się wyswobodzić, z czoła pojazdu zsunęła się stalowa skrzynia. Ktoś krzyknął, że to pudło z narzędziami. Postanowiono ponownie umieścić je na „panterce”. Wtedy nastąpił wybuch.

Huragan ognia

Historyk Łukasz Mieszkowski poprosił sapera, podinspektora Zbigniewa Pluciaka, o opisanie skutków wybuchu pięciuset kilogramów trotylu. To, co nastąpiło, przywodzi na myśl prawdziwe piekło. Uwolniona w eksplozji energia sformowała kulę ognia o temperaturze 3 tysięcy stopni. Utworzyła strefę nadciśnienia tysiące razy przekraczającą napór atmosfery. Gazy powybuchowe uderzyły falą, rozchodzącą się koncentrycznie z szybkością 25 tysięcy kilometrów na godzinę. Dopiero za nią podążył ogłuszający grzmot.

Ludzie stojący przy „tankietce” w jednej chwili przestali istnieć. Nie pozostał po nich żaden ślad. Ci, którzy znajdowali się kilka metrów dalej, zostali rozerwani na strzępy. Ich połamane kości, guziki, sprzączki, monety, noże i orzełki wraz z porwanym z ziemi gruzem, drzazgami szkła i metalu raziły stojących dalej. Odłamki rotowały wewnątrz ciał, czyniąc straszliwe obrażenia. Doktor Tadeusz Pogórski, pseudonim „Morwa”, relacjonował, że z ran wyjmowano później nawet włosy innych ofiar wybuchu.

Jednocześnie mury ugięły się i zakołysały. Zapłonęła kamienica przy Kilińskiego 3, w której znajdował się skład butelek z benzyną. Widzów w oknach eksplozja wtłoczyła do mieszkań. Balkony runęły wraz z ludźmi. Nawet osoby stojące kilkanaście metrów od epicentrum były ciężko poparzone. Wybuch poodrywał im ręce i nogi. Drobiny szkła wbijały się w twarze i oczy, wielu oślepiając. Kolejne osoby ginęły również od eksplodujących granatów i amunicji zabitych żołnierzy.

Wybuch pojazdu był całkowitym zaskoczeniem.

fot.domena publiczna Wybuch pojazdu był całkowitym zaskoczeniem.

Eksplozja może nie „wystrzeliła” ludzi do nieba, jak sugerowali twórcy filmu „Miasto ‘44”, lecz wbiła ich w ściany budynków. Strzępy ciał zwisały z rynien, gzymsów, okien, balkonów i latarni. Znajdowano je w mieszkaniach, piwnicach i na podwórkach. I to nie był koniec. Ostatnie ofiary zebrała próżnia, wytworzona ognistym podmuchem. Tym, którzy przeżyli, rozrywała płuca. Głębokie podciśnienie w epicentrum sprawiło, że huraganowy wiatr zmienił kierunek, teraz zasysając i rzucając w sam środek piekła ludzi z bram i mieszkań. Ciskał nimi o bruk wraz z deszczem szkła z rozbitych szyb.

Trwało to… zaledwie sekundę. Gdy minęła, kanion powstały na ulicy Kilińskiego wypełnił gęsty dym, przesycony swądem spalonych ciał. Zewsząd słychać było jęki rannych. Ksiądz Tomasz Rostworowski krążył wśród konających, udzielając ostatniego namaszczenia.

Powszechność ekspozycji

Największe straty wskutek wybuchu poniósł pluton łączników Kompanii Motorowej „Orlęta”. Zginęło siedemnastu z trzydziestu chłopców. Zdziesiątkowaną kompanię „Gertruda” z Batalionu „Gustaw” wkrótce rozformowano. 2 kompania Batalionu „Wigry” odnotowała 14 zabitych i 59 rannych. Wielu z nich, leżących w powstańczych szpitalach, 2 września 1944 roku, rozstrzelali Niemcy, Turkmeni i Azerowie.

W eksplozji zginęli też mieszkańcy Starówki i uchodźcy z Woli. Na liście ofiar znalazły się nazwiska polskie, żydowskie, niemieckie i jedno tatarskie – Jana Emira Hassena. Poległ między innymi popularny aktor Józef Orwid, znany z filmu „Pani minister tańczy”. Śmierć poniosło wiele dzieci. W tym sensie hekatomba była potwierdzeniem tezy Mirona Białoszewskiego o powszechności powstania.

W wybuchu zginęli między innymi żołnierze batalionu "Gustaw".

fot.Edward Świderski/domena publiczna W wybuchu zginęli między innymi żołnierze batalionu „Gustaw”.

Niewiele brakowało, by „czołg” zlikwidował też… Komendę Główną AK. Wystarczyłoby, by przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów. Pierwszy rzut dowództwa armii stacjonował tuż za rogiem, przy Długiej 7. I tam zresztą dotarło echo detonacji. Kontuzji doznał sam generał Tadeusz Bór-Komorowski.

Poległych pogrzebano na Kilińskiego. Wiosną 1945 roku w okolicznych mogiłach i szpitalach, gdzie wciąż na siennikach leżeli pomordowani, znaleziono 327 ciał. Ponadto na dziedzińcu Pałacu Raczyńskich komisja PCK doliczyła się prochów sześćdziesięciu spalonych osób. Ta pierwsza ekshumacja posłużyła tylko do ponownego zakopania zabitych w zbiorowym grobie w Ogrodzie Krasińskich. Dopiero po dwóch latach przeniesiono ich do kwater powstańczych na Cmentarzu Wojskowym.

Tragarze śmierci

Skąd w Warszawie wziął się pojazd, który wywołał eksplozję na Kilińskiego? Pochodził z 302 Batalionu Pancernego (Fkl), co oznaczało czołgi sterowane drogą radiową. Po walkach w Normandii jednostka została skierowana na Ukrainę, gdzie jednak nigdy nie dotarła. 8 sierpnia, gdy przebywała w Krakowie, zmieniono jej marszrutę na Warszawę. Pierwszy rzut rozładowano  w stolicy już 11 sierpnia 1944 roku. Kolejne cztery przyjeżdżały do 18 sierpnia.

Oddział posiadał aż 108 pojazdów saperskich (Schwerer Ladungsträger Sonderkraftfahrzeug 301 Ausf. C, nazywanych także Borgward B IV) i 24 samobieżne działa szturmowe (Sturmgeschütz 40 Ausf. G). Oprócz tego na jego wyposażeniu znajdowało się 10 ciężkich ciągników artyleryjskich (Sonderkraftfahrzeug 9) oraz trzy czołgi dowodzenia (Panzerbefehlswagen IV). Przydzielono je oddziałom korpusu dowodzonego przez Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, które atakowały Stare Miasto, Śródmieście, Mokotów i Żoliborz.

"Czołg" był w gruncie rzeczy sterowanym zdalnie nosicielem ładunków wybuchowych.

fot.Huhu/domena publiczna „Czołg” był w gruncie rzeczy sterowanym zdalnie nosicielem ładunków wybuchowych.

Niemieckie określenie Schwerer Ladungsträger w dokładnym tłumaczeniu oznacza „ciężki nosiciel ładunków” (w domyśle: wybuchowych). W odróżnieniu od małego Goliatha (Sd.Kfz. 303) oraz średniego Springera (Sd.Kfz. 304), Borgward IV był jedynym „pojazdem demolującym”. Oznaczało to, że nie wybuchał, lecz pozostawiał potężną minę.

W pobliże stanowisk nieprzyjaciela pojazd podprowadzał kierowca. Do rubieży przeciwnika kierowano go już zdalnie. Tam zrzucano skrzynię z trotylem. Mechanizm z opóźnionym zapłonem uruchamiał się samoczynnie po uderzeniu w ziemię, a sam „tragarz” wracał. Sterowanie radiowe było wszakże zawodne, więc znaczna część B IV „ginęła” razem z ładunkami. Wozy te niezwykle często mylono przy tym z niemieckimi czołgami. Tymczasem większość pojazdów pancernych, rozbitych przez powstańców i nazywanych „tygrysami”, to były właśnie Borgwardy.

Warto dodać, że ten konkretny model – wyprodukowany w około tysiącu egzemplarzy – nie zebrał nigdzie dobrych recenzji. Wykorzystano go przy oblężeniu Sewastopola, bitwie na Łuku Kurskim i pod Anzio. Dowódcy nie potrafili nawet określić, w jaki sposób kolejne maszyny ulegały destrukcji, gdyż ich operatorzy najczęściej ginęli. Nazywano je wręcz „żywymi trumnami”.

Eksplozja imaginacji

Wszystkiego tego nie wiedzieli jednak polscy obserwatorzy i świadkowie tragedii. Nazajutrz po wybuchu na Kilińskiego gazety na Starówce pisały więc o „zbrodni niemieckiej” i „ohydnym podstępie”. Powszechnie przyjęto, że chodziło o czołg-pułapkę. Spekulowano, że ukryto w nim „ogromną ilość dynamitu”, którą zdetonowano za pomocą „mechanizmu zegarowego”. Informowano skrupulatnie, że w „celowo podrzuconym czołgu”, była „bomba zegarowa w skrytce pod podłogą”.

Powstanie warszawskie oczami Normana Daviesa. Polecamy "Powstanie '44", wydane nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Powstanie warszawskie oczami Normana Daviesa. Polecamy „Powstanie ’44”, wydane nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Był to kolejny dowód na perfidię nieprzyjaciela. Oto Niemcy nie potrafili pokonać powstańców w honorowej walce, więc sięgnęli do szatańskiego podstępu. Fantazje o „niemieckiej zdradzie” utrwalili wybitni historycy i pamiętnikarze: Adam Borkiewicz, Władysław Bartoszewski, Miron Białoszewski, Stanisław Podleski czy Antoni Przygoński.

Ślady takiej interpretacji wydarzenia spotykamy do dziś. Podają je sami świadkowie dramatu, jak Kamila Merwatowa, sanitariuszka ze Starego Miasta, cytowana przez Wojciecha Ladę w artykule, który ukazał się w CiekawostkachHistorycznych.pl pod koniec lipca 2016 roku. Wspominała ona: „Około 18 sierpnia Niemcy puścili na plac Kilińskiego czołg naładowany materiałem wybuchowym. Nasi chłopcy nie wiedzieli, że był to z ich strony taki niecny podstęp”.

Zapewne chodzi właśnie o wybuch na ulicy Kilińskiego. Tymczasem Niemcy nie mogli „puścić” tam czołgu. Zarówno 13 sierpnia (dzień eksplozji), jak i 18 sierpnia (data, którą podaje Merwatowa), czołg musiałaby najpierw pokonać kilka umocnionych szańców. Na Kilińskiego mogli dotrzeć tylko powstańcy. I niestety dotarli.

Eksplozję czołgu-pułapki wspominał między innymi Władysław Bartoszewski.

fot.Mariusz Kubik/CC BY-SA 2.5 Eksplozję czołgu-pułapki wspominał między innymi Władysław Bartoszewski.

Symboliczny potencjał mitu

W czasie oblężenia Starego Miasta zginęło 30 tysięcy cywilów i 7 tysięcy żołnierzy. Codziennie po kilka razy dzielnicę atakowały trzy sztukasy, czyli lekkie bombowce, zrzucające przy każdym podejściu po trzy tony bomb. Podczas takich nalotów ginęło nieraz więcej ludzi niż w czasie wybuchu z 13 sierpnia. Dlaczego właśnie tragiczna eksplozja, a nie masowe egzekucje czy bombardowania znoszące z powierzchni całe kamienice, zyskała tak symboliczny status?

Być może stało się tak dlatego, że w trakcie powstania warszawskiego nie doświadczono innej sytuacji, kiedy w jednej sekundzie entuzjazm i radość zamieniły się rozpacz i traumę. Była to idealna metafora romantycznego zrywu, a jednocześnie pozwalała przeciwstawić rycerską walkę powstańców zbrodniczej perfidii hitlerowców.

W istocie, tragedia Starego Miasta może symbolizować klęskę powstania. Ale niekoniecznie w sensie, w jakim pragnęliby ją widzieć Polacy. Gdyby bowiem okazało się, że wybuch był skutkiem naszego zuchwalstwa i braku obeznania z wojennym rzemiosłem, trudniej byłoby nieszczęście uzasadnić oraz przenieść winę na wroga.

Wspomnienie eksplozji dostarczyło dodatkowych argumentów na rzecz podstępnego i zdradzieckiego działania hitlerowców.

fot.Bundesarchiv / Gutermann / CC-BY-SA 3.0 Wspomnienie eksplozji dostarczyło dodatkowych argumentów na rzecz podstępnego i zdradzieckiego działania hitlerowców.

Wyjątkowe było też samo doświadczenie śmierci, tym razem niezwykle drastyczne. To prawda, że walki w Warszawie były bestialskie, lecz z czasem oswojono się z grozą egzekucji. Bomby z kolei grzebały ludzi pod gruzami. Ofiary wydobywano jedną po drugiej, stopniowo. Tymczasem na Kilińskiego ocaleli ścierali z siebie krew i mózgi poległych. Nie byli na widowni, lecz na scenie mordu, którego nieprzyzwoitości nijak nie można było przyłożyć do pięknej wizji śmierci za ojczyznę, gdzie „obca kula pierś mą przebiła…”.

Szatański spisek

Z tragicznego błędu nie wyciągnięto niestety konsekwencji. Tylko kapitan Ludwik Gawrych żądał śledztwa i osądzenia winnych zlekceważenia niebezpieczeństwa. Żadnego dochodzenia rzecz jasna nie było. Wszystkim pasowała „oficjalna” wersja o niemieckiej pułapce.

Czy rzeczywiście Niemcy mogli uknuć szatański plan? Mogli, ale po co? Warszawę bombardowały z Okęcia Junkersy 87 Stuka D i najcięższy moździerz II wojny światowej, Karl-Gerät 040 ZIU. Ten ostatni miotał z Parku Sowińskiego na Woli dwutonowe pociski. W miasto wstrzeliwano pociski rakietowe z wyrzutni Stuka zu fuß znane także jako Nebelwerfer, czyli „miotacze mgły”. W języku warszawiaków określano je jako krowy lub szafy.

W miejscu wybuchu do dzisiaj istnieje tablica upamiętniająca jego ofiary.

fot.Adrian Grycuk/CC BY-SA 3.0 pl W miejscu wybuchu do dzisiaj istnieje tablica upamiętniająca jego ofiary.

Ponadto z kolejowej linii obwodowej Wolę, Powązki i Stare Miasto ostrzeliwał 75 pociąg pancerny, a z Wisły – kuter „Pionier”. A oprócz tego pracowały ciężko możdzierze, armaty polowe i działa pojazdów pancernych. Hitlerowcy nie mieli żadnych powodów, by zawracać sobie głowę pułapkami.

Polacy zaś stanęli w obliczu niepodobieństwa uznania współodpowiedzialności. Powstańcy musieliby przyznać, że nie mają pojęcia o niemieckiej broni pancernej, że są bezkrytyczni i narwani, że nie potrafią utrzymać dyscypliny. Tak nie wolno opisywać bohaterów, więc instynktownie, dla deskrypcji tragedii, szukano akceptowalnej przez ogół interpretacji. A ta mogła być tylko jedna: bohaterowie i ofiary po jednej stronie barykady, a po drugiej – uosobienia wszelkiego zła.

Bibliografia:

  1. Łukasz Mieszkowski, Tajemnicza rana. Mit czołgu-pułapki w powstaniu warszawskim, Wydawnictwo WAB 2014.
  2. Miron Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego, PWST 2009.
  3. Stanisław Podlewski, Przemarsz przez piekło, Instytut Wydawniczy PAX 1971.
  4. Robert Bielecki, GUSTAW-HARNAŚ: Dwa powstańcze bataliony, PIW 1989.
  5. Robert Bielecki, Długa 7 w Powstaniu Warszawskim. Biblioteka Armii Krajowej 2010.
  6. Piotr Stachiewicz, Starówka 1944. Zarys organizacji i działań bojowych Grupy „Północ” w powstaniu warszawskim, Wydawnictwo MON 1983.

 

 

Komentarze (8)

  1. Matt Odpowiedz

    Tak się kończy atak z rękoma na czołgi … W zupelnoscz zgadzam się z Andersem że gnidy które rozniecily powstanie powiny były być rozstrzelane !!!

    • Syrena Odpowiedz

      Anders, też mi autorytet. Żeby cokolwiek z tego zrozumieć, trzeba było żyć w tym czasie i w tym miejscu, a nie podkładać świnię prawdziwemy wozowi, jakim był Sikorski.

      • Maciej Zborek Odpowiedz

        Sikorski? Wódz? Beztalencie polityczne, które było łase na pochwały. Wojskowy, który zostaje politykiem nie przestaje być żołnierzem i państwo traktuje, jak poligon. Anders był odważny w swoich poglądach i zdawał sobie sprawę z możliwych konsekwencji powstania. Szkoda, że takich ludzi się obrzuca błotem, a wybiera usłużne figurki np. Sikorskiego.

    • Andrzej Odpowiedz

      Anders miał swoje „za uszami” za awanturę pt: „Monte Cassino”. Sosnkowski powiedział mu wprost, dwa dni przed bitwą, że kazałby go rozstrzelać, ale skoro rozkazy są wydane, to jest już trochę za późno.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.