Portal dla tych, którzy wierzą, że przeszłość ma znaczenie. I że historia to sztuka dyskusji, a nie propagandy.

Historykom zamyka się usta pod pozorem walki z „lewactwem” i „genderem”. Dlaczego musimy bronić wolności słowa?

Podejmując dyskurs historyczny łatwo narazić się na oskarżenia o finansowanie przez "wrogie" siły.

fot.domena publiczna Podejmując dyskurs historyczny łatwo narazić się na oskarżenia o finansowanie przez „wrogie” siły.

Granica między historią a propagandą jeszcze nigdy w ostatnim ćwierćwieczu nie była równie płynna. Za przedstawianie faktów można stracić pracę, a za podważanie partyjnej linii – skończyć z wilczym biletem. Niewiele brakuje, a będzie też można trafić przed sąd. Bo przecież za szkalowanie Polski musi być należyta kara.

„Lewacki kierunek badań naukowych”. „Genderowa nowomowa”. Próba „przeformatowania umysłów młodych Polaków” i unieważnienia „tradycyjnej polskości”. W 2014 roku właśnie w tych słowach Sławomir Cenckiewicz zamknął wszelkie próby podejmowania przez historyków bolesnych tematów, rozszerzania zakresu badań na problemy kobiet, zgłębiania seksualności czy historycznej roli kościoła. Nauka mająca na celu ustalanie faktów i podejmowanie dyskusji, nie zaś pielęgnowanie patriotyzmu, była dla niego groźnym owocem „rewolty kulturowo-obyczajowej”. A stojąca u podstaw nauk historycznych zasada niezależności i otwarcia na różnice poglądów została sprowadzona do rangi „plugawienia historiografii genderyzmem”.

Trzy lata temu podobne hasła, kolportowane w skrajnie prawicowej prasie, można było zignorować, uznając je za poglądy radykalne, graniczne, reprezentujące najbardziej konserwatywny margines. Dzisiaj to, co wtedy było wyrazem radykalizmu stało się wyłączną, usankcjonowaną przez państwo wizją historii. W wojnie o losy gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej władze powoływały się na recenzje utrzymane w identycznym tonie. Jeszcze zanim wystawa została ukończona, senator PiS Jan Żaryn zarzucał jej eksponowanie „lewicowo-liberalnej narracji”. „Polski punkt widzenia na historię II wojny światowej został »zasypany« pseudouniwersalizmem” – komentował z wyraźnym wstrętem. Zamiast ukazywać Polaków jako „katolików i patriotów”, rzekomo na siłę przedstawiono „złą wojnę i jej skutki”. W te same nuty uderzył inny recenzent, Piotr Niwiński. Wystawę uznał za oburzającą, bo zabrakło w niej „hartowania człowieka”.

Losy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku są najlepszym dowodem na to, że radykalna retoryka trafiła do głównego nurtu dyskursu historycznego.

fot.Rudolf H. Boettcher/CC BY-SA 4.0 Losy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku są najlepszym dowodem na to, że radykalna retoryka trafiła do głównego nurtu dyskursu historycznego.

Recenzje stały się koronnymi argumentami, prowadzącymi do usunięcia dyrektora placówki. W ten sam sposób zlikwidowano też periodyk IPN-u, „Pamięć.pl”. „W rocznicę Sierpnia ’80 stara ekipa IPN publikuje gender-tekst o gnębieniu kobiet przez mężczyzn” – komentował w sierpniu 2016 roku Sławomir Cenckiewicz. We wrześniu pismo już nie istniało, a jego ostatni numer został „zaaresztowany” i (najprawdopodobniej) zmielony. IPN, obsadzony politycznymi nominatami, zaczął kwestionować skalę i odpowiedzialność za zbrodnię w Jedwabnem i usuwać naukowców wyrażających poglądy niezgodne z linią partii. Gdy w marcu 2017 roku pracownik lubelskiego oddziału, Maciej Sobieraj, zaprezentował dokumenty rzucające cień na sylwetkę człowieka nazywanego żołnierzem wyklętym, zażądano od niego przejścia na „dobrowolną emeryturę”. W tym samym czasie, bazując między innymi na opinii IPN, w położonej zaraz pod Krakowem gminie Mogilany wystawiono tablicę pamiątkową, a następnie nadano nazwę ulicy jednemu z najbardziej skrajnych, brunatnych działaczy przedwojennej prawicy. Adam Doboszyński rabował żydowskie sklepy, napadł na polski posterunek, próbował podpalić synagogę i wdawał się w strzelaniny z funkcjonariuszami policji. Podczas II wojny światowej nadal nawoływał do pozbycia się Żydów z Polski i wprowadzenia narodowo-konserwatywnej dyktatury. Teraz on też uzyskał rangę bohatera i „żołnierza wyklętego”.

Przykłady można mnożyć. Nieprawomyślni historycy nie są dopuszczani do mediów „narodowych”, a w przypadku przeprowadzenia wywiadu z nieodpowiednim naukowcem pracownik publicznego radia może się spodziewać natychmiastowego zwolnienia. Bohaterami przypominanymi podczas państwowych uroczystości mogą być tylko osoby reprezentujące odpowiednie środowisko. Z listy twórców niepodległej Polski zniknął Ignacy Daszyński, a „dekomunizacja” nazw ulic obejmuje nawet prawdziwych bohaterów, nie mających nic wspólnego z totalitarnymi reżimami. Mili władzy profesorowie w reprezentantach obcych sobie poglądów widzą forpocztę „lewackich elit”. Z kolei podążający za ich przykładem młodzi „patrioci” wszędzie węszą masońskie spiski, doszukują się izraelskich szekli i agenturalnych powiązań. Pod egidą Polskiej Agencji Prasowej odbywają się nawet publiczne procesy postaci historycznych, mające na celu „uznanie ich za infamisów” przez Społeczny Trybunał Narodowy.

Coraz częściej zdarza się, że niepopularne odkrycia i opinie powodują zwolnienia historyków.Na zdjęciu generał Władysław Sikorski przyznający ordery cichociemnym.

fot.domena publiczna Coraz częściej zdarza się, że niepopularne odkrycia i opinie powodują zwolnienia historyków.Na zdjęciu generał Władysław Sikorski przyznający ordery cichociemnym.

Awanse i etaty w muzeach, instytucjach kultury, na wydziałach uniwersytetów są nieoficjalnie łączone z odpowiednią linią polityczną. Niedługo za podejmowanie „niepatriotycznych” kierunków badań może grozić nawet więzienie. Zgodnie z projektem przedstawionym przez Ministerstwo Sprawiedliwości w ubiegłym roku, obrażanie „dobrego imienia RP i narodu polskiego” będzie skutkować maksymalnie pięcioletnią odsiadką. W ten sposób mają być karane wzmianki o polskich obozach. Niewykluczone więc, że siedzieć pójdą wszyscy ci, którzy piszą o Berezie Kartuskiej (nawet przez polityków przedwojennej sanacji nazywanej „obozem koncentracyjnym”!) czy o powojennych, komunistycznych obozach koncentracyjnych pod zarządem polskich władz.

Komentarze (3)

  1. Radek Odpowiedz

    „Historykom zamyka się usta” to jest źle powiedziane. Historykom zamyka usta władza państwowa opanowana przez prawicową ciemnotę.

  2. Janek Odpowiedz

    Przecież to Pan jest wrogiem wolności ze swoimi radykalnymi, granicznymi i reprezentującymi margines poglądami. Dzięki Bogu, że przynajmniej w Polsce ktoś próbuje zahamować tą zalew komunistycznych kłamstw. To politpoprawni wyeliminowali nie tylko z publicznego ale i akademickiego dyskursu tych, którzy próbowali badać i głosić prawdę. Dobrze Pan przecież o tym wie. Jak chociażby na amerykańskich uniwersytetach opis relacji polsko- żydowskich- niech Pan spróbuje tam na ten temat opublikować prawdziwe opracowanie!
    Nawet w tym, powyższym krótkim wpisie, kłamstwo zahacza o kłamstwo.
    To właśnie źródła nam mówią o tym jak należy oceniać i rozumieć motywy postępowania Wałęsy i Ściobor Rylskiego, a także Bartoszewskiego. A Pan tym źródłom zaprzecza, przypisując tym, którzy się zajmują dociekaniom prawdy motywy ideologiczne- sam będąc ich niewolnikiem.

Dodaj komentarz

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Jeśli chcesz zgłosić literówkę lub błąd ortograficzny kliknij TUTAJ.